Poszłam dziś do apteki oddać książki. Dziwne? Ja też tak sądzę. Nie tylko dziwne, ale i irytujące. Nie to, że oddałam książki. Należało je przecież zwrócić. Ale to, że od roku, którego większą część spędziłam w apte… Otóż właśnie! … Którego większą część spędziłam w bibliotece, nie udało mi się jej nazwy wypowiedzieć poprawnie.
– Do zobaczenia, idę do apteki. – Mówiłam z komputerem w torbie i wychodziłam.
– Przepraszam, nie mogę rozmawiać, w tej chwili jestem w apte…
No, żesz ty w mordę! I tak za każdym razem! Słowo nie do zapamiętania. Jakbym słyszała je po raz pierwszy w życiu. Nie pomagały karteczki przyklejane nad biurkiem ani wyśpiewywanie go na okrągło. Książki czekały na mnie w aptece i nigdzie indziej nie chciały. Złość w tej sytuacji wydawała się reakcją nie tylko naturalną, ale też jedyną możliwą. Uwiąd starczy, myślałam, Alzheimer, amnezja, miażdżyca, eutanazja, dno. Mój umysł na dobre się nie zaczął i już się skończył. Upadek. A potem powoli, bardzo powoli. A to z pewnością dlatego, że umysł w rozkładzie, pojawiła się na miejscu złości całkiem inna emocja. Konkurencyjna. Trzymająca poziom. Myśl o logice z żelaza. Oczywiście, że chodzę czytać książki do apteki. Biblioteka jest lekarstwem na całe zło.