Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Luty 2018 (strona 1 z 2)

Z ruchu myszy

Mysz nie czyta z ruchu warg, nie słyszy szeptów, nie śledzi urywanych spojrzeń i przeciągłych dotyków. Życie myszy nie sięga wielkich problemów. Czubkami uszu dotyka co najwyżej kostek, bo już nie kolan. Tego, co istotne dla wielkich tego świata, mysz nie zrozumie. Przycupnęła pod liściem sałaty i czyta urywek gazety przyniesiony w zębach ze śmietnika. Dławi się, krztusi, zasłania łapkami pyszczek. Zagryza wąsy, przewraca się na mysi boczek i szura ze śmiechu pleckami po brudnej kałuży. Ludzie przeceniają znaczenie górnych partii swego ciała. Ruch podeszwy zdradzi myszy wszystko.

Ilustracja autorstwa Maxa Ernsta, La troisième souris assise, on voit voler le corps d’une adulte légendaire, 1929 rok.

Z cyklu refleksje nikomu niepotrzebne

Dużo myślałam ostatnio o Tolkienie i „Władcy Pierścieni”. Nie pierwszy już raz. Dzieci czytają po raz piąty, cały dom więc ponownie żyje przygodami z pogranicza Mordoru i Rivendell. Po raz pierwszy jednak uderzyła mnie niesprawiedliwość i manipulacja, która na poziomie odautorskim wydarza się we „Władcy Pierścieni”. Że autor musi czytelnikiem manipulować, wiadomo. Na tym polega literatura, że pisarz kieruje skojarzeniami w stronę dla siebie wygodną i pożądaną. Tolkien jednak przekracza granice dobrego smaku a nawet, nie boję się użyć tego słowa, etyki. Gdy się nad „Władcą Pierścieni” zastanowić, odrzucając tolkienowe odwracanie kota ogonem, widać wyraźnie, że jest to opowieść o biednych, zgnębionych orkach i bogu ducha winnym Sauronie, któremu złe elfy, rękami hobbitów, ukradły jego własność. Sam ją sobie zresztą Sauron wykuł. Bo przecież autorem pierścienia jest nie kto inny, lecz właśnie on. Nie dość, że elfy ukradły, to, co do nich nie należy. Uczyniły jeszcze z Saurona przyczynę wszystkiego złego. A kto rządzi światem? No kto? Rządzą elfy i nastawiają go przeciwko Sauronowi i jego żołnierzom. W porządku. To jeszcze mogłabym wybaczyć. Naturalna walka o dominacje. Ale że elfy kpią sobie z wiernych żołnierzy Saurona, tego już wybaczyć nie mogę. Bo dlaczego kpią? Tylko dlatego, że orkowie są odrażający. A kto powiedział, że dobro jest piękne a brzydota zła? Kto ustawił świat w sposób, który jest dla jego brzydszej, ułomnej, nie dość doskonałej części wykluczający? Oczywiście Elfy.
A po co to wszystko? Żeby odebrać pierścień, który im się nie należy, i przekonać postronnych świadków, że czynią słusznie. Jak dla mnie spisek jest jawny. Wystarczy popatrzeć na te biedne, niesłusznie oskarżane, szlachetne istoty, dzielnych wojaków zaklętych pod postacią brzydkich orków, które w dodatku kiedyś były elfami. W swej bezbrzeżnej lojalności biorą przecież udział w sprawie z góry przesądzonej. Im pisarz wyznaczył los przegranych a mimo to stoją u boku swego władcy. Zasługują na najwyższy szacunek. Uważam, że najwyższy czas oddać Sauronowi i jego ludziom sprawiedliwość i skończyć z kłamstwami Tolkiena. Precz z elfami! Orki wyklęte!

Ambicja

Ambicja jest i jej nie ma. Siedzi i stoi. Kładzie się i wstaje. Ma dwie głowy, ma ogon, skrzydła. Lubi lody waniliowe, truskawkowe i czekoladowe. Skuta lodem ma gorące serce. Ma pióra, ma futro, ma oczy, uszy, dziób. Ma doskonały wzrok. Ma wzrok słaby. Szyje na maszynie doskonale, ale uszyć na maszynie nie umie. Ma w nosie sześć dziurek, więc gdy ma katar przez sześć dziurek wypływa jej sok malinowy. Bardzo smaczny. Usmażony w domu, ze śliwek, które rosną w ogrodzie. Wyrosły na drzewach zasadzonych przez pradziadka. Prapradziadka. Prapraprapradziadka, który miał trzy nogi, trzy głowy i był taki wielki, taki mały, że go było widać z sąsiedniej wsi. Nie było go wcale widać, był taki zasuszony ten dziadek, najwaleczniejszy, najmniej waleczny był ze wszystkich. Na sześciu nogach o sześciu dziurkach w nosie pchał pług z ołowiu czystego. Ambicja siedzi na ławce i tak macha nogami, że skarpetki na jej sześciu łydkach opadły aż do kostek. Liże lody czekoladowo, truskawkowo, waniliowe i one skapują jej na palce. A potem na chodnik i w kałuży, którą tworzą pływają trzy, cztero-, sześciomasztowe statki. Chińskie dżonki z piratami, którzy mają trzy nogi, po trzy nogi z każdej strony. I nie mniej dłoni, którymi dzielnie walczą z gołębiem, który spod stóp Ambicji wyskubuje okruszki wafli.

Idealista

Idealista budzi się rano ze świadomością ciężkich snów. Znowu uratował świat. Nie pamięta jak, ale już wie, że potrafi. Staje przed lustrem nagi. Nie ma w oczach zachwytu. Ma kilka czarnych kropek na ciele. Na brzuchu, na przedramieniu, na udach, na plecach. Na asfaltowym chodniku, na bloku na przeciwko, na psie, który przecina mu drogę widzi je także. Rozumie, że są chorobą dla świata. On jest chorobą, więc świat łatwo będzie uleczyć. Idzie na staję metra i zatrzymuje się w wyznaczonym na peronie miejscu. Ścieżka dla ociemniałych wprowadzi go w ostatnie drzwi pociągu. Idealista zawsze staje na ścieżce ze słabszymi. Motorniczy mija wyznaczone miejsce. Zatrzymuje skład kilka metrów dalej. Żeby trafić do drzwi Idealista musiałby zejść z obranej drogi. Dlatego idzie prosto w ciemność. Gdy budzi się następnego ranka, ma na ciele kilka czarnych kropek więcej. Wstaje i jest pewny, że dziś także uratuje świat.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

O korzyściach z posiadania igieł. Na przykład w nogę uderzyłam się w poniedziałek. Stało się to nagle i nieoczekiwanie. Na prostej drodze od biurka do biurka. We wtorek noga spuchła. Utykałam, ale tylko trochę. Wciąż mogłam chodzić. Ból dawał oparcie i przyjemne poczucie łączności z ziemią. Odciągał od niepewności. Coś wreszcie działo się na pewno. Ból rzeczywisty. Żeby trwał postanowiłam nie siadać. W środę więc stopa przestała przypominać stopę. Kształtem bliższa była balonowi. W czwartek zaczęła odrywać się od ziemi i podlatywać ku górze, co dokonało się w piątek, ponieważ niesiona wiatrem za stopę zdążyłam na czas do autobusu. W sobotę, gdy wstałam z łóżka, świat jawił mi się już do góry nogami. Balon na wysokości ciągnął drugą nogę do siebie, podczas, gdy ramiona, nie mogąc odnaleźć dla siebie miejsca, otaczały i potrącały zwisającą bardzo nisko głowę. A głowa, co nie od dziś wiadomo, oparcia mi żadnego nie daje. W niedzielę więc, korzystając z posiadania igieł, przekułam balon i od poniedziałku znów siadam do biurka.

Ilustracja „Niebieski stół”, autorstwa Ginny Casey, pochodzi ze strony Two coats of paint.

Guo Nian

O Chińskim Nowym Roku i noworocznych zwyczajach, jak je widzi dziś, ale także, jak widziała je kiedyś, opowiada Lu Yin, doktor fizyki NUS, Chinka, która od lat mieszka w Singapurze.

Urodziłam się w północnej części Chin, około trzystu kilometrów od Beijing. W czasie uroczystości Nowego Roku ludzie są tam radośni. Kończy się rok ciężkiej pracy, można więc świętować i spotykać się z rodzinami. Przed Nowym Rokiem jest mnóstwo do zrobienia. Trzeba wyczyścić dom, iść do fryzjera, kupić nowe ubrania i przygotować jedzenie. Wigilię Nowego Roku spędza się z rodziną w domu a kolacja jest najważniejszym posiłkiem świątecznym. Nikt nie kładzie się aż do północy i odliczania, po którym, gdy już nastanie Nowy Rok, każde chińskie miasto wypełnia się dźwiękami fajerwerków. Wygląda to jak jedna wielka impreza w całych Chinach, nawet w najbiedniejszych i najdalszych jej częściach.

Czytaj dalej

Klucz

Nie rozumiałam, ale teraz już wiem. Imię nie jest kwestią wyboru. Imię zostaje każdemu nadane. Ja także dostałam swoje. Jestem dziurką od klucza. Ale nikt nie woła na mnie „dziurka” ani „zamek”, ani nawet wytrych, czy – chociaż to bez sensu – sezam.
– Hej, kłódko. – Również nikt nie mówi, co zrozumiałe, bo kłódką nie jestem. Jestem najmniejszą dziurką, w najmniejszych drzwiach, w wąskim korytarzu, do którego zejść można po niskich, ciasnych schodach, a przejść do nich można tylko z pewnej małej, niewidocznej na mapie ulicy, która znajduje się w najdalszej części pewnego zagubionego miasta. Mimo, że zagubione, słyszało o mnie już wielu i droga została szczegółowo opisana. Przybywają nią wędrowcy z różnych stron, kowale, ślusarze, ale nie tylko. Każdy, kto ma klucz, ma też nadzieję. Błądzi więc po pustyniach, wypłukuje piach rzekami, ściera podeszwy na kamienistych, górskich ścieżkach, aby przecisnąć się wreszcie przez wąski korytarz i stanąć u moich drzwi. Przykładając do mnie swój klucz, każdy nazywa mnie tak samo:
– Nie pasujesz.

Dobrze o książce

Kilka dobrych słów o książce, „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”, znalazło się na blogu Czytoczary:

„Być może, wytrawny koneser sztuki obruszy się w tym momencie, że przecież nie ma jedynego słusznego miejsca/sposobu odbioru i rozumienia sztuki, ale dla laika, jakim ja jestem, to wskazanie odpowiedniej perspektywy jest niezwykle cenną wskazówką. „Historia sztuki…” Ewy Jałochowskiej jest dla mnie takim właśnie przewodnikiem do prowadzenia poszukiwań razem z dziećmi i – jak się okazało – trafia na niezwykle podatny grunt w głowie Olki.”

Serdecznie dziękuję!

Namiot

Gdy zamykam oczy widzę namiot. Dziesiątka albo dwunastka. Ciężki, gdy go spakować do worka. Przestrzenny, gdy go rozstawić. Jego płócienne ściany są koloru khaki. Podłogi nie ma. Kanadyjki stoją wprost na trawie i piasku. Na łóżkach materace. Półki z żerdzi sosnowych, które wspólnie z koleżankami zbijałyśmy w czasie obozowej pionierki, układają się w regały. Trochę chybotliwe, bo same pracowałyśmy przy nich młotkami i piłami. Te bywały większe od nas. Nie byłyśmy wysokie. Gdy podskoczyłyśmy, trudno nam było dosięgnąć zwieńczenia namiotu. Jego wnętrze było dla nas całym światem. Prowadziłyśmy w nim swoją małą politykę. Od rana trwały gry dyplomatyczne, zawierałyśmy sojusze i wypowiadałyśmy sobie wojny, żeby pod koniec dnia, leżąc w śpiworach, zawrzeć wieczny pokój aż do następnego poranka. Dziś w namiocie, który widzę, gdy zamykam oczy, włosami ocieram się o strop. Mało powietrza. Z trudem wciskam kolana pod brodę. Muszę pochylać głowę, bo nie ma już nade mną przestrzeni. Namiot zmalał, czy ja urosłam? Mam czterdzieści trzy lata i czas pionierki minął. Będzie trzeba rozwalać regały, powyciągać gwoździe i rozmontować obóz. W ciasnym worku namiot będzie wyglądał na nieduży. O jego obecności zaświadczy tylko wydeptana na polanie pożółkła trawa. Niedługo odrośnie.

Ilustracja, Cyrkowy namiot w paski, autorstwa Richarda Crabbe (1927–1970), pochodzi ze strony Art Uk

Haiku

Żadnego życia
w kałuży solonej.
Ja w niej płaczę.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial