Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Marzec 2018

Pasek postępu

Schodzę do metra i mijam gołębia na szarej posadzce. Zajęty jest patykiem. Podnosi go i zaraz potem wypuszcza. Gdy go wypuszcza, ja upadam. Gołąb podnosi gałązkę i wtedy ja wstaję. Wsiadam do wagonu trochę zdziwiona i patrzę na wysokiego, szczupłego mężczyznę, który siedzi najbliżej wejścia. Wzrok utkwił w przestrzeni pomiędzy stacjami. Białe adidasy ustawił pod ławką równo. W palcach trzyma telefon, z którego białe kable wznoszą się do jego uszu. Muzyka zatopiona słuchawką w jego małżowinie wydobywa się na zewnątrz stłumionym łomotem, który wtapia się w dźwięki metra. Wszyscy podrygujemy w ich rytmie. Palce mężczyzny delikatne ślizgają się po powierzchni telefonu. Wreszcie zatrzymują się. Jestem na stacji metra, gdzie gołąb wypuszcza z dzioba gałązkę. Przewrócona czekam, aż ptak podniesie patyk lub mężczyzna ponownie włączy odtwarzanie.

Ilustracja: Suprematyzm, Kazimierz Malewicz, 1917, źródło: commons.wikimedia.org.

Tamara

Dzisiejszą rocznicę śmierci Tamary Łempickiej można uczcić na kilka sposobów. Można wypalić papierosa. Tylko, że wtedy niejednego. Należy odpalać jednego od drugiego. Zaciągać się i zaciągać, i cieszyć siwą mgłą. Jeśli się nie chce palić, można też coś zjeść, ale tylko to, co będzie bardzo smakowało. I obowiązkowo w dużych ilościach. Wręcz należy oblizywać się po nich i pojękiwać zmysłowo. I jeszcze można a nawet trzeba pozwolić sobie dziś na przyjemność. Co kto lubi, z kim, jak i gdzie. Do wyboru. Albo raczej właśnie, w rocznicę śmierci Tamary Łempickiej, nie należy wybierać, tylko korzystać ze wszystkich możliwości. A jeśli znajdzie się ktoś, kto niefortunnie niedawno rzucił palenie, odchudza się, nie uprawia nierządu, nie nadużywa alkoholu i akurat w tym tygodniu odwyka od kokainy, w zamian tych wszystkich niedostępnych mu uciech, może chwycić pełen wody czajnik, postawić go na gazie, czekać na herbatę i patrzeć. Obok stoją metalowe garnki, w których ogień, gdy zapłonie, odbije się świetlistą barwą niebieskiego nieba z obrazów Giovanniego Belliniego, które tak pokochała Tamara Łempicka.

Na ilustracji „Adam i Ewa” Tamary Łempickiej.

Obietnica

Metro. Nad ziemią pada śnieg a po peronie biegnie kobieta z dwiema niedużymi córkami. Jedna z dziewczynek trzyma uchwyt wózka, ale druga wcale nie chce.
– Zapamiętaj sobie raz na zawsze! – tłumaczy matka, gdy znajdują się wreszcie w wagonie. – Gdy mówię, że masz się trzymać, to znaczy, że nie wolno się puszczać!
Dziewczynka siedzi upchnięta z siostrą na jednej miejscówce. Ma jasną kurtkę w kwiaty, białą, wełnianą czapkę i czerwone policzki, bo nie jest zachwycona, że mama krzyczy na nią przy innych pasażerach metra. Zerka na siostrę, z którą musi rozumieć się nieźle, więc już po chwili mama znowu nachyla się, tym razem nad obiema córkami:
– O, nie! – mówi dobitnie – plucie nie jest przyjemne.
Dziewczynki są zdziwione. Po minach widać, że nie zgadzają się z matką, mimo wszystko plucie zastępują zwijaniem języka w rurkę.
– Publiczne pokazywanie języka też nie jest miłe – reaguje matka.
Metro zatrzymuje się na stacji. W wagonie zostawiam dwie nieruchome dziewczynki z mamą. Po chwili już sama czekam w szkolnym korytarzu na wyjście syna. Tuż koło mnie przechodzi ojciec z siedmioletnią, bardzo zadowoloną z siebie córką. Dziewczynka idzie tyłem. Nie może doczekać się, kiedy opowie tacie o dniu w szkole.
– A jutro dostanę nagrodę – mówi i podnosi szczęśliwą twarz ku ojcu. Ten patrzy na nią z góry:
– Jutro to będzie sobota – odpowiada jej bez zastanowienia.
Dziewczynka zatrzymuje się. Opuszcza głowę i milknie.
Wychodzę ze szkoły. Dziwne, że gdy pada śnieg, robi się cieplej. Cieplej i ciszej. Dlatego nikt nie słyszy słów obietnicy, którą wypowiadam głośno:
– Gdy znowu będę dzieckiem, będę pluła, pokazywała język, puszczała się i jutro zawsze będzie dzień, gdy dostanę nagrodę.

Ona

Ona nie była łatwa. Spodziewałam się z nią trudności, ale nie takich. Wydawało mi się, że sobie poradzę, że jej kierunek jest wyraźnie zaznaczony i że jest jeden. Innego być nie może. Ten, który jest, prowadzi strzałką w moją stronę i obejmuje moją sferę skojarzeń. Lub moją sferę braku skojarzeń. Oraz emocje. Moje i w reakcji na nią. Sądziłam, że jest obiektywna. Jedna i skończona. Nie była. Ilekroć odwróciłam wzrok, karała mnie za brak skupienia. Za ćwierknięcie ptaka, za szurnięcie sąsiada, za podrapanie się w ucho, za huk samolotu, który kazał podnieść oczy i poprzez zakurzoną szybę szukać białej kreski. Kierunek kreski był wyraźnie zaznaczony. Jeden i obiektywny. Drażnił ją, bo ona nie chciała mieć kierunku, więc zakładka nie miała dla niej żadnego znaczenia. Opowiadana przez nią historia nieustannie zmieniała się. Za każdym otwarciem pojawiała się nowa, tyle, że jej historie nie miały początku ani końca. Wpuszczała do nich na chwilę a po obróceniu strony wrzucała do wnętrza innej opowieści. Żadnej z nich nie pozwoliła poznać. Włączała je i wyłączała, jak radio, czy telewizor. Kpiła sobie ze mnie, musiała więc spodziewać się mojej reakcji. Przewidzieć odrzucenie. To jej wina. Tak naprawdę nie chciała, żebym ją czytała. I nie czytałam. Ani przez jedną krótką chwilę. Zresztą nawet, gdybym chciała, nie byłabym w stanie. Od samej oklejki, strona po stronie, to ona przeczytała mnie.

Z pamiętnika pół-człowieka pół-jeża

Gdy jest się pół musi w międzyczasie pojawić się zwątpienie. Ale zwątpienie przybiera postać tylko w połowie. Pół-jeż w połowie bywa pół-ptakiem, który zwątpił. W co zwątpił, to wiadomo dopiero, gdy pół-jeż poleci lub spadnie. Gdy spadnie, oznacza, że zwątpił w pół-ptaka, gdy poleci, zwątpił w pół-jeża. W każdym z tych przypadków zwątpił w pół-człowieka. Gdy pół-człowiek poleci, wiadomo, że nie zwątpił w pół-ptaka, ale w pół-człowieka. Z czego wynika, że nie zwątpił w pół-jeża, bo zwątpienia może być tylko pół. I dlatego pół-człowiek pół-jeż, który nie zwątpił w pół-ptaka i poleciał, i tak zawsze spadnie. Pół-jeż jest na końcu i na początku zwątpienia. W sumie daje to całego jeża, który zwątpił w siebie bez reszty.

Walka kobiet

– Do 1921 roku kobiety w Polsce zobowiązane były wobec prawa do posłuszeństwa woli męża. Czy któraś z Pań chciałaby zniszczyć kartkę z tymi słowami?
Pani wójt ubrana w sweter o barwie wrzosów wyciąga ramię bez chwili wahania.
– Ja ją wezmę.
Wczorajszy dzień był niezwykły, bo też biblioteki w Borowej Oleśnickiej i w Długołęce, nie są miejscami zwykłymi. Jeśli kiedyś wątpiłam w mityczny świat kobiecego wsparcia, czułości i uwrażliwienia na drugiego człowieka, bo nie tylko na kobietę, wczoraj przestałam. Bibilioteka jest kobietą, tak nazywa się akcja podwrocławskich placówek. A ja dodam, że mądrą.
Za zaproszenie, za możliwość opowiedzenia o walce artystek o prawo do tworzenia w świecie mężczyzn i za cały wczorajszy dzień pełen przygód, bardzo dziękuję bibliotece w Długołęce, filii w Borowej, a także nieodmiennie Agencji Zetzet, bo dzięki niej takie cudowne dni i spotkania są możliwe.

Dzień Kobiet

Prawdziwe święto kobiet, myślę stając w drzwiach mojego przedziału. Po lewej siedzą dwie siostry, studentki pierwszego lub drugiego roku historii sztuki lub malarstwa. Jedna z nich ma spodnie w farbie a druga czyta o sztuce starożytnej. Koło nich studentka rehabilitacji lub medycyny w różowym swetrze. Po prawej młoda kobieta w okularach czytająca książkę Pawła Sołtysa. Obok niej, na dwóch miejscach, dziewczyna z długimi, jasnymi, kręconymi włosami. Będzie podrygiwała w takt muzyki przez całą drogę. Zajmuję miejsce naprzeciwko niej i uśmiecham się na myśl o dzisiejszym dniu. Czuję, że święta kobiet nie można było lepiej spędzić. Właśnie poprowadziłam spotkanie poświęcone walce pań o prawo do tworzenia w świecie mężczyzn. Wspólnie z dwunastolatkami podarłam kartki z zakazami i ograniczeniami. W drobny mak poszły szowinistyczne cytaty z Platona, Arystotelesa i Tomasza z Akwinu.
Zdejmuję kurtkę, wyjmuję książkę z torby. Chciałam ją czytać już rano, w pociągu startującym z Warszawy, ale z mężczyzną, który zajmował miejsce tuż koło mojego, przegadaliśmy całą drogę.
Pociąg rusza. Jest ciasno. Potrącam nogą sąsiadkę z naprzeciwka i grzecznie mówię „przepraszam”. Niepotrzebnie. Wcale na mnie nie patrzy. Nie spojrzy nawet wtedy, gdy potrącę ją po raz trzeci i czwarty. W końcu przestaję przepraszać i czytam. Gdy wreszcie podnoszę głowę w drzwiach przedziału stoi dwóch mężczyzn.
– It’s here – mówi jeden do drugiego i wskazuje dwa wolne miejsca. To znaczy miejsca byłyby wolne, gdyby dziewczyny nie trzymały na nich swoich nóg. Żadna z nich nie podnosi głowy i nie reaguje na obecność zafrasowanych mężczyzn, którzy wreszcie zrezygnowani odchodzą. Z ciekawością patrzę na sąsiadki. Na siostry w różowych i bordowych skarpetkach, kobietę czytającą w trampkach i tę dziewczynę, co podryguje w takt muzyki. Siedzi naprzeciwko i ma szare skarpetki z batmanem. Patrzę na stopy, na kolana, na bluzę zielono – różową, na czarne koszulki, szukam ich oczu. Niepotrzebnie. Nie da się w nie spojrzeć. Przez trzy godziny jestem niewidzialna. Wysiadam z pociągu i idę przez peron pełen mężczyzn z kwiatami w dłoniach. Czy wiedzą na kogo czekają?
Chciałoby się powiedzieć, wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet. Ja pomilczę.

Walka kobiet

Pamiętam rozmowę sprzed kilku lat z Agnieszką Krzemińską, dziennikarką i archeolożką. Podekscytowana opowiadałam jej o kobiecej sile w mitach.
– Wiesz – mówiłam – to znaczy, że taki świat istniał, był możliwy. W mitach musi odciskać się choćby część prawdy.
Agnieszka spojrzała na mnie wtedy ze smutkiem, pokręciła głową i powiedziała:
– Ziemia nie kłamie. Mity brzmią pięknie, ale są tylko usprawiedliwieniem. Pochówki świadczą o tym, jak kobiety były źle traktowane.
Tym słowami, za które Agnieszce dziękuję, rozpoczęłam wczorajsze spotkanie poświęcone artystkom i ich walce o prawo do tworzenia w świecie mężczyzn.
Cieszę się, że takie zajęcia są możliwe a są możliwe dzięki Agencji Autorskiej Zetzet. Bardzo dziękuję Agencji za pomoc i Bibliotece w Jaksiach dziękuję za zaproszenie.

Ilustracja przedstawia obraz Artemisi Gentileschi, ze zbiorów i strony Galerii Uffizi.

Cuda pocztowe

Myślę o cudach pocztowych dnia codziennego. Na przykład dziś. Idę i spodziewam się kolejki a poczta jest pusta. Podchodzę do okienka śmiało, jednak okienko też jest puste i czarne krzesło nic do mnie nie mówi. Za to na ladzie, na wysokości oczu, leży śnieżnobiała karta z wyraźnym napisem:
– Tym zajmie się Jezus.
Wyjmuję więc awizo i dowód osobisty. Jestem bardzo podekscytowana. Niecierpliwie czekam, aż Jezus się tym zajmie. Zastanawiam się, czy zajmie się tylko tym, czy może czymś jeszcze innym. Ponieważ jednak czas mija a Jezus nie przychodzi, słucham rozmowy w okienku sąsiednim, w którym siedzi pani urzędniczka. Po drugiej stronie lady patrzy na nią petent. Mężczyzna w sile wieku, ubrany elegancko. Siwizna zdobi mu skroń. Kobieta wyciąga do mężczyzny paczkę i dołącza słowa pożegnania:
– Miłego dnia.
– Miłego dnia – odpowiada mężczyzna. Jego skórzana torba rozdziawia paszczę i połyka pakunek. Mężczyzna powtarza:
– Miłego dnia, miłego dnia. – Tym razem jednak brzmi to jakoś bardziej mrukliwie.
Robi krok w stronę wyjścia, odwraca się od okienka. Wszystko widzę w zwolnionym tempie, nawet to, że mężczyzna wraca. Staje naprzeciwko urzędniczki i precyzyjnie dobiera słowa:
– Chociaż ja nie lubię, gdy ktoś do mnie mówi „miłego dnia”.
Na twarz kobiety wypływa uśmiech. Łagodny i pełen miłości.
– Spokojnego dnia panu życzę.
– O! – Mężczyzna odrzuca głowę. Szare kosmyki wpadają mu do oczu a on wykrzykuje wniebowzięty:
– Tak znacznie lepiej! Spokojnego dnia! Do miłego! – dodaje jeszcze i teraz już wychodzi naprawdę.
Wracam więc do mojego okienka, w którym pojawia się wreszcie długo oczekiwana postać. Kobieta w białej urzędniczej bluzce z wyprasowanym kołnierzykiem, ta sama, która przed chwilą żegnała petenta. Tak! Wiedziałam. Cieszę się w duchu. Jezus jest kobietą.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial