Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Sierpień 2017 (strona 1 z 2)

Obroty

Coś sobie właśnie przypomniałam. Coś, o czym kilka miesięcy temu pomyślałam i na jakiś czas zapomniałam. Gdy sobie tę myśl wtedy obracałam, chciałam ją nawet zapisać, lecz uciekła. Nie udało się jej dogonić. Powróciła dziś rano, myśl o krokach, o tym, że zaraz wstanę, obrócę się, zrobię jeden krok, znowu się obrócę, zrobię krok następny. Po drodze minę łazienkę, kuchnię, sąsiada, park, szkołę. Mnóstwo kroków. Będę przesuwała stopy na zmianę odrywając je od ziemi. Choć tak naprawdę, dla uproszczenia mogłabym spokojnie napisać, że stóp wcale nie będę odrywała, bo przecież, patrząc w skali makro, od Ziemi się nie oderwę. A skoro już tak, skoro mogę myśleć o krokach na Ziemi w ten właśnie sposób, uwzględniając jej krągłość, nie popełnię błędu, gdy uznam, że wszystkie kroki, które na Ziemi tego i każdego następnego dnia postawię, nie będą prowadziły mnie w przód, lecz w koło. Tak sobie kilka miesięcy temu pomyślałam, o czym sobie właśnie teraz przypomniałam, co dowodzi tylko, że myśl, która mi kiedyś uciekła a dziś powróciła, udowodniła, że rzeczywiście kręcę się w kółko.

Pompon

Przy ulicy, którą idę o poranku, okna są otwarte. Wciąż jest lato, chociaż jesienna smuga już się między nogami snuje i wpływa do mieszkań, bo okna, przy ulicy, którą idę, są otwarte. Poza jednym. To zamknięte najbardziej pociąga. Ciszą i drewnianym konikiem na biegunach, stojącym na białym parapecie. Konik jest ładny, rzeźbiony i malowany. Płozy ma ozdobne, kark pochyla szlachetnie i okiem jakby łypie. Oczywiście wydaje mi się jedynie, bo to konik jest drewniany a więc nieruchomy. I ja zatrzymuję się, żeby na niego w bezruchu popatrzeć. Gęste firanki oddzielają go od wnętrza pokoju, szyba ode mnie. Konik milczy, tylko okiem zastygłym przez okno zerka. Ja stoję i on stoi. Dlaczego więc jego czerwony pompon, do pyska przypięty, jak w galopie, trzęsie się cały?

Nosem

Vader nie miał wątpliwości. Nie istnieje, tyle wiedział. Od czasu do czasu jedynie pozwalał sobie zbliżyć się. Uchem się nachylał, otwierał oko. Podczas, gdy palec przykładał do ust, nosem się żegnał. Fajnie byłoby móc napisać, że zmysły oddzielnie nie, ale już wszystkie naraz połączone stanowiły jakąś całość. A nawet jeśli nie całość określoną, to w ogóle coś, cośkolwiek. Ale nic. Zmysły stanowiły dla niego nic. Nie zbliżały Vadera do czegokolwiek, co miałoby związek z byciem. Do bycia przyciągało go tylko i jedynie niebycie. I więcej nic.

Na policzku

Że jestem flejem, to nic, nie szkodzi. Dróg obchodzenia porządku jest wiele. Monitor można ustawić tak, że pod pewnym kątem i przy dobranej jasności, odprysków rzeczywistości na tekście nie widać. Kurz pokrywający litery zdmuchuję. Większe plamy rozcieram spacją. Droga mleczna zaczerpnięta z kawy dawno już na monitorze wyschła. Okruszki przesuwam czarnymi klawiszami, może który uda się zrzucić w szczelinę. Rozlega się chrobot i wiem, że się udało. Gorzej, gdy zaschnięta plama pojawia się na szybce telefonu. Od kilku dni staram się ją zdrapać. Pocieram paznokciem, ślizgam się po niej poślinioną opuszką. Nic plamy nie rusza. Przysuwam telefon do światła. Plama rozszerza się. Już nie jest tylko plamą, czyli czymś chwilowym. Staje się pęknięciem trwałym. Żadne starania go nie naprawią. Nie szkodzi, myślę, uszczerbek na rzeczy bez znaczenia. Wyłączam aparat i przyglądam się twarzy, której odbicie dostrzegam w czarnym lustrze. Na policzku jest plama.

Potrzebę tworzenia

Vader wziął paczkę do rąk i rozerwał. Rozłożył na ziemi płaszcz i zrzucił buty. Z zawiniątka wyjął kolorowe szpulki i sterczące igły. Położył się obok nich i zapatrzony w nieskończoność, z nogą wspartą o kolano, planował, co uszyje pierwsze. Kosmos, szepnął sobie. Gwiazdy, bezkresne przestrzenie, dziury z mroku, kwarki i kwanty, rozszerzenia, zakrzywienia i skurczenia woli, w pożądaniu instynkty, dystanse, bliskości i pożary duszy nie do ukojenia. Zamilkł. Nawlekł igłę i zacerował dziurę w skarpecie.

Z dala

Z dala od najdalszego miasta, z dala od najdalszej ulicy, od szosy, od parku, alei. Nie ma do nich kolorowych szlaków, wydeptanej ścieżki obsikanej przez psa, żużlówki, z której odskakują na boki kamienie. Nie prowadzi tam zapach miękkiego asfaltu ani mrugnięcie pomalowanej powieki. Perfumy nie są wskazaniem, tanie czy drogie, to bez znaczenia. Wiewiórka tam orzecha nie wetknie. Śmietniki nie zdradzą położenia swoją zawartością. Karetki na sygnale dojechać nie będą w stanie, więc i straż pożarna nie trafi. Wywietrzniki zatkane. Obieg zamknięty. Okien brak. Słowa ukrywa się w ciszy.

Cekiny

Mężczyzna o długich włosach odjechał a ja zasnęłam i obudziłam się pół godziny wcześniej. Słońce zdążyło przetoczyć się przez godzinę szesnastą i zatrzymać na piętnastej trzydzieści. Czarna spódnica, w której szłam, gubiła w przedpołudniowym świetle cekiny, które leżały na ścieżce tuż przede mną i wyznaczały rytmem krok. Nie zbierałam ich, żeby nie mieć dowodu, że czas cofa się. Mężczyzna o krótkich włosach zatrzymał się przy jednym z nich. Takie rzeczy dzieją się, gdy w zegarze pęka sprężyna.

Potwory na Wyspie

Wiem, że chwalenie się jest obciachowe, ale radość i szczęście prawdziwe. Kwartalnik literacki „Wyspa” a w nim wydrukowane coś tam moje. Wielka to zasługa Jarka Górskiego! Dziękuję!

Kwartalnik literacki „Wyspa”

Nie potrafią

W sprawie kamiennych ptaków przeprowadzono już wiele analiz i żadna, jak na razie, nie przyniosła odpowiedzi na niepokojące pytanie, czemu kamienne ptaki nie spadają? Powinny spadać. Nie tylko spadać. Roztrzaskiwać się o bruk. Powinny zagrażać każdemu istnieniu, z którym w locie w dół się zetkną. Powinności jednak na nic, skoro kamienne ptaki nie spadają. Unoszą wbrew fizyce swe niemożności. Na wiosnę pierwsze uczą się latać. I nie potrafią spadać, skoro już zostały nazwane ptakami. Z czego by wynikało, że trzymamy je w garści.

Jakiż jest

Przychodzi nagle. Wyrywa mnie ze snu. Ucisk, nacisk, opresja. I gdy już wyrwany zdaję sobie sprawę, że stres, opresja i ciągłe napięcie, mięknę. Wyzuty z powietrza i siły zapadam w głąb siebie, bez woli nabrania powietrza. Rozprężenie przychodzi, chociaż mimowolnie. Tlen wsącza się podświadomie, bo ja go już nie chcę. Raz jeszcze przeżywać to wszystko? Jakiż jest sens istnienia gumowego przycisku?

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial