Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Październik 2017 (strona 1 z 2)

Trzysta dwadzieścia

Która? Jedenasta. Dopiero? Ciemno, jakby wieczór. Strona? Sto pięćdziesiąta. Na trzysta dwadzieścia! Za wolno. Ile można jedną książkę czytać ? I który to dzień? Policzę. Co to za stukot? A termin coraz bliżej. Nie mam jeszcze nawet połowy. Krzesło tak skrzypi? Irytujące jest to stukanie. Niewygodne krzesło. Jeszcze godzina. Znowu nie zdążę. Będzie trzeba przyjść jutro. Jak to napisać? Chyba ktoś za mną tak wali w klawisze. Nie mam pomysłu. Ten pomysł też jest niedobry. Sto pięćdziesiąta dziewiąta. Dopiero dziewięć stron. Za wolno. I jeszcze ten człowiek za mną. On pisze i pisze. I tak od godziny. A ja nie mogę nawet skończyć czytać. Spojrzę na niego. Głupio tak. Zobaczy, że mu się przyglądam. Jasno jest. Nie na dworze, lecz w środku. Światła jarzeniowe włączone od rana. Zobaczy mnie, coś pomyśli sobie. Niech sobie myśli. Ależ on pisze! Sto sześćdziesiąta pierwsza. Do końca… Dzisiaj nie skończę. Jednak się nie odwrócę. Bardzo niezręcznie. Czyli wychodząc. Wtedy go zobaczę. A może lepiej nie patrzeć na niego. Spojrzy i zrozumie, że on tak szybko a ja za wolno. Że nie mam pomysłu, że nic mi nie idzie, że sto osiemdziesiąta strona na trzysta dwadzieścia. Że życie zmarnowane. Wstanę. Popatrzę w oczy. Niech szlag trafi ten jego komputer i cholerne klawisze. I to, że on tak szybko, że zaraz skończy, że ma pomysły, że odniósł sukces, że mu się udaje. Bo ja nawet zacząć nie mogę. Spojrzę mu. Wstanę i spojrzę. Trudno. Niech poczuje się lepszy. Niech ma satysfakcję. Stoję. Stolik za mną jest pusty. Ten i każdy następny. W bibliotece pusto. Gałąź stuka o szybę.

Sens sera w Sztukarnii

– Było fajnie – mówi Jędrek.
– Naprawdę? – pytam.
– Tak. Tylko…
– Co tylko?
– Tylko dzieci były bardzo głośne a ty…
– Co ja?
– A ty prosiłaś je o spokój bardzo cicho – ostatnie słowa Jędrka nie brzmią zbyt głośno. On czuje, że jest mi przykro a ja czuję, że on ma rację. Zatrzymujemy się obydwoje na ulicy i przez chwilę nic do siebie nie mówimy. W czasie zajęć o martwych naturach, na które zabrałam Jędrka, rzeczywiście szóstoklasiści byli dość żywi a ja pewnie byłam odrobinę zbyt cicha.
– Ale nie było bardzo źle? – upewniam się.
– Nie! Było nawet bardzo dobrze – przekonuje mnie Jędrek – słyszałem, że w przerwie opowiadali sobie o martwych naturach, które im pokazywałaś. Mówili o tej wiewiórce, o sensie sera, jelonku rogaczu. Było naprawdę fajnie. Tylko…
– Co tylko?
– Tylko masz cichy głos.
– Zobacz, Jędrek – odpowiadam mu trochę banalną refleksją – jakie znaczenie ma rozmiar i silny głos.
Wracamy do domu, ja jednak nie mogę przestać myśleć o zajęciach w Sztukarnii. Przypomina mi się jedna z dziewczynek, najmniejsza. Na głos czytała zadane przeze mnie i napisane przez swoją grupę opowiadanie. Ale czytała je tak cichutko, że z pewnością sama siebie nie słyszała. Ciekawe, zastanawiam się, że koleżanki dobrze ją znały, więc wiedziały, że jest nieśmiała a mimo to została wybrana przez nie do czytania na głos. I w jednej chwili wszystko staje się jasne.
– Wiesz, co, Jędrek? Może zamiast głośno mówić, uczmy się słuchać.

W drodze do

Poranek w drodze do biblioteki. Dziś. Idę na piechotę, bo niebo i powietrze. Aleja Niepodległości brzęczy. Samochody w drodze, zaspani piesi mijają się. Na wysokości stacji „Pole Mokotowskie” tłok. Przepycham się prawą stroną i wychodzę na szeroki chodnik, gdzie jest swobodniej. Pomiędzy przystankiem a zejściem do metra stoi grupka kobiet, które spotkały się w drodze do pracy.
– Papieroska? – pyta jedna.
Stoją i palą w milczeniu.
Patrzę na nie i myślę o akcji #metoo . Z jednej strony to bardzo proste. Świat mężczyzn. Kobiety spychane, nieme, pozbawiane głosu. Historia, którą tworzyli mężczyźni, obostrzenia, zakazy, kobiety niedopuszczane, zamknięte w rolach, które im wyznaczano, palone na stosach.
Sama kończąc katolicką uczelnię wiedziałam, że stypendia zagraniczne są tylko dla mężczyzn. Sama kończąc katolicką uczelnię zdawałam sobie sprawę, że na egzamin do pewnego księdza idzie się w bardzo obcisłej spódnicy i prześwitującej bluzce. Szłam. Dostawałam czwórkę z materiału, którego nie umiałam. Nie umiem go do dziś.
Bo po świecie mężczyzn poruszam się swobodnie, z większą łatwością niż po świecie kobiet. Zasady są jasne. Stosuję się do nich instynktownie. Nie wykorzystuję. Nie zgadzam się na to, czego sama nie chcę. Nie przeżywam, że położyli mi rękę na piersi. Położyli a ja ją odsunęłam.
Nie przeżywam zachowań mężczyzn. Przeżywam słowa i zachowania kobiet. Nauczycielki, pracodawczynie, pielęgniarki, lekarki, agresywne kobiety z kompleksami, które w walce o równouprawnienie dominują tam, gdzie mogą, czyli zwalczają inne kobiety.
Sama taka jestem, więc rozumiem mechanizm obrony przez atak. I żal mi mężczyzn, którzy są bardzo często kastrowani przez kobiety słowami. „Miękki fiut, złamas, zmiękła mu rura, ma miękkiego, a to … złamany”. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak podobne słowa, funkcjonujące w przestrzeni publicznej, działają na mężczyzn, w jakiej pozycji ich stawiają. Najmniejsza ich słabość zostaje wytknięta, wyśmiana i obrócona przeciwko nim. Dlatego z okazji akcji #metoo ze współczuciem myślę także o mężczyznach.
Kobiety wciąż stoją. Kolejny autobus odjechał. Skończyły. No prawie. Ta w czerwonym płaszczu jeszcze dopala, ale odwracają się i idą. Ławą. Nie mam wyboru. Schodzę im z drogi

Z pamiętnika pół-człowieka, pół-jeża

Śmiałe plany na dziś. Być człowiekiem, iść pewnym krokiem, z szerokim gestem, spojrzeniem jasnym cieniem niezmąconym, niezachwianą wolą, nieustraszonym sercem i otwartą głową. Plany na dziś wzięły w łeb tuż po przebudzeniu, gdy kolce wbiły się w kołdrę.

Dziesiątego

– Przepraszam – podchodzę do policjanta. Nietrudno go znaleźć. Policji jest najwięcej. Nie uczestników miesięcznicy smoleńskiej ani nie uczestników kontrmanifestacji. – Czy nie widział pan takiej małej czarnej torby? Została tu gdzieś chyba.
Wieczorem, dziesiątego października, ponad ciemnym Placem Zamkowym unoszą się słowa Lecha Kaczyńskiego. Z głośnika nadają je Obywatele RP. Za chwilę policja podejmie decyzję o zarekwirowaniu sprzętu, bo słowa zmarłego tragicznie prezydenta mają, co zaskakujące, zakłócać miesięcznicę smoleńską, uroczystość zorganizowaną ku jego czci i modlitwę wypowiadaną przez jego brata, w jego intencji.
W czasie, gdy wokół kolumny gromadzą się demonstranci, przed katedrą wciąż stoi kolejka tych, którzy chcą wysłuchać słów prezesa PiS. Kolejka posuwa się powoli, bo każdy musi zostać przez ochroniarzy sprawdzony.
Jednocześnie w radiowozie, przy ulicy Brzozowej, czekają na uwolnienie zamknięte przez policję dwie kobiety. Powodem zatrzymania jest… a nie. Jednak nie. Nie ma żadnego powodu. Po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości, wolnego obywatela można zatrzymać i przetrzymywać przez kilka godzin bez powodu, tylko dlatego, że jego twarz wydaje się policjantowi znajoma. Inni przechodnie z ulicy Brzozowej także są spisywani. Policjant tłumaczy, że to artykuł dziewięćdziesiąty, czyli blokowanie chodnika.
– Ale myśmy tylko szli.
– Tak, ale mogliście blokować.
Rzeczywiście, mogą. I w końcu nawet to robią. Kilku osobom udaje się zablokować Jarosława Kaczyńskiego, który spieszy się samochodem na miesięcznicę. Obywatele RP siadają na jezdni. Utrudniają przejazd. Trwa to wprawdzie zaledwie kilka minut. Na zegarku może i niedługo, lecz w wymiarze symbolicznym sporo.
– Torebka? – jeden z policjantów wychodzi do mnie z szeregu – Pięć złotych się należy.
Wysoki, ładny chłopak. Patrzę na wyciągniętą dłoń z czarną torebką.
– Dziękuję – mówię i zastanawiam się, czy słyszał słowa, które przed chwilą wypowiedziała do demonstrantów Monika Dąbrowska.
– Jarosławie Kaczyński, oskarżam pana! Oskarżam pana o odebranie jedności!
Jedności nie ma. Nie tylko Plac Zamkowy przecięty jest barierkami, także rodziny, przyjaźnie, świat, który znaliśmy. Jesteśmy my i wy. My trzymamy w rękach transparenty krytykujące rządy PiS, więc jesteśmy wynoszeni z demonstracji przez policję. Nas policjant w cywilu może uderzyć łokciem w brzuch na oczach kolegów mundurowych, którzy nie reagują, bo dzieje się to nam, czyli tym, którzy stoją po przeciwnej stronie. Nas można kopać policyjnymi butami po piszczelach tak, żeby nie było widać na zdjęciach i nie dało się udowodnić. Nam można zakazać demonstrowania z godziny na godzinę i zarekwirować sprzęt, jak uczyniono wczoraj z rzeczami Obywateli Solidarnych w Akcji.
– Rany – krzyczy jeden z młodych chłopaków. Na demonstracji jest pierwszy raz, więc nie może się nadziwić – w jakim kraju my żyjemy! Chyba zadzwonię do mamy.
– Zwolnić nieletnią! Zwolnić nieletnią! – krzyczą manifestanci, bo policjanci zatrzymują właśnie siedemnastoletnią Nadię.
A wszystko to dzieje się, gdy po drugiej stronie kordonu policyjnego trwają jeszcze modły smoleńskie.
– Zaczyna się od wykluczenia, od wykluczenia Żydów, od wykluczenia Cyganów. Taki początek mają wszystkie dyktatury, wszystkie terrory – mówi do demonstrantów Paweł Kasprzak. – A przecież ten krzyż, który niesiony jest w procesji smoleńskiej, powinien nieść miłość. Dlaczego niesie nienawiść?

Starość

Idziecie do warzywniaka. Stajecie w ogonku i gdy przychodzi wasza kolej, prosicie o banany. Śmiejecie się zażenowani, bo przecież chcieliście kupić kartofle. Potem oczywiście chcielibyście dostać banany, ale już wiadomo, co powiecie. Ku uciesze zgromadzonych wypowiadacie słowo „kartofle”. Kolejka się śmieje. Wy nie bardzo. Początkowo jesteście zdezorientowani. Po pewnym czasie przyzwyczajacie się. Domownicy także. Mówicie dziecku:
– Wyjmij masło z piwnicy i podaj ogórka.
I dziecko wszystko rozumie. Wyjmuje z lodówki mleko a potem podaje wam widelec. I da się żyć.

Warsztaty wiślane w Radości

Wczoraj było tak:
– Mama, przywieziesz mi trochę radości? – zapytał Jędrek, gdy miałam wychodzić.
Wyjrzałam przez okno. Na radość nie było raczej nadziei, ale obiecałam, że spróbuję i zamknęłam za sobą drzwi. Dzień był deszczowy a deszcz wydawał się bardziej mokry niż zwykle.
– Przepraszam – zapytałam kobietę z synem, gdy wysiadłam z pociągu – czy nie wie pani, gdzie sprzedawane są bilety? Do Warszawy będę wracała wieczorem i boję się, że wszystko już będzie zamknięte.
Kobieta popatrzyła na mnie. Oddała synowi do potrzymania parasol a sama zaczęła szukać czegoś w torebce:
– Proszę – podała mi bilet – Akurat mam jeden.
– Ale ja nie mam gotówki – zaoponowałam.
– To nic – odpowiedziała – niech pani weźmie w prezencie.
I już miałam trochę radości dla Jędrka.
A potem potoczyło się już gładko. Szłam w deszczu i cieszyłam się, że pada, bo skoro mam mówić seniorom o wierzeniach wodnych i wiślanych, powinno być odrobinę mokro. I było.
Wprawdzie w czasie zajęć trochę się denerwowałam, bo chociaż opowiadałam o mitach wodnych, jedna z pań uparcie przypominała mi o Cudzie nad Wisłą.
– Tak – starałam się delikatnie wybrnąć z sytuacji, po raz kolejny tłumacząc, że ważna jest militarna historia i znaczenie Wisły – ale dziś chciałabym się skupić raczej na jej legendach, wierzeniach i symbolice wody.
Pod koniec zajęć ta sama pani ponownie przypomniała mi o Cudzie nad Wisłą, tym razem jednak mrugnęła porozumiewawczo:
– Mówiłam, że powinna pani wspomnieć o Cudzie nad Wisłą, bo wie pani, jest taki świetny pub, „Cud nad Wisłą”, i mają tam bardzo dobre piwo.
I wtedy to dopiero była radość!
Dziękuję Wawerskiemu Centrum Kultury Filii w Radości za zaproszenie i wszystkim uczestnikom warsztatów za udział oraz stworzenie wspaniałej, nowej legendy Wisły. Bardzo dobrze się bawiłam. I dziękuję Agencji Autorskiej Zetzet za pomoc i troskliwą opiekę agencyjną.

Przetwórnia

Ostatnio mam tak, że, gdy pojawiają się kolejne smutne sondaże poparcia dla obozu władzy, przypomina mi się pewna wzruszająca książka, a najbardziej jedna jej scena. Nie będę tej sceny przytaczać. Powiem tylko, że jest ona zamierzonym świadectwem polskiej bierności, na którą zachorowaliśmy nieuleczalnie w czasach peerelu, i ta bierność oraz niemoc, co widać przygnębiająco wyraźnie, na naszą zgubę wciąż trwa. Żeby walczyć z biernością nie opiszę powyższej sceny, lecz podpowiem, gdzie można ją znaleźć. Kryje się ona w książce niezwykłej, delikatnej i niedopowiedzianej, którą czytając ma się wrażenie, że autor na ucho zawierza czytelnikowi swe najintymniejsze przeżycia i refleksje. „Przetwórnia” Zbigniewa Zawadzkiego w głowie pozostaje i pomiędzy słowami opowiada o poszukiwaniu tożsamości, strachu, odwadze i Polsce. O tej ostatniej mówi znacznie więcej niż niejeden podręcznik historii. Piękna książka.

Dzień chłopaka

Czas dramatu: wtorek.
Miejsce: przystanek tramwajowy.
Akcja: Pod wiatą przystanku chroni się przed deszczem starsza kobieta. Usadawia się na drewnianej ławce tuż obok czteroletniego chłopca, jego matki i wózka, który ta chwyta. Chłopiec, wciśnięty pomiędzy matkę a przygodnie spotkaną kobietę, nie sięga kaloszami chodnika. Ustawionym przed matką wózkiem ta porusza miarowo. Obie kobiety, wciąż jeszcze sobie obce, zwracają twarze w stronę niemowlęcia.
– Dziewczynka? – pyta przygodna kobieta.
– Tak – matka odpowiada miękko i z uśmiechem patrzy na córkę.
– Poznałam po oczach – wyjaśnia przygodna kobieta – Takie są dziewczęce.
– Dziewczynka, ale wie pani, że urodziła się większa od syna? – matka wskazuje chłopca siedzącego przy niej. Chłopiec się nie uśmiecha – o pięć centymetrów była większa. Pięćdziesiąt pięć miała.
– Tak samo jak moja wnuczka – kiwa głową przygodna kobieta – żeby pani wiedziała jaka jest silna.
– Syn w tym wieku był mniejszy od niej i słabszy – tłumaczy matka i pokazuje palcem chłopca.
– Teraz wygląda całkiem dobrze – dziwi się przygodna kobieta.
Matka odsłania poły niebieskiej kurtki chłopca:
– Proszę pani! Żeby go pani nago widziała. Sama skóra i kości. A jakie ma żebra wystające!
Kobiety milkną. Wciąż patrzą na chłopca. On na nie nie.

Poniedziałek

Gdy ciążę przerwała był poniedziałek. Po zabiegu poszła do łazienki. Państwo ościenne, miasto małe, klinika czysta. Nie chciała zostawić po sobie brudnej podłogi a krew kapała. Schyliła się i papierem toaletowym wytarła. Nie musisz tego robić, powiedziała sobie, gdy skończyła. Nie musisz. Ale musiała. I wtedy dopiero przypomniała sobie, że już się tak kiedyś schylała. Już kiedyś na czworakach po podłodze chodziła i papierem toaletowym ją szorowała. W jednym z wielkich szpitali, wielkiego miasta, jej własnego państwa.
– Podłogę ubrudziła – powiedziała położna, gdy ona do dziecka, co je kilka godzin wcześniej urodziła, iść chciała. – Podłogę ubrudziła. Niech sprząta.
I posprzątała.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial