Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Grudzień 2017

Sprawiedliwość

– Naprawdę chce pani wiedzieć, co myślę o sprawiedliwości społecznej? – pyta mnie młody, ciemnowłosy taksówkarz a ja przytakuję mu w lusterko. Z wypitymi dwiema szklankami whisky nabrałam pewności, która pozwala mi zapytać o wszystko.
– Tak, właśnie to najbardziej chciałabym wiedzieć – przyznaję.
Stoimy na czerwonym świetle. Jest wieczór. Mężczyzna milczy zamyślony. W lewym lusterku obserwuje mijające nas samochody:
– To nie jest taka prosta sprawa – odzywa się po dłuższej chwili – ale wydaje mi się, że sprawiedliwość jest dla tych, którzy są potrzebni.
– Sprawiedliwość jest dla tych, którzy są potrzebni? – powtarzam, żeby zrozumieć, bo whisky w rozumieniu nie chce pomagać – czyli jest podział na tych, którzy są potrzebni i na tych, którzy nie są potrzebni. Skoro sprawiedliwość jest dla tych pierwszych, drudzy jej nie mają. Czyli z założenia sprawiedliwości nie ma!
Taksówkarz uśmiecha się ze smutkiem:
– I właśnie to chciałem pani powiedzieć.

To jest pies

Jest w Warszawie taki sklep. Stoję w nim dzisiejszego poranka i z niedowierzaniem patrzę na ceny scyzoryków.
– A wie pani – zagaduje sprzedawca rozumiejąc niepewność na mojej twarzy – że Victorinox w tym roku trzy razy podniósł ceny? Trzy razy! I to bez żadnego powodu. Dlatego ich scyzoryki są takie drogie.
– W jakich my czasach żyjemy – wzdycham zrezygnowana.
Sprzedawczyni chwyta miotłę i zaczyna zamiatać sklep.
– W niedorzecznych – odpowiada – w niedorzecznych czasach.
Odchodzę dwa kroki od lady, bo już wiem, że scyzoryka nie kupię. Patrzę najpierw na kobietę, potem na mężczyznę i wymyka mi się zdanie:
– A są tacy, co mówią, że będzie jeszcze gorzej.
– Bo będzie – przyznaje kobieta z miotłą w dłoni, więc sprzedawca zdejmuje z półki sporych rozmiarów nóż i wyciąga go w moją stronę:
– W takim razie niech pani weźmie ten.
W tej samej chwili do sklepu wchodzi wyprostowany jak struna mężczyzna około pięćdziesiątki. Słyszy naszą rozmowę i widzi nóż.
– W sam raz na demonstracje KOD-u i tych innych- komentuje a sprzedawca bez wahania przyłącza się do głosu nowego klienta:
– Prawda? Będzie jak znalazł.
– Tylko takich im jeszcze brakuje – dodaje klient a ja zamieram.
– Przepraszam, ale ja się z panami nie zgadzam – mówię i dodaję natychmiast, choć głos mi drży – reprezentuję sposób myślenia Obywateli RP.
Obaj mężczyźni odwracają się w moją stronę. Sprzedawca wciąż trzyma w ręku nóż a nowy klient patrzy mi w oczy:
– W takim razie do widzenia. Nie dogadamy się – mówi i się odwraca.
W duchu przyznaję mu rację. Nie dogadamy się. Patrzę na nóż leżący na ladzie. Wychodzę, ale nie jestem w stanie otrząsnąć się ze sceny, której nie tylko byłam świadkiem, ale i stałam się stroną.
Schodzę do metra powoli. Nie ma w nim wielu pasażerów. W wagonie, blisko drzwi, u stóp właścicielki siedzi pies. Wzroku nie odrywa od niego rumiana dziewczynka w różowym kombinezonie i białej czapce z niedźwiedzimi uszami. Mama pochyla się nad nią i tłumaczy:
– To jest pies.
To jest pies, powtarzam w myślach. A to jest nóż. Ale nie wiem, jak go dziewczynce wytłumaczyć.

Ideałów jest wiele

A ja się dziś ucieszę, bo w styczniowym miesięczniku Skarb, bezpłatnie w każdym Rossmannie, jest coś napisanego przeze mnie o postrzeganiu piękna kobiecego ciała na przestrzeni wieków, w sztuce i nie tylko. Od prehistorycznych Wenus, przez cycate Kretenki, po „Nanę” Niki de Saint Phalle. Radość wielka!

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Suchość w ustach. Płytki oddech. Wargi białe. Drżenie nóg. Niedowierzanie, strach, panika. Tymczasem nie jest to przekleństwo. Da się z tym żyć. Do oswojenia, jak wszystko. Wystarczy odrobina wyobraźni przestrzennej. Trzeba obracać się w drzwiach tak, żeby nie zedrzeć farby. Palce we włosy wkładać nie nazbyt raptownie. Nie opierać się o półki z ryżem, solą i mąką. Zawsze jednak, gdy już się to zdarzy, cukrem pozostałym na kolcach można posłodzić herbatę. A w chwili wahania i niepokoju dobrze jest pamiętać, jak produkowane są durszlaki. Pół człowieku pół jeżu, nie jesteś sam!

Do oka

Do oka wpadła mi dziś kropla z nieba. Nie należy nadużywać słowa „niebo”. Niebo jest puste. Nie ma w nim ani nieba niebiańskiego, ani nieba kosmicznego, ani nawet nieba deszczowego. Jest plastikową przykrywką, którą kładzie się na zdanie od góry. Od dołu podsuwa mu się ziemię, tak dla równowagi. Tylko, że ziemia nie jest pusta. Pełno jest w niej chitynowych pancerzyków, zapachu, wilgoci, korzeni, larw szarych, białych i czarnych, różowych dżdżownic, kamyków w różnych rozmiarach, torebek foliowych, zupy, którą sąsiedzi wylali przez okno razem z kluskami, kaloszy, kluczy zakopanych przez złodzieja pod drzewem. Żeby miał na później. Pudełek ze zdechłymi psami w środku, chomików, świnek morskich, nakrętek od butelek firm krajowych i zagranicznych, butelek plastikowych po wodzie, po sokach, po coca-coli, butelek szklanych pękniętych, całych, kawałków szkła w różnych kolorach, strzykawek i igieł, starych lekarstw, spodni, koszul, zapomnianych piłek dziecięcych do rzucania, do kopania, brzydkich i ładnych, wszystkich pękniętych, opon, zderzaków, gumowych nakładek, kółek zębatych, zębów. Ziemia jest tak pulchna, że postawione na niej zdanie szybko się zapada. Jeszcze stara się ratować. Szamocze się. Nie ma się czego chwycić. Nad sobą ma jedynie plastikową, niebieską przykrywkę. Przykrywka jest płaska i jak wieko zamyka się nad zdaniem. Każda kropla z nieba kończy podobnie.

Drobiazgi

W metrze nie było ścisku, ale pasażerowie i tak ustawiali się blisko drzwi. Podobnie ja, kierowana wspólnotą stada i podświadomym poczuciem zagrożenia, które każe zabezpieczać drogę ucieczki. Świat robi się coraz gorszy, pomyślałam. Chwyciłam poręcz i pogrążyłam się w rozmyślaniach nad otaczającym zewsząd złem.
Gdy tak sobie myślałam, kobieta stojąca blisko poręczy oparła się o nią ramieniem tak, że przygniotła moją dłoń. Początkowo byłam zła, chciałam wyrwać rękę i uciec, na tyle daleko, na ile ciasny wagon pozwala. Nagle jednak przypomniały mi się schody prowadzące do metra.
Zanim wsiadłam do pociągu, stałam przecież na stacji i przyglądałam się tłumowi zstępującemu na peron. Schody przemierza wielu pasażerów. Jedni idą szybciej, drudzy wolniej. Najwolniej schodził mężczyzna wzdłuż czerwonej barierki. W dłoniach trzymał dwie kule, którymi starał się podpierać. Jednocześnie usiłował złapać poręcz. Nie było mu łatwo. Pasażerów wokół wielu. Mijali się na schodach, potrącali, przeskakiwali po dwa stopnie, żeby zdążyć.
Mężczyzna schodził sam, krok po kroku, ostrożnie, więc i bardzo powoli. Nikt się przy nim nie zatrzymywał. Jeden tylko, wysoki nastolatek w okularach, przybliżył się do mężczyzny i szedł równo z nim. Nie podchodził, nie proponował pomocy, ale czuwał. Mężczyzna nie widział spojrzenia chłopaka, skupiony był na kulach, barierce i schodach, bardziej stromych na tej stacji, niż na innych. Radził sobie jednak, wreszcie więc stanął bezpiecznie na peronie. Chłopak odszedł. Nie był już potrzebny. Jego uczynek nie musiał zostać dostrzeżony.
Tymczasem pociąg jechał dalej. Moja ręka wciąż uwięziona tkwiła pod ramieniem kobiety w czarnym, wełnianym płaszczu. Chciałam coś jej powiedzieć, wyciągnąć palce, ale poczułam, że jej ramię mi nie przeszkadza. Ona też się nie odsuwała, chociaż czuła moją dłoń. Nikt nie mógł dostrzec jej ramienia ani moich palców pod nim, ani ciepła, które się pojawiło. Nie było w nim nic zdrożnego. Pociąg dojechał do stacji. Zabrałam rękę. Gdy wysiadałam kobieta nie patrzyła w moją stronę. Nie musiała.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Wczorajsza kluska zna mnie najlepiej. Widzę, jak pełznie po kuchennym blacie umoczona w kropli mleka z kawy, w bordowych okruszkach barszczu z torebki i kawałku mozzarelli, którego nie chciało mi się wyrzucić do kosza. Patrzę, jak ten podryguje na przypalonym grzbiecie kluski. Zatykam przed nimi uszy. Nie będę ich słuchać. Biegnę po kurtkę i buty a potem razem z nimi przez pozbawione trawy podwórko. Czekam na deszcz, żeby przy pierwszej jego kropli pochylić się nad dżdżownicą. Jeszcze pachnie ziemią, gdy wije się w palcach. Zjadam jej tylko pół.

Ale to już było!

Gdy byłam mała, mój rodzony brat zwykł powtarzać: gdy pała przegnie się w jedną stronę, prędzej czy później będzie musiała odgiąć się w drugą. I muszę przyznać, że opisanie świata i mądrość mojego brata wciąż mi towarzyszą. Bo my chyba, psia kitka, gdybym miała iść drogą nadinterpretacji, którą nadzwyczaj lubię, żyjemy w czasach kontrreformacji. Analogie są oczywiście naciągane, lecz w kilku punktach oczywiste. Pierwszym są obostrzenia obyczajowe, które po czasie rozluźnienia seksualnej rewolucji drugiej połowy XX wieku, kroczek po kroczku, za sprawą kościoła, od końca XX wieku, zdobywają serca tych konserwatywnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych oraz które promieniują na całą resztę zachodniego świata. Im bardziej prowincjonalne państwo, na przykład moje, tym intensywniejsze oddziaływanie.

Nie można nawet powiedzieć, że kościół katolicki jest w Polsce w natarciu, bo jest po prostu i zwyczajnie u władzy. Dzielny papież Franciszek to samotna piuska rozsądku w morzu kościelnej obłudy.

Oczywiście świat się zmienił. Kościół dziś ma wpływ pośredni, jednak ogromny a wierni dopomagają mu jak tylko mogą. Podobno do Met Museum w Nowym Jorku wpłynęła petycja, której treścią jest żądanie usunięcia z widoku publicznego obrazu Balthusa. Balthus jak to Balthus, na obrazie namalował młodą dziewczynę w pozie kuszącej. Stąd oburzenie autorki petycji, która dowodzi, że Balthus był pedofilem i do pedofilii zachęca swym dziełem.

Szkoda, że wciąż zapominamy o podstawowej funkcji sztuki, która ma pobudzać do myślenia. Jeśli jednak myślenie jest jednowymiarowe i zaprzęgnięte w służbę, na przykład kontrreformacji, wtedy nawet sztuka nie pomoże.

Obraz Balthusa przypomniał mi inny obraz. Kolorystycznie nawet zbliżony do płótna „Therese Dreaming”, które wisi w Nowym Jorku. „Śmierć Marii” Caravaggio namalował w Rzymie około tysiąc sześćset pierwszego roku, w chwili, w której kontrreformacja zaczynała nabierać rozpędu. Przed renesansem, otwartością, którą ze sobą przyniósł a przede wszystkim przed reformacją i rozpadem wspólnoty, kościół katolicki bronił się postanowieniami soboru trydenckiego i rozpoczęciem walki o umacnianie swej pozycji. W 1564, rok po zakończeniu soboru, Daniele de Volterra, zwany „majtkarzem”, zamalował części intymne przedstawione przez Michała Anioła na fresku „Sąd Ostateczny” w Kaplicy Sykstyńskiej.

Caravaggio urodził się siedem lat później. Jego „Zaśnięcie Marii” było dziełem bliskim człowiekowi, prostemu i biednemu, w dodatku śmiertelnemu. Kościół nie chciał czynić świętych śmiertelnymi i bliskimi ludziom. Maria Boska Caravaggia i jej śmierć były zbyt ludzkie i dlatego zostały odrzucone przez zleceniodawcę, czyli kościół katolicki. Szczęśliwie obraz nie został zniszczony. Przetrwał. Może i my przetrwamy, czego sobie i Wam życzę, szczególnie, że jak uczy historia i mój brat, pała musi się kiedyś odgiąć a po kontrreformacji musi wreszcie nadejść Oświecenie.

Wiem, że nadinterpretacja niedopuszczalna, ale cieszy.

Cierpliwość

Cierpliwość jest kobietą, która siedzi na ławce w parku. Mży deszcz. Ona ma szeroki, flauszowy płaszcz, buty wyłożone futerkiem w środku, szalik i czapkę. Ma spódnicę i wełniane rajstopy, które lekko opadają zwijając się przy łydkach. Jedną nogawkę założyła piętą naprzód, więc rajstopy okręcają się wokół prawego uda niepokojąco. Cierpliwości to nie przeszkadza. Ona wie, że ani rajstopy ani obcierające buty, które muszą obcierać, bo źle ułożył się w ich wnętrzu materiał, nie mają wpływu. Ona także go nie ma. Mogłaby iść do optyka i zamówić okulary, przez które lepiej widać i które lepiej trzymają się nosa. Te jej wciąż zjeżdżają z nasady. I mogłaby wytrzepać z buta okruszek, który wpadł do niego rano, gdy w pośpiechu, w przedpokoju jadła śniadanie. Tylko, że wtedy nie mogłaby już nazywać siebie Cierpliwością.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial