Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Styczeń 2018

Rzęsy wielkich poetów

Rzęsy wielkich poetów mrużą się do środka. Dlatego istota szara wielkich poetów jest oświetlona i ocieniona równocześnie. Wielkim poetom w głowach rodzą się słońca. Gdy jedno wschodzi, zachodzi inne. Krążą ponad zwojami kory ułożonej z bizantyjskiej mozaiki. Wielkim poetom w głowach rodzą się otchłanie. Mieszane kosmiczną łyżką smakują obco. Mieszane kosmiczną łyżką smakują bosko. W ogóle nie mają smaku. Już jadłem. Idźcie stąd. Nie mam czasu. Nie mam pieniędzy. Won z mojego pokoju. Wielcy poeci gubią się w swoich głowach. Wędrują głodni szlakami z ekspozycją i odpinają zabezpieczenia. W głowach małych poetów rosną grzyby i majeranek. Dzięki małym poetom będzie dziś zupa.

Ilustracja: Małpy w pomarańczowym gaju, Henri Rousseau, WikiArt.org

Dziura

Jest owalna, pociągła i otoczona frędzlami. Pojawiła się nagle. Niespodziewanie. Trach i dżinsowe spodnie pękły. Że akurat na dupie to przypadek. Dziura jak każda inna. Nagle? Niespodziewanie? Trach? Czy dziury naprawdę powstają nagle? Oczywiście, że powstają. Gwałtowny ruch. Nitki pękają, materiał puszcza i już. Dziura gotowa.
Nie. To by było za proste. Gdy się nad tym zastanowić jest inaczej. Weźmy dziurę pierwszą z brzegu. Niech będzie ta świeża na dupie, z jasno-błękitnymi, dżinsowymi frędzlami. Ona przecież przecierała się latami. Przecierana była potrzebą dziury. Pragnieniem jej powstania. Nie można więc powiedzieć, że dziura na dupie powstała teraz. Ona już była, tylko nikt o niej jeszcze nie wiedział. Bo dziury najczęściej są nieuświadomione. Nosimy je, chociaż nie wiemy, że już są i nie zdajemy sobie sprawy, że ich chcemy. Istnieją zanim się pojawią.
Należy więc postawić sobie pytanie, skoro my nie jesteśmy świadomi dziury, czy dziura jest świadoma siebie? I może jeszcze drugie. Czy dziura jest świadoma nas? Może jest naszą świadomością? To pytanie jest głupie. Dziura nie może być naszą świadomością, skoro my nie jesteśmy jej świadomi. Ale skoro nie jesteśmy jej świadomi, może dziura jest naszą podświadomością? Taką, która się wytrwale przeciera, ociera się o ciasnotę i dąży do jej przerwania. Ciasnotę naszą własną, bo czyją by inną. A zatem podświadomość stara się przebić, bo dusi się krztusząc i zalewając własnymi wydzielinami. Nie może swobodnie wydmuchać powietrza w tej ciasnocie. Walczy o oddech. Zatruwa się własną świadomością, która…
Stop. Czyli dziura ma własną świadomość. Własna świadomość dziury jest jej własną świadomością, lecz nie jest naszą świadomością, co rozumiemy, bo już wcześniej ustaliliśmy, że dziura jest naszą podświadomością. Powtórzmy. Dziura jest naszą podświadomością. Co to znaczy? Że jest nad nami. Jest wobec nas nadrzędna. Ona nami kieruje, bo jej świadomość kieruje naszą. Ona jest świadoma siebie i jest świadoma nas. Lecz my nie jesteśmy jej świadomi. Mamy tylko utajone przeczucie jej istnienia. I to przeczucie kieruje naszymi działaniami, bo chcemy, żeby nasza podświadomość zwyciężyła. My, tak jak i ona, mamy dość ciasnoty. I wreszcie po latach podświadomość zwycięża. Trach i jest dziura na dupie. I teraz co? Zaszywać ją, czy nie zaszywać?

Ilustracja: Georgia O’Keeffe, 1943 rok, Indianapolis Museum of Art.

Dziś śpiąca

Na stację wchodzę dziś śpiąca. Metro rusza, opadam na szare drzwi i układam się na nich wygodnie. Głos konduktora dociera przez szparę, jednak sens słów się przez nią nie przeciska, choć usiłuje. Słowa bez sensu brzmią jak szczekanie psa. Otwieram oczy zdziwiona. Niepotrzebnie. Skład porusza się równo i zatrzymuje, gdy trzeba. Do czasu, gdy do wagonu wkracza kot. Pasażerowie unoszą twarze i patrzą na zwierzę, które wcale nie patrzy na nich. Drzwi zasuwają się i wszystko przebiega normalnie, tylko głos maszynisty za szparą ustaje. Ruch pociągu do przodu, ciemno w tunelu, światła na peronie. Kot wysiada i wylizuje sobie łapę na ruchomych schodach. Już nie leżę wygodnie wsparta o szare drzwi, lecz dotykam głową podłogi. Metro zjechało z torów i pędzi w górę po schodach. Nogi i twarze mieszają się z rękami. Wokół unoszą się telefony. Wagon podskakuje i miażdży samochody. Na ulicy okrzyki zdziwienia i niedowierzania. Palcami wskazują pociąg przechodnie. Chowają głowy, żeby nie dostać odpryskiem. Gdyby nie łomot usłyszelibyśmy sygnały nadjeżdżającego wojska. Niebieskie refleksy oznaczają karetki. Telewizje wysyłają śmigłowce. Jeszcze niewiele wiemy, tłumaczą na żywo korespondenci. Tymczasem sprawa jest prosta. Tak to jest, gdy pies zostaje maszynistą.

Kosmos

Dzień zanosił się samotnie. Na miasto opadła mgła. Do roboty miała niewiele, snuła się więc leniwie. Zaglądała do sklepów, rozsiadała się w autobusach, wieszała na trzepakach, penetrowała torebki i wnętrza kieszeni. Czasem z którejś ukradła stary bilet albo oderwała guzik od płaszcza. Potrafiła bujać się na wąsach i o sekundę dłużej niż było potrzeba pozostać na szkle okulara doprowadzając samochody do niegroźnej stłuczki. Nie była to mgła zła. Była tylko swawolna, bezmyślna, przekorna i może trochę znudzona. Pewnie dlatego nikt nie dostrzegł maleńkiej dziurki, która puściła się pewnej pani w rajstopach. Pani była ani ładna ani brzydka. W ogóle we mgle słabo ją było widać. Jej kontury rozmywały się, czego nie można powiedzieć o jej oczku w rajstopach. Oczko rosło. Najpierw gładziło jej łydki, potem obejmowało kolana, wspinało się na uda. Po czasie niemożliwym do ustalenia z powodu mgły oczko dotarło do serca pewnej pani. Westchnęła a wtedy do jej środka dostała się mgła. I tylko tyle po niej zostało. Czarna dziura we mgle. Ot i kosmos. Naukowa tajemnica rozwiązana.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Wyróżniamy dwa rodzaje jeży. Jeż, który jeży się ku górze i jeż, który jeży się ku wnętrzu. Ku wnętrzu jeżą się jeże niedostrzegalnie dla otoczenia, podczas, gdy jaki jest jeż oczywisty, każdy widzi. Skoro każdy widzi, jeża oczywistego porzucamy w lesie. Niech idzie swoją drogą. Gdy on odchodzi, my zajmujemy się jeżem mniej oczywistym, tym, który zwija się w kulkę do wewnątrz. Nie liczcie jednak na jakąkolwiek oznakę oczywistości. Nie uda się zahaczyć wzrokiem mniej oczywistego jeża, ponieważ przybiera on kształt krągły i gładki. Mniej oczywisty jeż nie informuje otoczenia o swojej istocie. Tropiąc go powinniście inaczej spojrzeć na mecze piłkarskie, kasztany, pola golfowe oraz niektóre owoce. I nic już nie będzie dla Was całkiem oczywiste.

Koniczyna

Nastał dzień basów. Żużel uderza o blachę. Słowa suną nisko w butach ciężkich, krokiem powolnym zagarniając z pobocza ciemną od wilgoci glebę. Na kamieniach miękną kolory, pogłębiają się bruzdy w ziemi. Chmury ciążą ku nim. Ciągną cienie po ziemi. Wypełniają nimi dziury wydrapane w asfalcie. Gdyby były słońcem stworzyłyby dagerotypię, ale w dzień basów powstają same negatywy. Niepewne słowa zatrzymują się na poboczu. Zastanawiają się, czy trzymanie się ziemi na pewno jest aż tak bardzo złe. Trzmiel, który krąży ponad koniczyną zły nie jest. Zła nie jest pszczoła, która ją zapyla. Kwitnąca koniczyna jest słodka. Można rozłożyć się plecami na łące, ssać jej kwitnące kwiaty i patrzeć w górę. Czemu nie?

Lokator

Lokator idealny. Cichy jest i niepozorny. Nie ekscytuje się jazdą figurową na lodzie. Nie przeżywa globalnego ocieplenia, wyborów samorządowych i Australian open. Życie spędza w bezruchu. Latami potrafi nie zgłaszać pretensji. Nie utyskuje na deszczową zimę, na wysokie podatki, że nie urodził więcej dzieci dla pięćset plus, że zbyt sucho, zbyt wietrznie, że za dużo proszku do prania, więc swędzi, że za mało, więc śmierdzi. Nie widziałam jeszcze, żeby płakał. Nie widziałam, żeby się ugiął, pochylił. Zawsze w pionie. Ja mu jednak nie wierzę. Jestem pewna, że gdy nikt nie patrzy, przez szparę we framudze łapie żółtobrzuchą sikorkę i odgryza jej główkę. Czerwona kropelka zasycha mu w kąciku. Żółte piórka wtyka do pióropusza, który ukrywa za szafą. Idzie w nim oskalpować sąsiadkę. A potem siada przed telewizorem z pilotem w ręku i krzyczy unosząc lekko stopy w kraciastych kapciach:
– Nie! Ten nie! Tamten też nie! Tamtędy nie pójdę! Tamtego nie będę!
I rzuca się na podłogę. Miód wżarty pomiędzy klepki wylizuje razem z wieloletnim brudem. Zdrapuje zębami farbę ze ściany. Dlatego pewnie ma takie białe kolce i zawsze jest zielony, gdy wracam do domu. Albo nie. Sama nie wiem. Słabo go znam. Mój kaktus wciąż trzyma dystans.

K jak cud

Od dawna czekał na cud, aż się zdarzył. Zanim nadszedł, czuł go, wiedział, że się zbliża, słyszał jego preludium. Takie cuuuu, które czeka na ciąg dalszy. Długo czekał aż wreszcie pojawiło się brakujące de i z parapetu spadła donica. Cudu jednak jeszcze nie było. Chociaż taki mały, malutki już się zdarzył, bo donica się nie potłukła. Potoczyła się tylko rozsypując suchą i wypłowiałą ziemię dookoła. Cudu nie wystarczyło dla kaktusa, bo nie tylko wypadł, ale się też połamał. Chociaż on był akurat innego zdania. Od lat stał w doniczce na parapecie, w ziemi suchej i wypłowiałej, i marzył o ruchu. Najmniejszym choćby. Gdy nie zdarzał się ruch najmniejszy, kaktus zaczął śnić o ruchu gwałtownym, o ruchu niszczycielskim, takim niepowstrzymanym, zmieniającym, spadającym i rozsypującym, ruchu nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie, żeby już nie było powrotu do przeszłości, do doniczki i do bezruchu. I wtedy przydarzył się cud. Doniczka spadła. Każdy, kto nie wierzy w cuda, powie, że go tam wcale nie było, że było tylko otwarte okno i podmuch na tyle silny, że zdołał framugę zderzyć z doniczką a ona nie zdołała się oprzeć gwałtownemu ruchowi. Każdy, kto nie wierzy w cuda, powie, że wydarzyło się coś całkiem nieznaczącego i odwracalnego. Sucha i wypłowiała ziemia zgarnięta została z dywanu i wsypana do doniczki, która szczęśliwie dla niej nie pękła, więc znowu stanęła na oknie. Choć nikt z nas nie ma prawa oceniać, co daje szczęście doniczce a co nie. Kaktus na przykład powinien być nieszczęśliwy, bo powrócił do bezruchu, w dodatku obolały, połamany oraz kiepsko zakorzeniony. Ale on właśnie, na przekór logice, posadzony w suchej i wypłowiałej ziemi, poczuł się nagle całkiem spełniony. Wydarzył się cud. Kaktus stał się pewny własnej siły sprawczej. W jego przekonaniu bezruch był już dla niego jedynie kwestią wyboru.

Wiaderko

– Tak, słucham – przede mną stoi mężczyzna w roboczym stroju z białym wiaderkiem w dłoni i zadziwieniem na twarzy.
– Dzień dobry – odpowiadam i staram się nie wyjść butami poza wąską tekturę leżącą na świeżo pomalowanej podłodze węzła cieplnego.
– Proszę pana – zaczynam a głos mi drży – mieszkam na parterze, tuż ponad węzłem, w którym pracują panowie od wiosny zeszłego roku. Chciałabym się dowiedzieć, kiedy panowie skończą.
– Ale my aż tak nie hałasujemy. Wiercimy tylko dziury w ścianie.
– No właśnie – odpowiadam – a ja tu nad panami pracuję.
– Pracuje pani? To znaczy, co pani robi?
– Zajmuję się pisaniem.
– I co pani teraz pisze?
– Taką książkę, właściwie nie wolno mi o niej mówić, związaną z dziewiętnastym wiekiem i historią.
Pan po raz pierwszy podnosi głowę i przygląda mi się uważnie. Wreszcie jego twarz rozświetla się uśmiechem:
– A, taką. Widziałem mnóstwo takich książek. To się nie sprzeda.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial