Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Lipiec 2017

Drzewo Jędrka

To drzewo zasadził chłopiec o imieniu Jędrek. Zasadził je, bo wierzył, że z małej rośliny wyrośnie wielkie drzewo, które służyć będzie swą obecnością nie tylko jemu, ale wszystkim sąsiadom. Sąsiedzi nie chcieli na swoim podwórku drzewa. W nocy, gdy Jędrek spał, korzenie rośliny zalali trucizną, więc drzewo umarło. Szkoda, że nie porozmawiali najpierw z Jędrkiem. On mógłby je uratować. Mógłby przesadzić je w inne miejsce, tam, gdzie drzewo byłoby chciane i mogło dalej żyć.

Kiełbasa

Jaka jest historia mojego życia? Proste życie prowadzę, ale nie powiem. Oczy mam szeroko otwarte. Zapytacie, co widzę? To proste. Ja zawsze widzę więcej.
Na przykład. Na przykład taka historia, co działa się niedaleko, bo wczoraj. W bloku na przeciwko jest mieszkanie. Żyją w nim na parterze kobieta, mężczyzna i pies. On i ona albo się głośno kłócą albo głośno kochają. Gdy oni milczą pies szczeka.
Noc pierwsza:
– Przestań, kurwa, mówię ci!
– To ty, kurwa, przestań!
Noc druga:
– Aaaa aaaaa aaaa!
Trzeciej nocy szczeka pies. Prócz wzroku słuch mam dobry, więc usłyszałem, że wczoraj było zupełnie inaczej. Pies szczekał wtedy, gdy oni się kłócili. Najpierw nie widziałem w tym nic podejrzanego. Ot, wielkomiejska kłótnia. Dlaczego zaraz wielkomiejska? Tak samo kłócą się i w małych miasteczkach. Po chwili pomyślałem jednak, że jest w ich kłótni coś podejrzanego. Pies nie szczeka równocześnie z nimi. Rozumiecie? Szczeka tylko wtedy, gdy jedno z nich milczy. Dziwne, prawda? I podejrzane. On krzyczał, odpowiadał mu pies. Potem ona krzyczała i odpowiadał jej pies. Przez chwilę myślałem ja sobie, że z psem się kłócą, ale nie. To rozwiązanie byłoby zbyt łatwe. Staję więc sobie dzis za firanką, tak staję, żeby nie drgnęła… I bingo! Jest! Sprawa rozwiązana. Moi sąsiedzi z bloku naprzeciwko nie ludźmi są, lecz półpsami. Popatrzcie sami. Gdy on wychodzi z psem, jej w pobliżu nie ma. Gdy ona z psem idzie, jego nie ma w okolicy. Sprytne, prawda? Możecie mi pogratulować. Kiełbasę kupiłem dziś w sklepie i wieczorem zawijam do nich z wizytą. Wiecie, co będzie, gdy ją zjedzą? Jeden kęs, to jak przed sądem przyznanie się do winy. I mam ich w garści. I już są moi.

Zdjęcie pochodzi ze strony Metro.

Dzień po

Poranek w piątek. Na peronie metra czekam na pociąg. Obok mężczyzna w czerwonej bluzce wsparty o rower. Wygląda znajomo. Wczoraj stał pod sejmem bardzo blisko mnie. Wiem to na pewno. A ta pani, co siedzi na ławce? Rozpoznaję ją, też była wczoraj. O! I mężczyzna, co idzie po schodach. W dłoni dzierży drzewce. On też demonstrował. Uśmiecham się do niego i on patrzy na mnie. W jednej chwili wiem o nim wszystko. Całą noc siedział pod parlamentem i teraz dopiero wraca do domu. Flagę pewnie zwinął. Ma ją w plecaku. Dojrzały mężczyzna, twarz ogorzała. Idzie do przodu energicznym krokiem i nie spuszcza mnie z oka. Patrzy także wtedy, gdy wreszcie dostrzegam pomarańczowe grabie na zakończeniu kija.

Trzmiel

Vader od dawna nie zastanawiał się, kim jest. Ostatni raz zastanawiał się wtedy, gdy był trzmielem. Życie trzmiela jest dobre, społeczne, uporządkowane. Trzmiel ma żądło, żeby się bronić, pewność powtarzalności a więc i plan na przyszłość. Tylko co z tego, skoro ludzie i tak widzieli w nim jedynie tego, którego chcieli w nim zobaczyć. I tak działo się za każdym razem. Gdy Vader był kotem i włóczył się podrapany od bójki do bójki po sąsiednich podwórkach. Gdy był wroną i siedział cały dzień na parkanie obserwując przechodniów jednym, najczęściej lewym okiem. A nawet, gdy był kulawym psem w zeszłym tygodniu. I nie mógł przegonić pcheł z grzbietu łapą tak, żeby się nie przewrócić, więc pysk drapał mu kot a grzbiet wrona. Tylko, że wtedy przyleciał trzmiel, więc kot i wrona zajęły się polowaniem a pies musiał znowu przewracać się sam. Nawet wtedy był dla ludzi tylko tym, którego chcieli w nim zobaczyć. Usiadł więc w miejscu, w którym stał, wprost na chodniku, i już nie zastanawiał się dłużej, kim jest.

Tenis

Teatr i antrakt, a więc łazienka. Stoję w kolejce do toalety w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i mam wrażenie, że sztuka nie została wcale przerwana. Kolejka zamyślona, cicha, zapatrzona w kafelki. Jednak dwie kobiety, które rozeszły się właśnie do rożnych toalet, mówią do siebie głośno, przekrzykując ciszę.
– Dopiero dziś zrozumiałam ten backhand – wrzeszczy jedna z nich – wiesz, gdy pokazał mi jak pracują mięśnie…
– Tak! – odpowiada jej druga z toalety położonej po przeciwnej stronie pomieszczenia – znacznie lepiej pracuję teraz forehandem! Nie wiedziałam, jakie nogi mają tu znaczenie!
– Zupełnie inaczej się gra! – odkrzykuje znowu kobieta po lewej. Słychać szum wody. Drzwi się otwierają. Wysoka dziewczyna w kusej, kwiecistej sukience, z twarzą okoloną ciemnymi włosami staje po środku. Ciągle o tenisie na diapazonie bolesnym dla ucha. Mijam ją. Chwytam klamkę. Teraz moja kolej. Słyszę jak jej koleżanka, nie przestając wrzeszczeć, opuszcza kabinę. Nareszcie głosy oddalają się pozostawiając kolejkę w ciszy i skupieniu, do którego dorzuconych zostało kilka niewypowiedzianych refleksji o niskim poziomie zachowania się współobywateli.
Wracam do sali. Czerwone fotele. Przedstawienie trwa. Jego tematem są uprzedzenia, rosnąca nienawiść i brak zrozumienia. Na końcu wybrzmiewają gromkie oklaski, publiczność opuszcza salę. Wśród niej jestem i ja, uniesiona własną wartością, taka lepsza, taka rozumiejąca, taka dobra. Zachwycam się sobą i w tym zachwycie zatrzymuję przy wyjściu, gdzie na chwilę przystanęły dwie rosłe dziewczyny z łazienki. Rozpoznaję je, bo mówią za głośno. Jedna z nich ma kwiecistą, kusą sukienkę i silne ramię tenisistki. Przyglądam mu się życzliwie, chciałabym powiedzieć, lecz powraca złość z toalety. I dopiero wtedy widzę, że dłoń dziewczyny wcale nie jest pusta a jej ramię wyposażone zostało w długą, białą laskę. Nareszcie rozumiem. Przyjaciółka mówi do niej głośno, żeby nawet przez chwilę niewidoma kobieta nie mogła poczuć się zagubiona. Opuszczam głowę.

Z cyklu „personifikacje”

To jest taki ktoś, kto nosi bardzo wygodne buty. Są i do miasta na twarde chodniki, i na kamieniste drogi górskie, i na piaszczyste ścieżki. Może w nich biegać, skakać i siedzieć bez ruchu. Gdy siedzi, siedzi w bardzo wygodnym krześle. Nie uwierają go krawędzie, oparcie nie jest zbyt niskie ani siedzisko zbyt twarde. Nie jest zbyt wysoki ani zbyt drobny. Przyjemny. Pasuje do wszystkich. Nie rzuca się w oczy. Jego ubrania przylegają, ale nie są za ciasne. Są przewiewne, oddychają. Nie uznaje sztucznych tkanin, bo jemu zawsze musi być wygodnie. Z nim zawsze jest wygodnie. Czuły, troskliwy, zawsze obecny. Dlatego też nigdzie się stąd nie rusza. Nie wstaje z krzesła, nie odchodzi do domu, nie czuje zmęczenia. Nie musi, ma przecież wygodne buty i bardzo wygodne krzesło. Wstyd.

Bez znaczenia

I tak to jest. Miał być spokojny dzień pracy. Idę więc, jeszcze spokojnie, chociaż deszcz pada. W torbie niosę komputer. Nieopatrznie jednak włożyłam go kierując w dół. Że, co? Że nie ma znaczenia? Ależ ma, bo po chwili czuję, że torba staje się ciężka. Zanim zauważę, że to ona, myślę, że to ja. Analizuję witaminy, zmęczenie, godziny spania i niewyspania. Bardzo mi ciężko. Myślę o starości, o uwiądzie mięśni, niedowidzeniu. Słyszę też już niewiele. Sprawdzam podzespoły, co trwałoby dłużej, gdyby nie ta strużka, co ją czuję po nodze. Spódnicę mam kusą, bo lato a spod niej wypływają czarne jak korale krople. Towot przecieka, myślę w chwili pierwszej. Nie towot jednak, nie jestem maszynką. Co więc to? Staję i widzę ją wreszcie. Torba pękata. Poprzez szwy rozciągnięte wypływają litery. Z komputera musiały się wysypać. Wszystkie. Wokół kałuża. Rozpełzają się średniki i przecinki. Wspinam się na palce. Zupełnie bez potrzeby. Słowa dawną się już pomieszały i straciły pierwotne znaczenie. Mozolnie układane zdania? Wysiłek miesięcy? Można o nim zapomnieć. Podeszwą stąpam na „g”. I nie mam podeszwy. Ślizga się godeszwa. Kolanem o chodnik. Napisałam kolanem? Teraz jest polano. Polano zahacza o skroń, która od kilku chwil jest już iskrą. Płonę więc na deszczu nie odnajdując żadnego znanego mi wcześniej znaczenia. Nawet zagasnąć nie sposób. I tak kolejny dzień mija, w którym człowiek sam na siebie zastawił pułapkę.

Rzęsy

Wakacje. Siedzi sobie taka kobieta na schodku przed chałupą, na Dolnym Śląsku siedzi i patrzy na płotek drewniany i róże, co przekwitły. Słońce świeci popołudniowe, mocne, że skórę pali. I nagle po drugiej stronie płotka mężczyzna staje, siwy, w koszuli w biało-niebieskie paski, jakby marynarz. I siwy taki, jakby już tysiąc lądów i oceanów zwiedził. W ręku trzyma kwiaty cięte. Idzie z nimi gdzieś ulicą, do jakiej marynarzowej z Dolnego Śląska. Ale zamiast iść zatrzymuje się przy płotku, patrzy na kobietę na schodku i pyta:
– A pani kim jest?
– Ja? – kobieta waha się. Takie pytanie! Kto by umiał mu sprostać? I to z zaskoczenia.
– Ja jestem znajomą – kobieta odpowiada bez sensu.
– A czemu pani taka niewyrosła? – mężczyzna nie daje za wygraną. Z góry patrzy na jej trampki i krótkie spodenki.
– Starałam się – odpowiada kobieta – ale jakoś w górę iść nie chciało.
Mężczyzna ciągle stoi z tymi kwiatami w ręku. Nie idzie ciągle.
– A chociaż z osiemnaście lat pani ma?
I już nic więcej, nic więcej kobiecie nie potrzeba. Nie zwraca uwagi na róże przekwitłe i bukiet nie dla niej. Macha czterdziestodwuletnimi rzęsami i nie martwi się, że jedna marynarzowi pod nogi spada.

Czeszki

Niewielki sklepik niedaleko Placu Konstytucji. Wchodzę. Wewnątrz na półkach buty a na stołkach dwie staruszki. Każda z nich mierzy kolejne pary i konsultuje ich urodę ze sprzedawczynią oraz koleżanką. Jest wesoło. Panie wygłupiają się. Na trzecim stołku siadam ja i mierzę białe czeszki.
– Buty mojego dzieciństwa – rozmarzam się.
– A pani kiedy miała to dzieciństwo? – pyta jedna.
– Jestem rocznik siedemdziesiąty piąty – odpowiadam.
– Oooo! Czterdziecha! – mówi druga i na ułamki sekund, żeby przyjrzeć się mojej twarzy, odrywa wzrok od swojej stopy obutej w nowiuteńki sandał.
– Nawet czterdzieści dwa – dodaję – Nie w kijek dmuchał.
Nagle staruszki podnoszą wzrok. Jedna jest całkiem siwa, druga farbuje włosy. Obie patrzą na mnie z rozbawieniem.
– Moja droga – mówi jedna – ja mam czterdzieści osiem.
– A ja – mówi druga – pięćdziesiąt dwa. To co pani nam będzie mówić? Co pani w ogóle wie o życiu? Albo, cytując klasyka, co pani wie o zabijaniu?
Zaglądam kobietom głęboko w oczy, pewna, że sobie ze mnie żartują, ale w ich filuternych spojrzeniach widzę tylko jedno. Mają rację. Czterdzieści osiem, pięćdziesiąt dwa i ani dnia więcej. A gdy tak się śmieją, to nawet może znacznie mniej.

Na trawie zasłyszane

Miejsce: środek trawnika.
Czas: płynie leniwie.
Akcja: do kobiety i mężczyzny zalegających w parku podchodzi znana im młoda dziewczyna. Pierwszej części rozmowy nie słychać. Toczy się zbyt cicho. Dlatego oglądam dziewczynie seledynową spódnicę i różową, lejącą się bluzkę. Patrzę, jak zdejmuje pantofle i staje na trawie bez butów. Dopiero, gdy pada pytanie: „A co u nich słychać?”, dziewczyna ożywia się. Od teraz mówi głośniej i zaczyna gestykulować.
– Słuchajcie, mają plany na całe dwa miesiące wakacji! Gdzie oni nie jadą? Wszędzie jadą. Jadą pod namiot, jadą do Tajlandii, w góry jadą. Mój dziadek jest niesamowity. Ćwiczy, tańczy. Idziemy przez miasto, nagle dziadek odłącza się. Patrzę na niego a on na środku ulicy uprawia tai-chi i robi te figury. Taki zupełnie siwy dziadek!
– Ile ma lat? – głos podnosi się z leżaka.
– Siedemdziesiąt parę.
– Dużo – w odpowiedzi słychać uznanie.
– No masz! Ja wczoraj nie mogłam uwierzyć, że mam dwadzieścia jeden a co dopiero taki dziadek.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial