Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Kwiecień 2018

On wchodzi

On. Wchodzi do jaskini. Wyciąga ją za włosy. Wlecze po ziemi. Ona pod paznokciami ma błoto. On dociera z nią nad brzeg rzeki. Wrzuca jej głowę do zimnego strumienia. Trzyma ją pod powierzchnią. Wyciąga za nogę. Ona krztusi się, ale jest przytomna. On rozsmarowuje po jej włosach płyny ustrojowe, które zdobywa w kilku szybszych ruchach nie odchodząc na bok. Ona wciąż leży. On wyciąga ramię i najostrzejszym z kamieni łupie z góry rytmicznie. Gdy ona wstaje czuje się odświeżona z modnie przyciętą grzywką. Tak w dalekiej prehistorii musiał wyglądać pierwszy zakład fryzjerski.

Z pamiętnika pół człowieka pół psa

Jeśli chodzi o psa, to on jest całkiem niewytresowany. Nie da mu się powiedzieć: aport. To znaczy powiedzieć można, ale on nie aportuje. Od razu przewraca się i prosi, żeby go podrapać. O, tu, tu, tu… trochę na lewo. Powiedz mu: stój. Idzie. Powiedz: leżeć. Aportuje. I wreszcie, bo właśnie o tę komendę chodziło. Tylko, że on nie przynosi patyka, piłki, ani dzikiej kaczki, jedynie but sąsiada. Kilka minut później dzwonek do drzwi. W drzwiach sąsiad aportuje policjanta. Najgorsze są jednak sklepy. Wchodzisz do tego na rogu, sklepu z porcelaną. Ot, tak wszedłeś. Chcesz sobie tylko przejrzeć asortyment. Że niby stać cię. Sklep jest niewielki, za to ekskluzywny. Przestrzeń dość ciasna. Półki wypełnione wazami, filiżankami z malowanym uszkiem. I wszystko starsze niż dziadek pradziadka. Ostrożnie! Półmisek wystaje dzióbkiem. Obchodzisz go, żeby nie zahaczyć. Przeciskasz się pomiędzy regałami i wtedy odzywa się staromodny dzwonek u wejścia. Do sklepu wkracza znajomy. Nie tylko znasz go, ale i lubisz. Ogon idzie w górę. Merda z radości. Cieszysz się, więc dzióbek z półmiskiem pada ci do stóp. Jakich stóp? No przecież nie twoich. Najdelikatniej, jak tylko umiesz, żeby nie wdepnąć łapą w skorupy, obracasz się i przy okazji ogonem zmiatasz komplet miśnieńskich filiżanek. Na podłogę sypie się dwanaście spodeczków, komplet do picia japońskiej herbaty. Wazon, z barwionego szkła. Secesja, więc ten najdroższy. I kilka rozchwianych już wcześniej kieliszków. Wszystko spada ci na grzbiet i pęka. Chcesz w locie złapać paterę, lecz psie łapy rzadko kiedy bywają chwytne. Rozwierasz szczękę, zaciskasz zęby na porcelanie. Miażdżysz ją, ale złapałeś. Sprzedawca krzyczy, ty szczekasz, znajomy wycofuje się chyłkiem. Opuszczasz ogon. To nic, że poniewczasie. Jedną komendę dziś opanowałeś.

Oda do (nie)kompatybilności

Jak dwa lewe buty,
jak guzik tweedowej marynarki,
którego wcisnąć do dżinsowej dziurki nie zdołam,
nawet siłą.
Jak słoń z mrówką,
jak guma z miodem,
jak słowa, takie same w brzmieniu,
każdemu rodzą inne skojarzenia.
Jak wrona, co wyciera dziób po zjedzeniu muchy,
tak my jesteśmy.
Ja muchą, ty wroną.

Zaufanie

Zaufanie nie jest kotem. Siedzi na murku i liże skaleczoną łapę, bo weszło na pęknięte szkło. Ale kotem nie jest. Zaufanie milczy. Milczy, patrzy i od światła zwężają mu się źrenice. Ale kotem nie jest, choć kotu źrenice zwężają się podobnie. Zaufanie słyszy. Wszystko. Siedzi na murku, liże łapę i słyszy. Zupełnie jak kot, chociaż kotem nie jest. Gdy usłyszy stukot puszek ucieka. Jest mądre. Wie, że zgrzyt po bruku oznacza kłopoty, uzasadniony strach i nieuzasadniony ból. Wybiera więc kocią drogę, najszybszą, pomiędzy samochodami, za blok, w otwarte piwniczne okienko a może do ogródka pod balkon, z którego zwiesza się szczekająca psia głowa. Ta głowa je chroni. Zaufanie siedzi przycupnięte za krzakiem. Już wie, że zostało osaczone, bo pies – zdrajca, przestał jazgotać. Gdy chwilę póżniej zaufanie potyka się o sznurek i rani łapy o brzegi puszek, jest jak kot. Ma wiele żyć. Odrodzi się.

Ilustracja: Kobieta przemieniająca się w kota, Marc Chagall, 1927-28.

Tobie

Tobie niebieszczą się oczy
koszula ci się niebieszczy
zaróżowione ucho kołysze niebieskie pieśni
pieśni o bogu wąsatym, z którego codziennie rano
pod wpływem niebieskiej szczotki
włosy na ziemię spadają
włosy nie blondie, nie siwe, nie czarne ani miodowe
rozniebieszczone włosy
prosto na twoją brodę.

I tobie niebieszczą się oczy
koszula Ci się niebieszczy.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Pół jeż śpi jeszcze. Zwinięty w pudełku na guziki, wsparł głowę na poduszce z igłami. Pół człowiek spać nie może. Agrafka go poszturchuje, przez sen gadają zatrzaski a spragnione czułości szpilki przytulają się aż do krwi. Niewygodnie mu. Za ciasno w nieswoich snach. Wstaje, wiąże buty i wychodzi. Następuje rozdzielenie. Człowiek idzie sam i w oczy wieje mu wiatr. Dobrze, że mocno zawiązał sznurówki. Szkoda tylko, że supeł rozluźnia się. Człowiek wysuwa z ciężkich butów stopy i bezwolnie unosi się. Nieborak wisiałby nad miastem długo jeszcze, gdyby w pudełku z guzikami nie obudził się jeż.
– Ech, człowieku. – mruczy przypinając pół człowieka igłami do ziemi. – I coś ty sobie myślał?

Landrynki

Trzeba umieć szybko biegać. Żeby biegać szybko należy się nie oglądać. Nie zatrzymywać się, nie odpoczywać. Podskakiwać, raz na jednej, raz na drugiej nodze, żeby nie ostygnąć. Trzeba wciąż drgać. Nie mieć spokoju ani przez chwilę i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Oddychać trzeba równo, nie głęboko i nie płytko. Trzeba być pełnym buzującej, niepohamowanej, nieposkromionej energii, którą kierunkuje się, wpuszcza w jeden tłok, ogranicza, żeby buchała tam, gdzie powinna i żeby przynosiła korzyści. Nieopanowanych wybuchów, eksplozji, procesów, które zostały nieprzewidziane się nie przewiduje. Trzeba być opanowanym, brać każdą przeszkodę w spokoju i pokonywać ją z bezwzględną dzikością, z siłą kumulowaną, tłoczoną, uciskaną, aby wyzwoliła się, wystrzeliła, wydobyła na zewnątrz z hukiem i energią a potem schowana została do pudełka landrynek, którego wieczko ozdobione jest liliowymi płatkami lawendy.
– O, jakie śliczne!

Pusta kamienica

Pusta kamienica stoi niedaleko. W oknach jest ciemno, w drzwiach zamkniętych czarno. Brak szyldu, numeru, dzwonka, nie ma wizytówki. Mężczyzna wchodzi z drabiną do środka. Codziennie wchodzi. Zawsze, gdy mijam pustą kamienicę. On wchodzi, drabina wchodzi wolniej, ale i ona końcem końców znika w ciemnym wnętrzu. Drzwi zamykają się. Dzisiaj się nie zamknęły. Zdążyłam zajrzeć do środka przez szparę. Wewnątrz było czarno. Gdy wróciłam do domu, ze źrenicy na podłogę wypadł mi czarny kwadrat. Centymetr na centymetr. Pochylam się, zaglądam do środka i stawiam stopę na szczeblu drabiny.

Ilustracja: Joan Miro, litografia z cyklu „Quelques fleurs pour des amis”, 1964.

Chodnik

Chodnik nieustannie wędruje wzdłuż miasta. Zbaczam z niego w podwórko. Kwadratową wstęgą oplata je ścieżka. Bloki połączone prostą geometrią nie reagują na siebie podobnie jak mieszkańcy. Mijają się cisi. Gdy przekraczam próg milkną także ptaki. Tylko furtka skrzypi. Kobieta w białej koszuli wywiesza za okno pranie. Strzepuje czerwony ręcznik. Zapach płynu do zmiękczania niesie się po słonecznym kole. Widownia wstaje z miejsc. Ruszam naprzód wokół. Zamiatam ziemię. Piasek z bruzdy pryska mi do oczu. Trzy razy okręcam się w miejscu. Biegnę, żeby zmylić. Zwrot. Do przodu. Tłum huczy, gdy patrzy na mnie z góry. Ryję bokiem w ziemi. Uderzam o bandę. Trzeba kończyć zabawę. Zapieram tylne kopyta. Ciężarem bujam w stronę karku. Czerwony ręcznik otwiera się przede mną. Uderzam. Za nim tylko ściana.
Siedzę na trawie płasko. Sąsiad zwabiony trzaskiem gałęzi wystawia pięść z prostokąta okna. Utytłany ręcznik przykładam do głowy. Czy da się ją uprać?

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial