Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Listopad 2017

Nie ucinać

Świat oszalał. Nie. To znaczy tak, bo taka jest prawda, ale nie, bo zacznę inaczej. Lubię masturbować się, gdy ktoś na mnie patrzy. To jest zdecydowanie lepszy początek. Ma także związek z szaleństwem świata, które się właśnie dzieje. Kilka tygodni temu amerykański komik, reżyser i tak dalej, Louis C.K, został oskarżony o masturbowanie się w obecności dwóch kobiet. Wprawdzie najpierw zapytał, czy nie mają nic przeciwko temu a one nie tylko odpowiedziały, że nie mają, ale jeszcze doczekały końca, jednak po kilku latach okazało się, że ich trauma była tak ogromna, że należało podzielić się nią z prasą a tym samym zniszczyć człowieka. Bo Louis C.K. jest dziś skończony. Należy dodać, że on sam przepraszał obie panie jeszcze zanim akcja „#metoo” wybuchła.
Bo wybuchła i jej odłamki rażą na oślep. Inaczej nie można o niej mówić. Z jednej strony dobrze, bo my, kobiety, walczymy o swoją podmiotowość. Z drugiej źle, bo idziemy po trupach i chyba przekroczyłyśmy już granice szaleństwa.
Pewna dobra polska aktorka opowiedziała właśnie mediom historię producenta telewizyjnego, który w czasie jakiegoś tam festiwalu, mieszkał z nią w jednym hotelu. Wieczorem, gdy mijali się w holu, on pożegnał się z aktorką nie tylko słowem „dobranoc”, ale dodał do niego także numer swojego pokoju. Powyższy przykład opisany został jako dowód wstrętnego, męskiego zachowania, molestowania i nadużywania władzy.
A zatem ja się pytam, jak mężczyźni mają dać do zrozumienia, że im się kobieta podoba, skoro każdy, ale to każdy przejaw ich zainteresowania jest dziś oceniany negatywnie?
Mam dwóch synów i bardzo boję się ich zetknięcia z dzisiejszym światem kobiet. Jedyne, co mogę dla nich zrobić, to rozmawiać z nimi otwarcie o seksie, bo cała ta szaleńcza afera, według mnie, świadczy o tym, że seksem wciąż bawić się nie umiemy. Zarówno reakcje kobiet, jak i zachowania mężczyzn wydają się wynikać z tłamszonej seksualności, która wciąż jest tematem, do którego opisywania nie jesteśmy przyzwyczajeni. Nie mamy narzędzi, nawet odpowiednich słów nie znamy, poza tymi wulgarnymi, bo cielesność i seksualność wciąż najlepiej wypierać. A skoro jest to wciąż temat tabu, można go używać do szantażowania, niszczenia, oskarżania i dominowania. I pisząc ostatnie zdanie mam na myśli oba światy, zarówno żeński, jak i męski. Bo oba wykorzystują temat mając jednocześnie z seksualnością gigantyczny problem.
Zdaję sobie sprawę, że rewolucje są najczęściej krwawe. Ale może wcale nie muszą takie być? Doskonałym przykładem jest Poznań, który od 2018 roku wprowadza parytet ulic. Do tej pory tylko dziewięć procent ulic nazwanych zostało na cześć kobiet. Teraz ma się to zmienić. Czyli jednak można działać afirmatywnie i nie ucinać od razu wszystkim facetom kutasów. I to jest, moim skromnym zdaniem, najwłaściwsza droga.

Dziś

Schodzę na szary peron. Lampy jarzeniowe świecą nieprzyjemnie. Lepsze to niż mrok i ziąb na zewnątrz, choć i tak trudno o nich zapomnieć. Ciemna noc rozpościera się ponad miastem. Pasażerów nie ma wielu. Każdy stoi osobno. Twarze mają szare jak posadzka. Poza trzema. Trzy ożywiają się. Młody mężczyzna patrzy na czarne tory. Wychyla się niebezpiecznie, zagląda. Tuż przy nim stoi pracownica metra. Ubrana jest w szary uniform, lecz policzki ma zaróżowione. Ona także pochyla się nad torowiskiem. W dłoni trzyma długi, biały kij. Podbiega do nich zaaferowany pracownik. Jak najniżej opuszcza białą tyczkę ze szczypcami na końcu. Pasażerowie zbierają się wokół. Wszyscy już wiemy, że na dnie leży coś do złapania. Podchodzimy blisko, stajemy, okrążamy. Zaniepokojeni zaglądamy, pytamy. Jesteśmy tu razem. Wszyscy pochylamy się nad czernią. Każdy z nas chce wiedzieć, co w niej jest. Co nas dziś czeka. Dziewczyna obok mnie ma kruczoczarne włosy i szary płaszcz. Szepcze mi do ucha.
– Naprawdę? – pytam.
– Naprawdę – odpowiada – spadło mu tam pudełko z kremem nivea. Takie malutkie.
Gdy pracownicy metra wyciągają pudełko na peron, mam poczucie, że dziś świat został uratowany.

Pająk

Chciałam zacząć od słów: „hoduję pająka”, bo wydawały mi się prawdziwe. Teoretycznie wszystko się zgadza. Od kilku tygodni, od kiedy dostrzegłam go wiszącego ponad moim biurkiem, świadomie go nie zabijam. Pająk mieszka w rogu pokoju, tuż pod sufitem a ja mu na to pozwalam i nie kieruję w jego stronę rury odkurzacza. Codziennie go doglądam. Widzę, jak rośnie. Ma długie, coraz dłuższe czarne odnóża, które rozkłada na noc i składa na dzień oraz duży, coraz większy odwłok. Jest nieruchomy, ale nie bezczynny. Czujny jest. Widzę, że poluje i nie niszczę jego sieci. Prawdą jest więc, że hoduję pająka. Chciałam zacząć od tych słów, ale nie zacznę. Bo, co jeśli są dwie prawdy. Ja hoduję pająka a on hoduje mnie.

Zadanie

Iść ulicami, uśmiechać się do nieznajomych a potem opisać ich reakcje. Praca domowa starszego syna. Zadanie w sam raz dla mnie, pomyślałam dzisiejszego poranka. Bo od najwcześniejszej minuty był udany. Realizował się w najlepszym wariancie punkt po punkcie. Powietrze rześkie. Spotkania miłe i chęci do pracy wystarczające. Bywają takie dni. Trudno się wtedy nie uśmiechać.
Szłam więc niesiona radością. Tuż przede mną na chodniku stał mężczyzna. Nie znałam go. Przecież to nic, pomyślałam i uśmiechnęłam się. Początkowo nie zareagował. Dopiero po chwili, gdy znalazłam się za jego plecami, powiedział:
– A to kurwa jedna.

Zimno

Wciąż mnie to wzrusza prostym wzruszeniem, że w jednej chwili człowiek patrzy sobie w ekran, widzi zdjęcia kosmosu, żyje w świecie cyberpunktu i nanotechnologii. Ale w drugiej robi mu się trochę zimno, bo okno nieszczelne a on właśnie przy nim siedział. Wyciąga więc z szafy wełniane niteczki, kolorowe szmatki i okręca nimi stopy i szyję. Cały się chowa w nich, ramiona kuli, skrzydła do tułowia przyciska, żeby ciepło zatrzymać. A resztę kłaczków, która mu pozostaje, dziobem… to znaczy dłońmi wpycha pomiędzy szpary framug okiennych. I znowu siedzi, i patrzy w te cudownie błyskające wizje nowoczesności zdolne pokonywać wszelkie prawa natury.

Szyba

Była sobie kiedyś kawiarnia, w której mieszkał czarny kot. Kot był czarny, ale jego oczy były zielone. Zielone oczy świeciły w ciemności, gdy kawiarnię opuszczał ostatni klient. Kot stawał się wtedy władcą kawiarnianej przestrzeni. Wchodził na stoły, ocierał się o krzesła, wylizywał krople śmietanki, które zaschły na podłodze.
Pewnego dnia, a była to słoneczna sobota, kot wylegiwał się w smudze światła. Słońce grzało. Szyba chroniła przed zimnem. Zielone oczy kota były zmrużone, aż do chwili, w której przed kawiarnią pojawił się nieznajomy mężczyzna. Stał i przyglądał się czarnemu kotu. W dłoni trzymał smycz, na której końcu stał beżowy, jak kawa ze śmietanką, pies. Pies kota nie tylko nie widział, ale nawet nie chciał go zobaczyć. Ciągnął smycz w stronę nieodległego trawnika. Ileż tam było zapachów! Pies może nie chciał widzieć, jednak jego właściciel bardzo chciał go do tego zmusić. Złapał obrożę, postawił psa na tylnych łapach i przytknął do szyby jego mokry nos.
– Bierz, kota, bierz! – krzyczał.
Zwierzęta nie rozumiały, że rozdzielone szybą nie zagrażają sobie nawzajem. Pies więc szczekał. Kot syczał. Mężczyzna zachęcał do kłótni.
Minął jakiś czas i kawiarnię zamknięto. Nie ma już kota o zielonych oczach i znikł szczekający pies. Śmietankę wytarto z podłogi i w okna wstawiono całkiem nowe szyby. Znikł nawet uśmiech mężczyzny, który szczuł zwierzęta. Ale pies z kotem już się nie polubią.

Nić utajona

Edouard Vuillard urodził się jedenastego listopada. Malarz wolności, ucieszyłam się i zaczęłam na siłę sklejać go z polskim Dniem Niepodległości. W pierwszej chwili nić łącząca go była silna. Z każdą chwilą przecierała się jednak, słabła aż pękła.
Czy na pewno wolność równa się niepodległości, myślałam. Może i Polska odzyskała niezawisłą państwowość, ale czy Polacy stali się wolni? Od uprzedzeń, nacjonalizmu, od biedy? Oczywiście, że nie. Naiwnością byłoby tak myśleć.
A sam Vuillard? Owszem, w jego pracach jest malarskość, która przekracza granice. Zaciera się rzeczywistość, ale czy to zacieranie jest dowodem wolności? I przecież w płótnach Vuillarda jest znacznie więcej niż malarskość. Jest przestrzeń budowana relacjami pomiędzy bohaterami obrazów. Właściwie bohaterkami, bo Vuillard malował głównie kobiety. Trochę jak Vermeer, przestrzeń obrazu składał z relacji pomiędzy modelkami. I podobnie, jak u Vermeera, niezależnie od tego, czy kobiety stoją blisko siebie czy znajdują się w oddaleniu, każda z nich ma własny kierunek, świat odrębny i niezależny. Tę niezależność u Vuillarda bardzo wyraźnie widać. Malarz pokazuje modelki w chwili ich nieobecności, gdy odciągają je ich własne rozważania, gdy na krótką chwilę umykają rzeczywistości.
Vuillard malował różne, lecz miał jedną, ulubioną. Ta ciężko pracująca kobieta, która na dziesiątkach jego obrazów i szkiców, wciąż coś szyje lub prasuje, jest matką artysty, krawcową, z którą ten mieszkał przez większość swojego życia.
I teraz znowu wydaje mi się, że jednak Vuillard był malarzem wolności. Tylko, że on malował wyzwolenie nie dla siebie. Wolność utajona była dla krawcowej jedyną możliwą.
A jednak. Nić jest.

Memble ogrodowe

Wyobrażam je sobie w ogrodowej altanie. Popołudniowe światło pada na towarzystwo poprzez ażurowy płot, a raczej splot, bo ułożenie kijów tworzy wysoką i zbyt delikatną kratę. Jej cienie kładą się na przemian z refleksami światła na ciasno szytych ubraniach i pudrowanych fryzurach. Wydekoltowane suknie zebrane w talii są wspomnieniem wieku przeszłego, podobnie jak męskie pończochy i chińskie lampiony zawieszone na gałęziach. One ulegają wiatrowi pierwsze. Czuje go też kot, który miauczy na powitanie burzy. Na obrazie jej jeszcze nie widać. Ostatnie promienie mają barwę czerwoną. To znak, że zza lasu nadciąga apokalipsa. Cumulonimbusy nie pozostawiają jeńców. Porzucona przez damy altana składa się przy mocniejszym podmuchu-zwiadowcy a porwane przez niego memble roztrzaskują się o pnie drzew. Z powyłamywanymi nogami głęboko w ziemię wbija się stół. Od tamtej pory nie występuje już w języku polskim słowo „memble” zastąpione przez słowo „meble”. Znacznie solidniejsze, trwalsze i lepiej trzymające się podłoża.

Wszystko ma swój czas

Vader też ma swój czas. Jego czas jednak przebiega inaczej. Nie biegnie równo naprzód, liniowo, tylko wyrywa się podskakując. Vader ciągnie, lecz czas nie chce się opanować. Ani się ustabilizować, ani nawet zatrzymać. Nie chce słuchać. Niespodziewanie przyspiesza. A potem nagle przystaje. Obwąchuje słupek.
– Tfu, tfu – krzyczy Vader i rzuca mu patyk. Czas biegnie i zatacza koła.

Z pamiętnika pół-człowieka pół-jeża

Słój. Wysoki. O ściankach gładkich. Zbyt śliskich dla jeża. Kolce nie zahaczają. Łapki się nie przysysają. Taki mi się śnił. Szkło, przez które widać obraz wykrzywiony. Komunikacja obiektywna nie jest możliwa. Słoik pułapka. Przeszkoda nie do pokonania, w której utkwiłam. Starałam się wspiąć. Z zewnątrz, spoza słoika, próby jeża wyglądają dramatycznie. Wszystkie nieudane. Drżenie, niepokój, panika bezbronnego ciałka wzruszają, gdy widać je przez zniekształcające szkło. Nie widać, że są odgrywane jedynie przez grzeczność. Dla przyzwoitości, porządku, bo rola wymaga od jeża sprzeciwu. Udawanego. Dla niego słój jest marzeniem, szczęściem i spokojem. Wyznaczone granice są nieprzekraczalne. Co za ulga.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial