Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Wrzesień 2017

Skarpetki

Na początku jest słowo. Nie, nieprawda. Tym razem na początku są kolorowe skarpetki. Zakładam je rano w milczeniu i jadę w nich na komisariat. To nic, że nikt ich nie zobaczy. Ja będę o nich wiedziała.
Komisariat jest brzydki. Krata, kiedyś brązowa, teraz jest tylko obdrapana. Ściany w kolorze łososiowym. Spod emalii na światło dzienne próbują wydostać się warstwy poprzednie. Czy ja napisałam na światło dzienne? Ciasne korytarze oświetlają jarzeniówki. Jest ciepło. Ciepło jest przyjemne, bo na dworze ziąb. Nie może być inaczej, skoro jest jesień. Poniedziałek, dwudziesty piąty września, godzina dwunasta trzydzieści. Odczytuję jeszcze raz treść wezwania. Mam stawić się na komendzie, w pokoju numer dwadzieścia trzy. Drzwi są otwarte. O numerze informuje przyklejona do drzwi i wydrukowana na drukarce kartka A4.
– Zapraszam – mówi pani aspirantka.
Pokój numer dwadzieścia trzy jest nie tylko brzydki. Pokój numer dwadzieścia trzy jest wzruszająco brzydki. Dwie panie, trzy biurka, papierów tyle, że z łatwością odczytuję dane osobowe piętrzące się najbliżej mnie. Imiona, nazwiska, numery telefonów, adresy pozapisywane na małych, kolorowych karteczkach, powciskane w różne szpary, porządkujące ażurowe szufladki. Wydeptane tenisówki „na zmianę” stoją tuż przy biurku pani aspirant, śmieszne napisy i magnesy z aforyzmami zawisły po drugiej stronie biurka, na szafie z metalowymi drzwiami.
– A on dzisiaj ma urodziny? – pyta druga obecna w pokoju policjantka.
– Nie, on dziś nie ma – odpowiada ta, przy której siedzę.
– Czyli wprowadziłam ich w błąd – martwi się tamta.
– O, jaką ma pani śmieszną datę urodzin – zwraca się, tym razem do mnie, pani aspirant.
Zastanawiam się, czy się uśmiechnąć. Korci mnie, bo przecież pani jest miła a wnętrze rozczulająco nieporządne. Jednak się nie uśmiecham. Nie przyszłam się tu uśmiechać, myślę sobie i natychmiast myślą zahaczam o kolorowe skarpetki, które mam na nogach. Rano zakładałam je w milczeniu, więc teraz też milczę. Milczę i myślę o skarpetkach. Jaka szkoda, że pani aspirant nie może ich zobaczyć. Są różowo-niebiesko-żółte. Krzyżuję nogi pod krzesłem. Pani aspirant może za to zobaczyć domowymi sposobami zrobiony napis na koszulce „zablokujmy faszyzm”. Tylko, że pani aspirant wcale na niego nie patrzy.
– Czy przyznaje się pani do winy? Że dnia piętnastego sierpnia utrudniała pani przejście legalnej manifestacji zorganizowanej dla uczczenia zwycięstwa wojsk polskich nad bolszewikami? – pyta.
– Nie, nie przyznaję się do winy i chciałabym dołączyć oświadczenie. Chciałabym także zapytać, czy sąd otrzyma informację, kto był organizatorem tej demonstracji? – chcę wiedzieć, bo o tym, że demonstrację zorganizowała Młodzież Wszechpolska nie ma w tekście, który mi został odczytany, ani słowa.
– Tak, ta informacja zostanie dołączona do dokumentacji. To wszystko – mówi kobieta i oddaje mi dowód osobisty. Przeciskam się przez wąskie korytarze, mijam kratę i wychodzę na jesienny ziąb. Wciąż przed oczami mam bałagan pokoju numer dwadzieścia trzy. Papiery piętrzą mi się w głowie. Nie mogę wyrzucić z pamięci tenisówek pani aspirant, ani zniszczonej wykładziny. Krążą wspomnienia kolorowych karteczek i zapisanych na nich liczb. Skarpetki opadły mi do pół kostki. I wtedy widzę transparent, który przed każdym komisariatem, wspierając wszystkich wzywanych, trzymają Obywatele RP: „Mamy prawa, prawa fizyki, prawa logiki, prawa człowieka”. Mało brakowało a zapomniałabym, co jest naprawdę ważne. Tak sobie myślę, podciągając kolorowe skarpetki.

Z pamiętnika pół-człowieka pół-jeża

Wycieram z brody mleko, chowam kolce i wychodzę z domu. Metro znowu puste. Nie bez powodu. Z premedytacją przychodzę właśnie wtedy, gdy szczyt się rozjechał. Wokół szaro, patrzę więc na czerwoną skrzynkę ratunkową umieszczoną za cienką szybą. Narysowane jest na niej białe serce. Nareszcie! Przykładam ucho i słyszę, jak bije. Na peronie pusto. Z łatwością otwieram skrzynkę i je wyjmuję. Jaka szkoda, że dziś jest zbyt duże. Nie pasuje do jeża.

Filiżanka

Wyobraź sobie, że trzymasz w dłoni filiżankę z gorącą kawą. Właściwie nie filiżankę, lecz talerzyk. Ten talerzyk jest bardzo ładny i porcelanowy, ale zupełnie nie ma w nim wyżłobionego miejsca na filiżankę. Ta więc, która powinna na nim stać, jeździ. Przy każdym twoim kroku ona także pokonuje swoją kilkumilimetrową drogę. Kawałek w jedną… Oj… mało brakowało. Kawałek w drugą. I wiesz, że gwałtowniejszy ruch, krok, mucha, komar, dźwięk, kolorowe światełko, telefon, dzwonek do drzwi, wiesz, że z chwilą, gdy pod ich chwilowym wpływem stracisz ostrożność, filiżanka spadnie na podłogę i rozbije się w bardzo ładne, bo porcelanowe, ale jednak kawałki, które już nie będą filiżanką. I nawet nie martwisz się, że kawa cię oparzy. Myślisz tylko o pękniętym naczyniu. Jednak do tej pory jeszcze idziesz. Filiżanka, owszem, ślizga się, ale idziesz. Aż do chwili, w której kot, pies, córka, syn, nagle z hukiem spada kurtka z wieszaka. Zachwiałeś się, więc wiesz i nawet widzisz, jak filiżanka przewraca się, ale wciąż leży. Kawa wypełniła talerzyk. I jedna jej gorąca kropla skapuje ci na udo. Wzdrygnąłeś się lub wzdrygnęłaś, tym razem z bólu. Filiżanka leci. Widzisz, że uderza o podłogę. Wiesz, że za moment stanie się potłuczoną filiżanką. Wiesz to, tylko, że ona wcale nie pęka dotykając podłogi. Podłoga pęka. Z dużej rysy wybiegają małe. I nie tylko podłoga się trzęsie. Cała Ziemia drży i rozłupuje się na tysiące milionów kawałków. I ty stoisz stopami jak na krach, na dwóch z nich. I nie zastanawiasz się wcale, dlaczego, ani jak, ale myślisz co, co wypłynie z wnętrza porcelanowej Ziemi.

To by dopiero było

Kilka dni temu, w centrum dużego miasta. Światła na skrzyżowaniu nie działają. Duża krzyżówka i niebezpieczna, gdy sygnalizacja jest, a co dopiero, gdy jej nie ma. Tymczasem, cóż za zaskoczenie, na skrzyżowaniu spokój. Nie tylko spokój, rytm. Raz jadą ci, a raz ci. Nikt im nie mówi, kiedy, nikt nimi nie dyryguje. Godzina ósma, szczyt, wszyscy w pośpiechu, bo w drodze do pracy. A tu żadnych stłuczek, korków, nerwów, nieporozumień. Zatrzymałam się i obserwowałam zachwycona. Samochody prosto. Samochody w poprzek. I piesi. Bez świateł i bez władzy narzuconej z góry. Tak jakby, chciałabym w to wierzyć, kierowcy prowadzili zgodnie z poczuciem wrodzonej sprawiedliwości, które tłamszone jest i zniekształcane przez sygnalizację. I tak sobie wtedy pomyślałam, co nie jest szczególnie oryginalne i nie jest za bardzo nowe, pomyślałam sobie, że może z korzyścią dla nas wszystkich by było od czasu do czasu sygnalizację wyłączyć, skoro tak bardzo zaburza rytm.

Łoś

Od kilku dni chodzimy do szkoły razem z niewidzialnym łosiem. O łosiu mogę chyba napisać, bo Jędrek nie pozwolił wspominać tylko o niewidzialnych kanczylach. A zatem łoś czasem biegnie za nami a czasem Jędrek trzyma go na rękach. Dwa dni temu, gdy już dotarliśmy do szkoły, Jędrek posadził mi łosia na ramieniu. Poprosił, żebym go odprowadziła do domu i się nim zaopiekowała. Padał deszcz, więc wsiadłam do metra. Wysiadłam, gdy zatrzymało się na stacji. Jednak dopiero po wyjściu na powierzchnię zorientowałam się, że łoś pozostał w pociągu. Co ja powiem Jędrkowi, przestraszyłam się. Na szczęście pół godziny później łoś zapukał do drzwi. Sam odnalazł powrotną drogę.
Dzisiejszego poranka także nam towarzyszył. Ale prowadziliśmy go już na smyczy, także dlatego, że wiał silny wiatr.
– Jędrek, czy łoś coś waży? – zapytałam – Bo wiesz, gdy taki wiatr zawieje, może unieść łosia w górę i będzie latał na smyczy jak balon?
– Nie – Jędrek nie miał wątpliwości – to jest specjalna, łosiowa smycz, która nie unosi łosia w górę.
Za pięć ósma staliśmy już pod szkołą.
– Troszcz się o niego – szepnął mi Jędrek na pożegnanie i poszedł.
Nawinęłam łosiową smycz na nadgarstek i zaczęłam wracać razem z łosiem do domu. Podmuchy wiatru były coraz silniejsze, nie martwiłam się jednak, bo wiedziałam, że smycz jest łosiowa i łosia w górę nie uniesie. I wtedy właśnie się potknęłam. Ręce wyrzuciłam do przodu, nogi oderwałam od podłoża i huknęłabym o nie ciężko, gdyby nie niewidzialny łoś. Bo łoś zaczął biec. Właściwie nie biegł, lecz pędził przed siebie coraz szybciej i szybciej. Chodnik dudnił od uderzeń jego racic. Chciałam krzyczeć „Nie!”, pewna, że będzie mnie wlókł po chodniku, jak sanki, tylko, że bez śniegu, policzkami po szorstkim betonie. Nie zdążyłam wydobyć głosu. Zawiał wiatr i już unosiłam się w górze jak latawiec, trzymana na smyczy przez niewidzialnego łosia. Doprawdy nie wiem, kto się tu kim opiekuje.

Ilustracja łosia, który wygląda jak renifer, pochodzi ze strony pinterest.com.

Z pamiętnika pół-człowieka pół-jeża

Ranek słoneczny. Cieszę się nim i wciągam na łydki rajstopy w kolorze jesieni. Do śniadania dokładam jabłko i wychodzę wybierając drogę przez liście, żeby sobie nimi radośnie poszurać. Metro jest pełne ludzi. Ścisk ociera się o mnie. Chciałabym powiedzieć tej pani obok, że to nie jest drążek, tylko moje ramię. A to na dole, to nie podłoga, tylko stopa w bucie. Odwracam się najdelikatniej jak umiem, żeby do niej przemówić i dostaję łokciem w twarz od jednego pana. Zaciskam usta, staram się nie oddychać, z przymkniętymi oczami pędzę myślą jak najdalej i jak najspokojniej. Po lasach się szlajam, po mchach miękkich i wilgotnych dolinach. Trwa to krótką chwilę i w niczym nie pomaga. Igły rozrywają jesienne rajstopy. Czuję kłucie w butach. Koszula rośnie razem z kolcami. Wokół mnie miejsca jest coraz więcej. I nikt mnie już nie dotyka.

Zdjęcie: Henri Cartier-Bresson, 1961.

Tłoku nie ma

Metro rusza. Godzina dziesiąta, tłoku nie ma, więc zajęte jedynie miejsca siedzące. Oczy nieruchome, pasażerowie nieprzenikalni. Buty ustawione równo, uda równoległe, dłonie leżą. Spokój na twarzach to, czy letarg? Jedna tylko kobieta nieznacznie unosi lewą nogę i jednym tylko palcem nie dotyka a muska czarny materiał spodni. Powraca zaraz do pozycji wyjściowej. Bezruch, kolana równo, stopy równoległe. Metro szumi. Letarg. Ale ja widziałam ją wcześniej. Zanim weszła do metra. Kobieta w czarnych spodniach usiadła na schodach, zdjęła buty, z torby wyciągnęła chusteczki i osuszała nimi łydki, kawałek po kawałku wycierała materiał a nawet czyściła pantofle z czarnych kropli w środku. Potknęła się jeszcze na powierzchni, przewróciła i zapadła w głęboką kałużę rozlewającą tuż koło zejścia. Teraz siedzi w metrze nieruchoma i nieprzeźroczysta. Czy zastanawia się, co przydarzyło się innym, zanim wsiedli do metra? Czy powinna?
Nie wiem, czy ona powinna, ale ja tak, bo od wczoraj nie jestem pewna, jak powinno brzmieć zdanie kończące. Czy się zastanawia? Czy powinna? Co przytrafiło się innym, zanim wsiedli, co wydarzy się jej, gdy wysiądzie? Wszystko to są złe pytania. Jedyne, moim zdaniem, które warto zadać, brzmi, czy na pewno w bezruchu, ona i inni są bezpieczni?

Trafiony

Vader został trafiony, ale nie mógł zatonąć. Wciąż nie mieścił się w kratki czteromasztowca. A to wystawało mu z lewej a to miał spore braki z prawej. Butami zahaczał o sąsiednie statki. W kropki nie szło mu lepiej. Starał się zwinąć do kształtu właściwego, lecz nie potrafił utrzymać go na skrzyżowaniu linii. Zaraz przesuwał się, zjeżdżał czarną kropką na sąsiednie kartki a nawet wypadał na podłogę. Z uwagi na czarny kolor poważnie myślał o talii. Mógłby być atu, jednak określenie swojej tożsamości nastręczało mu zbyt wiele kłopotów. Figurą był czy blotką? Byt określa świadomość a może odwrotnie? Wyjrzał przez okno. Pozostało mu jedynie tetris.

Mysz

Poranek przy okrągłym stole. Siedzimy z Jędrkiem nad śniadaniem a raczej nad jego wspomnieniem. Kawy pozostała mi w kubku jedna kropelka. Oszczędzam ją. Póki jest, mogę czytać bezkarnie. Jędrek siedzi naprzeciwko mnie nad pustym talerzem, którego głównym zadaniem jest przytrzymywanie rozłożonej książki.
– A wiesz, że – podnosi głowę – jedna mysz może mieć nawet tysiąc dzieci?
– Nie wiem – odpowiadam – ale słyszałam, że gdy dziecko przeszkadza matce w czytaniu, może zamienić się w mysz.
Groźba zawisa między nami i przez chwilę jest całkiem cicho.
– W jaką?
– Drapieżną – mówię nie podnosząc głowy.
– W chomika?
– Tak.
– Europejskiego?
– Niech będzie europejski – odpowiadam powoli i z poczuciem zwycięstwa spoglądam Jędrkowi w oczy. Przez chwilę mierzymy się w ciszy.
– A wiesz, że… – mówi Jędrek nie opuszczając wzroku.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial