Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Czerwiec 2018

Szczerość

Szczerość na płocie posadziło dziecko sąsiada. Przywiązało ją sznurkiem, żeby nie spadła. Dziecko zaniedbane i brudne szlaja się samo po obejściu instynktownie omijając psy. Szczerość ma oczy z poliestru, ciało wypełnione pluszem, palce niechwytne. Mgła roznosi po błotnistej drodze proste dźwięki pozytywki. Dziecko nakręca ją stając na palcach. Szczerość trwa tak długo, jak długo pozytywka gra. Ale sprężyna jest słaba. Zawsze w końcu pęka i Szczerość zsuwa się z płotu zbyt ciężka od wilgoci.

Samotność

Samotność skacze po trawie. Nogi ma chude i długie. Dziób kończy się gładko, nie ostro. Ciało jest miękkie. Oczami widzi, że chodnik jest pusty, przybliża się więc do niego ruchem skokowym. Podnosi łebek. Prostuje łapki. Oddycha. Dziwi się, że zwierząt nie widać. Nieobecne są dżdżownice, przyczajone zostały wiewiórki, zniknięte siedzą wydry i wyleciane wrony. Miauczenia kotów nie słychać. Słychać tętent butów przechodnia. Samotność nie zrozumiała zawczasu. Dopiero teraz się zrywa. Prostuje skrzydła. Potyka się. Staje łapką na nitce. Łebkiem się dziwi. Kłębek ciała splątany. Samotność pruje się sama. Bezładnie toczy się w ściółce. Okoliczne drzewa już zasupłała. Okiem zamiata mech. Pazurami trzyma się nieba. Opuszki trą kolce malin. A przechodzień i tak nie usłyszał dźwięku pękającej włóczki.

Joan Miro, Head, Bird, 1977, Museo National Centro de Arte Reina Sofia.
Zdjęcie obrazu pochodzi ze strony Museo National Centro de Arte Reina Sofia.

Poziomki

Pół człowiek pół jeż nie lata. Wznosi się i spada. Kiedyś spadł tak bardzo, że przykryła go brunatna ziemia. Uniósł się ponad nią drzewem genealogicznym i obrodził słodkimi poziomkami. Myślał, że będzie z nich pożytek, lecz te odfrunęły zamiast opaść i zgnić na kształt jeża. Chciał lecieć za nimi, lecz pół człowiek pół jeż nie lata. Dawno temu nauczył gryźć się w język w chwilach uniesienia. A grawitacja tylko na to czekała.

Wolałabym

Wolałabym być drzewem. W przestrzeń wrastałabym powolnie. Ona byłaby mi powolna a ja jej. W pogodzeniu obie byśmy sobie rosły stałą niespieszną pęczniejącą. Stabilna bym była. Ale nie zawsze. Z łatwością wyobrażam się sobie, gdy staję w rozsuwanych drzwiach Biblioteki Narodowej. W szatni zostawiam wszystkie liście a potem w milczeniu wrastam w szarą wykładzinę korzeniami. Gałęziami łapię gładkie nitki klimatyzacji, korę zwracam do światła w ruchu niedostrzegalnym, rozpisanym na powolne trwanie. Czas już nie liczy się w sekundach, lecz w literach. Wszystkie przerabiam na tlen. Wolałabym być drzewem.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Ześlizgnęła się ze zgrzytem. Pierwszy ruch jest najtrudniejszy. Pół człowiek pół jeż rozumiał. Musiał nauczyć się nią pracować. Odpowiedni kąt i siła. Nie chciał jej zniszczyć. Ostatnie oszczędności wysupłał na nią z czerwonej skarpety. Listonosz skrzywił się, gdy brał do ręki ciepłe jeszcze banknoty. Pół człowiek pół jeż nie zauważył. Miał skarb. Żadna inna nie musiała być tak wytrzymała. Od razu pobiegł do pustego o tej porze parku. Nie chciał mieć świadków. Tanich nagłówków. Uderzył raz i drugi. Ześlizgnęła się ze zgrzytem. Że ramiona bolą, to nic. Twardy materiał. Najtwardszy. Byle go zadrapać, naruszyć. Potem pójdzie. Poszło. Pracował z zadartą głową. Nielekko. Im dłużej kopał, tym bardziej zaciągało się. Cieniem zaszły parkowe trawniki. Mimo burzy nie przerwał. Wbił się ostrym korytarzem w chmurę. Łopata szczękała. Żeby nie spaść zapierał się kolcami. Nic go już nie powstrzyma. Mokry od deszczu park w dole malał mu w oczach. Wokół niego było całkiem biało. Warstwę ciemnych chmur pozostawił pod sobą. Chciał wyżej, skoro tutaj doszedł. Wzniesiona ponad nim łopata weszła w coś miękko. Już nie twarde powietrze. Na pół człowieka pół jeża posypały się ciemne grudki. Wiele drobnych i dwie duże. Jedna z nich uderzyła go w głowę. Nad sobą miał dziurę w ziemi. Mało brakowało, zostałby strącony. Złapał jej krawędzie i po chwili już leżał na trawie. On był uratowany. Łopata przepadła.

Bezsilność

Bezsilność ma dużą głowę. Nie mieści się przez otwór w butelce. Łapki ma zbyt małe. Nawet, gdyby chciała wspiąć się do otworu, nie będzie w stanie. Łapki ześlizgują się po gładkich ścianach. Bezsilność jest maleńka. Sama jednak wypełnia sobą całą przestrzeń, aż po krańce butelki. Szklane krańce oddalają się w bezkres a bezkres nie ma krawędzi. Jest gładki od pustki, bo ta butelka od dawna jest pusta. W pustce Bezsilność się topi.

O krasnoludkach

Książka była o krasnoludkach. Pamiętam ją dobrze. Nie tekst. Tekstu nie przeczytałam. Nie byłam w stanie oderwać oczu od krasnoludków. Te były jak żywe. Ludzkie, miękkie, pękate tam, gdzie trzeba być pękatym. Były czerwone i brodate. Twarze miały zamyślone, porysowane wiekiem i doświadczeniem. Miały czerwone opięte na brzuchach bluzy z miękkiego, grubego materiału, czerwone spodnie i siwe brody. Pokochałam siwobrode krasnoludki z książki i gdy byłam mała godzinami patrzyłam, z jakim trudem pokonują przeszkody dla człowieka niewidoczne. Każdy ich wysiłek został narysowany, każdy stopień, na który musiały się wspiąć. Podziwiałam je za to, że małe, ale się nie poddają. Później jednak nastąpiło coś, czego nie rozumiałam, bo zafascynowana rysunkami nigdy nie przeczytałam tekstu. Krasnoludki pakują cały dobytek i odchodzą. Muszą. Na ich twarzach smutek. Brody zbielałe, oczy pociemniałe. Odjeżdżają i nie ma ich.
Dziś szłam ulicą Puławską i na parapecie jednego ze sklepów rozpoznałam mojego krasnoludka. Dawno temu musiał wyjść z książki, bo bardzo się zestarzał. Wypłowiało mu ubranie i sprała się broda, lecz to był on. Wiem po kosturze, po plecaku i po twarzy zafrasowanej.
Popatrzył oczami zmęczonymi i zapytał:
– A ty sądziłaś, że dokąd odchodzą krasnoludki?

Wolność

Wolności nie ma. Ale gdyby była, nosiłaby trampki bez skarpet. Wprawdzie wtedy śmierdziałyby jej nogi i nie mogłaby zdejmować butów w towarzystwie. Nie byłaby więc Wolnością. Gdyby Wolność była, nosiłaby to, co lubię najbardziej, czyli czarną koszulkę. Tylko, że noszona codziennie, wkrótce by wyblakła od ciągłego prania. Wolności więc nie ma. Gdyby Wolność była, nie nosiłaby na nosie silnych okularów, bo kosztują za dużo a Wolność jest wolna od pieniędzy. Tylko, że wtedy Wolność byłaby ślepa. Próbowałaby znaleźć wyjście z podwórka na ulicę. Bez okularów wciąż trafiałaby pod ceglaną ścianę i macała rękami mech w zagłębieniach. Raz i drugi potknęłaby się o kamień i rozbiła kolano. O, krew spływa strużką. Kropla jest wolna.

Ciastka

Pół człowiek pół jeż nie otwiera kopert z banków. Zamyka za nimi szufladę. W drugiej leżą połamane kredki, niedopasowane śrubki i przerdzewiałe uszczelki. W trzeciej notatki, których pisma nie przeczyta. W czwartej zamknięte wiersze. W piątej zdjęcia w nieładzie, bo przypominają się bez porządku. W piątej koraliki niegdyś ciasno oplatające szyję. Naszyjnik dawno pękł. Guziki płaszczy, które odkleiły się od ciała, leżą w szóstej. Nitki powyłaziły z nich w szczeliny. Szufladę z foremkami do pieczenia zamyka na końcu. Zjadłby ciastko, ale czy forma nie zniewoli go od środka?

Piaskownica

Piaskownica, w której bawiłam się, gdy byłam mała, wciąż jest. Kiedyś stały przy niej ławki, na których siadały mamy i babcie. Otaczały ją świeżo przycięte trawniki, a drzewa wokół były takie malutkie. Dziś drzewa są takie wysokie, trawniki zarosły i zarosła sama piaskownica. Jest w niej piasek. Lecz nie sypki i biały, tylko brunatny, związany korzeniami dzikich roślin i poprzetykany dżdżownicami. I nikt nie wie, że na dnie starej piaskownicy, pomiędzy kłączami, kryje się skarb. Ja o nim wiem, bo sama go tam zakopałam. Byłam mała i do osiedlowej piaskownicy chodziłam sama. Mama pracowała wtedy w domu i tylko czasem wyglądała przez okno. Nie wiedziała, że tego dnia z jej drewnianej szkatułki wyjęłam czerwony, przeźroczysty kamyk otoczony złotą zapinką. Mama pokazywała mi go wiele razy. Wyjmowała z szuflady i unosiła do góry, a ja patrzyłam jak czerwony zajączek lśni na ścianie. Miałam wtedy ze trzy lub cztery lata i nie rozumiałam, co to jest. Wiedziałam tylko, że muszę potrzymać ten śliczny przedmiot kilka chwil dłużej. Podeszłam do szkatułki, wyjęłam zapinkę i zacisnęłam na niej palce. Niewygodnie było mi w piaskownicy i w końcu musiałam rozewrzeć pięść. Czerwony kamyk odłożyłam na piasek, żeby spocona ręka wyschła i odpoczęła. Sypnęłam raz, żeby sprawdzić, czy złoto prześwieci. Sypnęłam drugi i trzeci. Po piątym razie zapinka znikła. Przez wiele lat nie przyznawałam się mamie, że tamtego letniego dnia zakopałam w piaskownicy jej biżuterię, którą wzięłam bez zgody i wiedzy. Właściwie nie przyznałam się do dziś, bo ciągle wierzę, że znajdę ją kiedyś na dnie piaskownicy. Choć szukałam jej przecież tak wiele razy.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial