Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Sierpień 2018

Moja torba

Moja torba jest zaczarowana. Wiem, że na to nie wygląda. Ma wnętrze wyłożone czarnym filcem. Z zewnątrz pokrywa ją nieprzemakalny materiał, grubo tkane, gruntowane płótno. Żadnej magii. Jest czarna, szyta maszynowo jasną, grubą nitką. Czarne taśmy utrzymują ją na człowieku, czyli na mnie. Niezupełnie utrzymują. Ja się ich trzymam. Za każdym razem, gdy wychodzę z domu, przekładam ją przez głowę. Czarna taśma opiera się na barku i opada symetrycznie na obie strony. Na plecy i na pierś. W tym miejscu chwytam ją rękami. Chwytam i nie puszczam. Dzięki niej nie upadam. A wiecie dlaczego? Bo moja torba jest zaczarowana. Codziennie jej się trzymam. Myślałam, że takich toreb więcej nie ma. Że ona jest jedyna. Moja sekretna podpórka, która trzyma mnie w pionie. Byle ją chwycić mocnym uściskiem i nie puszczać. Z nią dojdę wszędzie. Naprawdę sądziłam, że jest jedyna. Tymczasem dziś rano wsiadłam do metra, a tam mężczyzna. Stoi, tak jak ja. Nie upada. Sprawdzam. Mężczyzna nie ma torby. Nie chwycił nawet żółtej poręczy. Musi widać stać samodzielnie. Tak myślę, ale tylko przez chwilę, bo zaraz w drugiej jego ręce dostrzegam niewielką białą skrzynkę ze świnką morską w środku. Ach, już rozumiem! Mężczyzna jej się trzyma. Zanim wysiądzie muszę go zapytać, czy plastikowa skrzynka, czy raczej świnka jest zaczarowana.

Dziś

Dziś w sklepie. Z czarną torbą na ramieniu i czerwonym koszykiem przemierzam ciasne uliczki. Tylko jedna kasa czynna, więc formuje się długa kolejka. Przede mną stoi chłopak. Lat trzynaście. Trochę mężczyzna z czarnymi brwiami na ogorzałej twarzy, bursztynowymi włosami w przyjemnym nieładzie i potężną sylwetką przewyższającą mnie o głowę. A trochę jeszcze chłopiec, którego stopy w schodzonych trampkach układają się bezradnie palcami do środka. Nie ma koszyka, bo kupuje jedynie niebieski napój. Wtem drzwi otwierają się i do sklepu wpada kolega, równolatek z blond irokezem na wygolonej częściowo głowie.
– Po co przyszedłeś? – pyta chłopak z niebieskim napojem w dłoni.
– Jak to po co? Po żarcie! – odpowiada Irokez, który zdążył zaopatrzyć się już w paczki paluszków i chipsów.
– Taka długa kolejka – rzuca ze współczuciem chłopak z niebieskim płynem patrząc na klientów za sobą ciągnących wypełnione koszyki.
– To mnie wpuść – błaga Irokez – dam ci pieniądze. Zapłacę. Proszę! Weź moje rzeczy.
Trzynastolatek patrzy na kolegę i odpowiada ze spokojem:
– Nie, stary. To by było nieuczciwe wobec innych czekających.
Irokez idzie na sam koniec a chłopak z niebieskim płynem czeka na niego potem pod sklepem przez kilkanaście minut. Mijam go. Po chwili wahania decyduję się podejść.
– Chciałam ci podziękować – mówię – za twoje zachowanie. Zaimponowałeś mi.
Chłopak poważnieje. Widzę niepokój na jego twarzy. Nie rozumie. Przecież nie po to zachował się w sklepie tak, jak się zachował, żeby go chwalić.

Wspólnota niezgody

Ulice Warszawy są ciepłe latem. Bruk czasem jest gładki a czasem szorstki. Bywa drobny lub gruby. Zawsze jest przyjemny. Wiem. Chodziłam dziś po nim boso. Chodziłam i zastanawiałam się, co czują policjanci w policyjnych butach na ulicach Warszawy. Oni nie czują faktury bruku, ale czują wstyd. Wiem. Sami mi o nim dziś opowiedzieli. Może nie tak zupełnie wprost, ale pojawił się pomiędzy wierszami, pomiędzy Nowym Światem a bramą, do której wynosili nas dziś policjanci, wszystkich tych, którzy usiedli na ciepłym bruku na drodze neofaszystów. Jedni z nas byli w butach, inni byli bez butów, lecz nie obuwie miało znaczenie. Ważna była wspólnota niezgody, reakcja na ideologię nienawiści, z którą maszerowali dziś narodowcy.
– Nie mogę pani puścić – powiedział policjant, który trzymał mnie za prawą nogę. – Chyba, że pani stanie potem z boku.
– Nie stanę. Nie mogę. Wrócę na blokadę. Niech pan mnie puści.
On miał na sobie mundur, krótkofalówkę, pałkę i ciężkie buty. Za nim stało prawo. Ja miałam bose stopy, które sterczały śmiesznie i wysoko, gdy policjanci poprawiali chwyt, bo było im ze mną bardzo niewygodnie. Chodnik był pełen policji i gapiów. Zrobił się zator. Nie wiadomo było, gdzie tych z blokady odnosić. Nie miałam butów, ale to nie ja musiałam się tłumaczyć. Nie musiałam nic mówić. Oni się tłumaczyli.
– Wie pani, jaka jest góra. – powiedział policjant.
Żaden z nich mnie dziś nie spisał. Z bramy uciekłam przez kawiarnie. Razem z innymi bosymi i w butach szliśmy przed marszem neofaszystów chronionym przez kilkuset policjantów i skandowaliśmy:
– Warszawa wolna od faszyzmu!
Po kilku godzinach biegania po mieście nie mam zadrapań. Nie skaleczyłam się. Nie weszłam na szkło. Mam na stopach miasto. I jeszcze to śmieszne, irracjonalne i naiwne przekonanie, że nie buty mnie dziś ochroniły, ale poczucie wspólnoty. Jej się będę trzymać. W butach czy też bez nich. Dziękuję wszystkim wspaniałym ludziom, że mogłam stanąć u ich boku.

Zdjęcie autorstwa Katarzyny Kwiatkowskiej pochodzi ze strony Obywatele RP

Usta

Zaczęło się od zgrzytu. Nic nadzwyczajnego. Zwykle zaczyna się od zgrzytu. Ten zabrzmiał tuż za mną. Tuż tuż. Źródło zgrzytu deptało mi po piętach. Chociaż nie po piętach. Było wyżej. Jeszcze wyżej. Odrobinkę jeszcze. O, tu. Właśnie tu. Na granicy pośladków i kręgosłupa chrupnęło raz jeszcze, jakby chciało potwierdzić od razu, że lokalizacja jest prawidłowa. Drugi zgrzyt odczułam inaczej. Nie na zewnątrz a we mnie. Zgrzyt i wibracja. Nieprzyjemna. Wędrująca układem nerwowym w górę. Zatrzymałam się na chodniku. Następny chrup rozchwiał mną. Stopy oddaliły się od siebie i straciły pewność. Ja ją straciłam. O ile wcześniejsze zgrzyty były nieregularne i powolne, kolejne stały się stałą postępującą. Coś jak w suwaku błyskawicznym, który zacina się na samym początku i trzeba nim szarpnąć zanim mechanizm ruszy gładko. Szarpnęło. Padłam na kolana. Ruszył gładko. Tik. Tik. Tik. Spojrzałam na jedno kolano a potem na drugie. Z każdym zgrzytem oddalały się od siebie. Przestrzeń rosła. Wysłałam dłoń na przeszpiegi, żeby poczuć narastającą szparę pomiędzy mną a mną. Dłoń nie napotkała oporu. Jednej mnie już nie było. Zgrzyt nie ustawał. Rozpinałam się krąg za kręgiem. Należało wstać natychmiast. Uniosłam nas obie w górę. Zawiało. Nie wiatr. Brak stabilizacji wyginał nas na wszystkie strony i zaburzał symetrię. Łączyły nas tylko usta. Były nieme. W ich milczeniu nie było nic romantycznego.

O początek

Z podręcznika anatomii. Schemat budowy pół człowieka pół jeża. Rozdział jeden – trzy. Rozwój. Przebiega w trzech fazach. Układy i organy wewnętrzne rozwijają się spiralnie w fazie pierwszej. W czasie trwania fazy drugiej wykształcają się członki. W trzeciej kształtu nabierają igły. Naukowcy wciąż spierają się o początek. Czy pół człowiek pół jeż jest pół człowiekiem pół jeżem już od chwili zawiązania pierwszego supełka, czy od chwili przejścia nitki przez ucho igielne. Czy może zaczyna istnieć dopiero, gdy wiatr ożywia haft na firance.

Mapa

Pół człowiek pół jeż patrzy na mapę. Słońce grzeje o poranku. Droga jest prosta, przyjemna, bo w cieniu przez las. Wszystko zaplanował. Miejsce na postój przy szemrzącym strumyku i czarne kropki jagód. Refleksy światła na skórze. Nie będzie się spieszył, lecz szedł przez czas leniwie. Piasek z drogi przesypie mu się pomiędzy palcami. Lubi wbić się nimi w najciemniejszą ziemię. Stopy zostawią na niej ślad po linii. Przez las przetoczy się jego zapach. Mrówki wyliżą kropelki potu z kosmyków trawy. Pół człowiek pół jeż przymyka oczy i rusza. Prawa noga unosi się ponad ścieżką. Jakby jednak ciut za wysoko. Zdecydowanie. Zaczepia o gałąź. Gdyby rozkrok trwał dłużej, byłby bardzo bolesny. Nie jest, bo od ścieżki oderwała się już druga noga. Chce skorygować trasę tej pierwszej. Wykonuje ruch nieprecyzyjny. Zamach zbyt gwałtowny, wykop za silny. Pół człowiek pół jeż obiema stopami nie znajduje oparcia. Leci ponad lasem i niewiele rozumie. Tylko tyle, że prawa fizyki różnią się od praw poezji. Ale nie aż tak bardzo. Siła odśrodkowa. Świat musiał skręcił.

Granica

Nasze miasto nie ma granic. Chodnik o rozpiętości dwóch kroków nie ma końca. Wiedzie naprzód. Trzeci krok w lewo wiedzie pionowo w górę. Trzeci krok w prawo wiedzie pionowo w dół. W dole chodnik o rozpiętości dwóch kroków wiedzie jedynie naprzód. Można wyjść poza dwa kroki na chodnik wiodący pionowo w górę lub wejść poza dwa kroki pionowo w dół. Można cofnąć się dwa kroki, lecz trzeci prowadzi już w górę lub pionowo prowadzi w dół. Zresztą kierunek kroków nie ma znaczenia. Nawet jeśli chodnik wiedzie pionowo w górę, wiedzie naprzód. Kroki też nie mają znaczenia, bo nasze miasto nie ma granic. Ilość kroków jest nieistotna. Chodnik wiedzie naprzód bez końca. Brak końca jest granicą, której przekroczyć się nie da.

Poziomki

Rósł sobie kiedyś żywopłot. Gęsty był i zadbany, bo ogrodnik opiekował się nim wzorowo. Ofiarowywał mu to, czego żywopłotowi było potrzeba. Czasami zanurzał w niego nożyce głęboko. Tak głęboko, że gałęzie żywopłotu dygotały. Nie dygotały jednak ze strachu, tylko z chłodu metalu, którym ogrodnik ocierał się wycinając trujące łodygi bluszczu. Żywopłot wiedział, że gdy on będzie potrzebował, ogrodnik przybędzie. I ogrodnik przybywał. Jednak pewnego razu nie przyszedł. Nie przyszedł ani wtedy, gdy odrósł bluszcz, ani wtedy, gdy żywopłot pokrył się wielodniowym zarostem. Drzwi domu, w którym ogrodnik mieszkał, nie skrzypiały już. Okiennice nie uchylały się o poranku i spoza nich nie wydobywał się dźwięk ostrzenia nożyc. Ogrodnik umarł. Musiał. Żywopłot nie miał wątpliwości, co oznacza pustka. Żeby pokonać tęsknotę postanowił rosnąć. Rósł wytrwale i bez ustanku. Niebawem zajął trawnik przed domem ogrodnika a wkrótce pochłonął cały budynek. Gałęziami wypełnił pokoje, rozbił szyby i uniósł dach, który nie zdołał jednak żywopłotu powstrzymać, bo ten chciał sięgnąć samego nieba. Gdy gałęzie przebiły pułap chmur, żywopłotowi ukazał się widok najpiękniejszy z pięknych. Przed nim rozpinała się łąka najdziksza z dzikich. Pomiędzy kwiatami rumianku, dziurawcem, makami, ostami, chabrami i trawami, od stalowo-zielonych po fioletowo-czarne, czerwieniały poziomki okrągłe jak krople potu na czole ogrodnika. Ich zapachu żywopłot nie wyczuwał nosem, po ludzku, lecz musiał doznawać na sposób dany jedynie roślinom i drzewom, czyli po żywopłotowemu. Ogrodnik uśmiechnął się. Z nożycami w dłoniach stał na drugim końcu łąki i patrzył na przyjaciela. Już miał zrobić krok w jego stronę, gdy spojrzał pod nogi, na poziomki. Wiedział, że idąc przez łąkę najdzikszą z dzikich będzie musiał przejść po nich i zniszczyć je. Cofnął stopę w skórzanym bucie i zamarł. Żywopłot także się nie ruszył. Podobno stoją naprzeciw siebie do dziś. Żywopłot najwyższy z wysokich i ogrodnik najtroskliwszy z troskliwych. Pomiędzy nimi trwa raj.

Kilka chwil

A moje obchody wybuchu powstania trwały bardzo krótko. Kilka chwil zaledwie późnym wieczorem na Mokotowie. Ruch dawno ustał. Drzewa rozpięły liście pomiędzy domami. Chodniki były ciepłe. Bluszcz na parkanie odgradzał od ceglanego budynku. Z niebieską poświatą wysączył się z niego śpiew starszej kobiety. Ulica była pusta. Głos niósł się:
– O boże, skrusz ten miecz, co siecze kraj/ Do wolnej Polski nam powrócić daj/ By stał się twierdzą nowej siły/ Nasz dom, nasz kraj.

Maliny

Działo się to w najbardziej upalny dzień lata, gdy nie tylko zwierzęta, lecz nawet rośliny wędrowały w poszukiwaniu cienia. Jedna z malinowych łodyg wydobyła się właśnie ponad gęsty żywopłot i rozglądała ciekawie. Dotychczas nie poznała tej strony podwórka ani życia na niej. Nie spotkała człowieka. Akurat szedł jeden wzdłuż żywopłotu. Wydał się krzakowi szczęśliwy i wolny. Kolcami chwyciła łodyga człowieka i zatopiła się w nim na czas niedługi, lecz wystarczający. Człowiek i roślina zostali połączeni. Od tego dnia krew człowieka smakowała słodko a on z niespotykaną wcześniej łatwością zapuszczał korzenie. Lecz nie czuł się szczęśliwy. Brakowało mu wędrówki, której nie umiał już podjąć. Ciekawski krzak malin także zmienił się nie do poznania. Od spotkania z człowiekiem rodził tylko kwaśne owoce, więc porzucił podwórko. Nikt nie wie, gdzie teraz przebywa. A wszystko przez ten upał.
Tylko, że tak wcale nie było. Sądziłam, że zabrzmi to lepiej niż prawda, bo ta jest niemiła. Krzak malin zbliżył się łodygą do człowieka. Zetknęli się. I niby niewiele więcej. Nic się niby nie wydarzyło. Człowiekowi przybyły może tylko rumieńce.
– Ależ słodki – mówiły dziewczyny mijając go na ulicy. – I jaki soczysty.
A krzak malin? Krzak malin nie odszedł. To znaczy odszedł, ale nie w przestrzeni, lecz w czasie. Usechł. I gdy się nad tym głębiej zastanowić, można by uznać, że przyczyną rzeczywiście był upał. Można by, chociaż było inaczej.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial