Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Maj 2018

Księżyc

Trawa, niebo, pociąg się wije. Raz w poprzek się wije, raz wzdłuż. Błogo. Czy ja mogę zrobić coś z błogimi polami, czego nie zrobił z nimi nikt wcześniej? Mogę patrzeć. Mogę zasiać. Mogę pozbierać. Mogę je spalić, splądrować. Przekopać łopatą. Zaorać ciągnikiem, czołgiem, kombajnem za pieniądze z unii, który niszczy ubite drogi. Opisywać? Po co? Pola dawno wyblakłe od nagrzanych palców a welurowy księżyc łysy od głaskania.

Lekcja plastyki

– To jest rzeźba. Na nią się nie wchodzi.
Kobieta stoi na schodach pałacu w Królikarni i z niechęcią patrzy na dziewczynkę, bo ta usiadła na kamiennym lwie. Dziewczynka nie reaguje, zdaje się nie rozumieć.
– Mogę zawołać strażnika – dodaje kobieta. Ściąga brwi i robi bardzo groźną minę. – On ci powie to samo. To jest rzeźba. Na rzeźbę się nie wchodzi.
Dziewczynka pochyla głowę. Już wie, że zrobiła coś bardzo złego. Schodzi z rzeźby i ucieka do mamy.
Nie mijają trzy minuty, gdy na lwie sadowi się nowe dziecko, chłopiec w czerwonej czapce z daszkiem. Kobiety na schodach już nie ma. Jest za to strażnik w błękitnej koszuli.
– Musisz zejść, bo to jest rzeźba – mówi. – Na rzeźbie się nie siada.
Mundurowa koszula ma moc przekonywania. Chłopiec długo nie czeka. Skruszony czmycha do mamy.
Po kilku chwilach do kamiennego lwa podchodzi dziecko z plastikowym młotkiem w dłoni. Jest pod wrażeniem wyrzeźbionego kształtu. Ono też tak chce. Przykłada narzędzie do marmuru i udaje, że obrabia materiał.
– To jest rzeźba. W nią się nie stuka. – matka podbiega do dziecka i łapie je za rękę. Dziecko nie chce odejść i wciąż uderza zabawkowym młotkiem. Matka ciągnie chłopca po trawie.
– To jest rzeźba! – krzyczy. – W nią się nie stuka!
Kamienny lew stoi już sam. Nikt do niego nie podchodzi. No i co? No i nic. Tylko tyle nauczyły się dziś dzieci o rzeźbie.

Artyski

– Artystki przez setki lat nie miały wstępu na uniwersytety, nie mogły samodzielnie podróżować, nie mogły rysować z modela, niekiedy nawet używać farb olejnych. Jak sądzicie, dlaczego kobiety były traktowane gorzej niż mężczyźni?
– Bo są słabsze – odpowiada jedenastoletni chłopiec. Siedzimy w słonecznej sali biblioteki, przy raciborskim rynku. Jest sucho i gorąco.
– A kto powiedział, że kobiety są słabsze? – zwracam się do chłopca. W bibliotece zapada cisza. Chłopiec patrzy na mnie i myśli. Milczę, nie popędzam go. Inne dzieci także milczą i czekają. I wtedy chłopiec odpowiada:
– Na pewno jakiś mężczyzna.
Żadne spotkanie z dziećmi i młodzieżą nie jest czasem zmarnowanym.
Za zaproszenie na spotkanie ze wspaniałymi uczniami szkół podraciborskich bardzo dziękuję Bibliotece w Raciborzu (filiom numer 1, numer 3 i numer 5) i Agencji Zetzet, której zawdzięczam także troskliwą opiekę agencyjną.

Ilustracja: Judith Leyster, Autoportret, 1633, National Gallery of Art.

Moja kanapa

Moja kanapa rozciąga się. Co wieczór gubię się na niej w poszukiwaniu szlaku. Niebieski prowadzi na grzbiet a niebieski w dolinę. Nie rozciągam się na niej. Nie mierzę. Zresztą wcale nie mam kanapy. Ona pochodzi z domu dla lalek. Nie siadam na niej i się nie kładę. Gdy podnieść jej wieko, ze środka wypływa zwinięte, niebieskie prześcieradło. Nie chce mi się go układać w kostkę, więc bije z kanapy na pokój i kuchnię. Garnki i buty kręcą się prowadzone wirem. Na patelni podnoszę żagiel ze skarpetki i robię zwrot przez sztag widelcem. Nóż w wodzie jest większy ode mnie. Z nim się nie mierzę, więc nie pasuję. Z nim się nie mierzę, więc pasuję.

Ilustracja: Józef Czapski, Niebieskie morze, 1955.

Deszcz

– Ale dzisiaj pogoda. – Sąsiad nie wyjął nawet papierosa z ust.
– Okropna – przyznałam, bo też humor miałam równy pogodzie. Te ostatnie warsztaty z młodzieżą gimnazjalną mogły udać się lepiej. Wszyscy zadowoleni, ale czułam, że kontaktu z młodzieżą złapać mi się nie udało. A skoro tak, z sąsiadem też mi się nie chciało gadać. Zostawiłam go z petem i uciekłam w stronę metra. Po mokrych schodach zeszłam w dół a potem przecięłam bury korytarz. Gdy trafiłam podeszwą w metalową szynę – podpowiadajkę dla niewidomych, świat zawirował betonowymi ścianami. Ręce poszły w górę. Stopa pociągnęła nogę w bok. Druga noga pojechała po szynie jak tramwaj. Odchylona od pionu zamarłam. Równowagę łapałam kosztem godności. Zdradził mi to wzrok nadchodzącego mężczyzny. Oczy zjechały się z jego oczami koloru orzechowego. Mężczyzna musiał przed chwilą wysiąść z metra. Szedł do schodów prowadzących na powierzchnię, na deszcz. Na ten cholerny deszcz, przez który się wahnęłam. Nieznajomy odszedł a ja wróciłam do pozycji dwunożnej. Wahanie minęło. No tak, pomyślałam, bo wreszcie coś zrozumiałam. W czasie ostatnich zajęć nie patrzyliśmy z młodzieżą na siebie. Gimnazjaliści zostali posadzeni bokiem do mnie i patrzyli na drugą część publiczności zwróconą w ich stronę. Warsztaty o demokracji nie mogły się udać tak jakbym chciała, bo tylko tam, gdzie na siebie patrzymy, możemy się ze sobą porozumieć. Dobrze, że czasem pada deszcz.

Kurz w papierze

Mokra od deszczu sierść psa, jaśmin, tajski bar i sajgonki, mężczyzna w bossie, kobieta w lawendzie o kuli, kurz. Wchodzę do biblioteki w kolorach pastelowych. Na beżowym stoliku ciemnoszary komputer i kobieta szatynka o spiczastym biuście. Zapach biblioteki jest suchy. Trochę jak zapach podróży po wielu godzinach w pociągu, gdy nos zaklejony jest kurzem. Nie ma go jak wydłubać. Ręce się kleją. W bibliotece do nosa włazi inny zapach. Kurzu w papierze. Ściany i półki są matowe barwą łososia i pistacji. Tylko okładka foliowa czasem błyska nieczystym światłem. Coś obok niej lśni. Jakaś drobinka, okruch jaśniejący. Pomiędzy spiczastym biustem bibliotekarki zawieszony a raczej wsparty na napiętym poziomo materiale, leży naszyjnik. Czarny jak granatowe niebo mruga wielością lśnień.
– Noc nad Kairem – mówi bibliotekarka i powietrze w sali robi się krystaliczne. Chłód bije od ścian. Nie ma już ścian. Jest noc. Nie ma antresoli, podłóg. Nie ma sufitu. Znikły krzyżówki regałów. Mrok rozbija książki a każda z nich jaśniejącym kawałeczkiem wypełnia nos. Wyjść czy zostać?

Ilustracja: Paul Klee, Godzina przed nocą, 1940.

Piękne słowo demokracja

– Nie jestem filozofem, analitykiem, historykiem idei też nie. Nie znam się na ekonomii. Jestem zwykłym obywatelem i dopiero uczę się rozmawiać o demokracji.
I tak zaczęło się spotkanie w bibliotece w Barcinie, „Trudne słowo demokracja. Piękne słowo demokracja”. Przez następne dwie godziny, razem z uczniami trzeciej klasy gimnazjum, obracaliśmy ideę wspólnego rządzenia. Zastanawialiśmy się, czy bliżej jest człowiekowi, z jego potrzebą dominacji i ciągłych konfliktów, do szympansów zwyczajnych. Czy może więcej mamy w sobie z pokojowo nastawionych do życia szympansów bonobo. Nie tylko sprawdzaliśmy, gdzie i dlaczego powstała idea demokracji. Staraliśmy się sami stworzyć własne państwo i wspólnie opracować jego konstytucję.
– Uważam, że zapis o posiadaniu broni będzie gwarantem demokracji. – tłumaczył Bartek.
– Ale ja jestem przeciwny posiadaniu broni – odpowiedział Oskar. – Za to uważam, że powinniśmy wpisać do konstytucji, że wszyscy wyznajemy chrześcijaństwo.
– O – rozejrzałam się po sali, żeby sprawdzić, jak zareagują inni uczniowie.
– Proponuję wpisać do konstytucji wolność wyznania – zaproponowała jedna z dziewczynek.
Przegłosowaliśmy wolność wyznania i opiekę państwa nad obywatelem, prawo do edukacji. Także płacenie podatków, rozdział władzy sądowniczej, wykonawczej i ustawodawczej, jak radził Monteskiusz. I jednogłośnie przeszedł zapis, że państwo zakazuje doktryn nawołujących do przemocy i nienawiści. Po wczorajszym spotkaniu przyszłość nie wydaje mi się już taka zła.
Za możliwość przeprowadzenia zajęć serdecznie dziękuję bibliotece w Barcinie i Agencji Autorskiej Zetzet. Bez nich by się nie udało.

Kocham Bielsk

Wczoraj w Bielsku Podlaskim się wzruszyłam. Prawdziwie i do łez. Trzynastolatkom opowiadałam o losach kobiet w sztuce, o tym czego im na przestrzeni wieków nie było wolno, jak je poniżano, jak dbano, żeby nie mogły się rozwijać. Żebyście widzieli, jak dzieci z Bielska Podlaskiego słuchały! Jeszcze nikt nigdy w życiu tak mnie nie słuchał. Jedna z dziewczyn nie odrywała ode mnie wzroku, ani na chwilę. Druga pochylała głowę, szczególnie, gdy mówiłam o przemocy wobec kobiet. Za każdym razem coraz niżej. A mówiłam o przemocy wiele razy. Inna otwierała usta z oburzenia, gdy słyszała, że w Paryżu w XIX wieku trzeba było uzyskać pozwolenie policji na noszenie spodni. Kobieta musiała uzyskać pozwolenie. Chłopcy także słuchali i także się oburzali. Od wczoraj wciąż myślę o odpowiedzialności, jaką ponosimy mówiąc do młodzieży. Którą ja też ponoszę. I nie chodzi tylko o sztukę i losy kobiet w sztuce, nie tylko o pamięć Artemizji Gentileschi, której miażdżono kciuki, żeby sprawdzić jej prawdomówność, nie tylko o Elisabettę Sirani, którą tyranizował ojciec, czy Rosalbę Carrierę, twórczynię techniki pastelu. Chodzi o to, co te dziewczyny i chłopcy z Bielska Podlaskiego zrobią ze swoim życiem, gdy wyjdą z biblioteki. I tylko o to.

Dziękuję Miejskiej Bibliotece za spotkanie z cudowną młodzieżą i za możliwość poznania wspaniałych ludzi, którzy tworzą tak niezwykłe miejsce. Nie zapomnę wczorajszego dnia. Dużo się w Bielsku Podlaskim nauczyłam.

Zdjęcie: Iwona Bielecka-Włodzimirow

Naiwność

Naiwność wstaje wcześnie rano. Powietrze jest rześkie a Naiwność uśmiechnięta. Uśmiecha się niewidzialnie. Podryguje delikatnie. Świat Naiwności jest jasny i czysty. Może tylko w kąciku oka pozostała wydzielina wczorajszego snu. Naiwność wyciera ją rękawem i siada na miejscu, które zwolniło się w metrze. Z wdziecznoscią odbiera ciepło pozostawione przez poprzedniego pasażera. Pewna jest, że ciepło przeznaczone jest właśnie dla niej. Z zazdrością patrzy na kroki przechodniów, które lekko unoszą ją po ulicach. I nie ma znaczenia, że na tym miejscu nikt wcześniej nie siedział.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Każdej nocy budził się i patrzył na księżyc. Nawet wtedy, gdy ten był w kwadrze dla niego niedostępnej, nawet wtedy, gdy wstawało słońce, nawet wtedy, gdy spał. Patrzył nałogowo. Nie pomagały plastry antyksiężycowe, księżycowe gumy do żucia i cukierki księżycopodobne. Z rozkoszą oddychał księżycowym pyłem i przy każdym oddechu to pęczniał, to kurczył się. Okularów nie mył na wypadek zaćmienia. Żywił się jedynie rogalikami i w kształt rogalika układał się do snu. Wkrótce twarz mu zaczęła szarzeć a w oczach pojawiła się świetlista melancholia. Zrozumiał, że musi zerwać z nałogiem i miał nawet pewność, że zrobiłby to, żeby tylko księżyc zachować. Mógłby nawet umrzeć, żeby księżyc się nie zmieniał. Chciał umrzeć. Podchodził do niego zbyt blisko, w nadziej, że zostanie rozcięty jego ostrą krawędzią albo dźgnięty rogiem lub przygnieciony do Ziemi a może chociaż oślepiony. Na wszelki wypadek więc nie mrugał ani jedną powieką. On mógł odejść. Nawet powinien, byle tylko księżyc pozostał nietknięty. Jednak księżyc nie pozostawał. Co noc spoglądał z wysoka na pół człowieka pół jeża. I nie potrafił przestać. Nawet gdy był po innej stronie globu, nawet, gdy nie powinien, nawet wtedy zaglądał mu w okna. I nic nie mógł poradzić ani na swój zachwyt ani na coraz wyższy i gęstszy las igieł porastających jego srebrzystą powierzchnię.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial