Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Maj 2017 (strona 1 z 2)

Kilka słów o wronach

Na moim podwórku mieszkają wrony. Kiedyś się ich obecnością cieszyłam, lecz teraz się ich boję. Wszystko zaczęło się rok temu, gdy zbyt blisko podeszłam do młodej wrony, która siedziała na chodniku. Jej matka ruszyła do ataku drapiąc mnie po głowie . Od tego czasu wrony stały się częścią mojego życia. Poważam je i szanuję, jednak one, mam wrażenie przechodzące w pewność, nie tylko mnie nie szanują i nie poważają. One mnie zastraszają. Ilekroć wyjdę z domu wrona przelatuje mi tuż przed okiem. Albo wyskakuje z trawnika tuż pod nogi. Albo siada na barierce kawiarni, tuż przy mnie. Nie robi tego jawnie. Czeka na moment, gdy zostanę sama. Gdy o wronim zachowaniu usłyszał ornitolog, poradził, żebym pokazała ptakom swoją siłę. Jesienią więc zrobiłam pewnej wronie:
– Buuu!
Przyszła zima. Wrony znikły z podwórka. Sądziłam, że nasze stosunki wróciły do obojętnej normy. Wychodzenie z domu przestało być traumą. Już nie słyszałam nad sobą krakania i nie ocierał się o mnie skrzydłem żadem siwy ptak.
Pomyliłam się jednak sądząc, że to koniec przygody. Z wiosną wrony przypomniały sobie o naszych relacjach. Znowu przelatują mi tuż nad głową, wypadają znienacka, przysiadają tuż obok i patrzą. Towarzyszą mi i napawają się strachem. Tak sądziłam do przedwczoraj. Przedwczoraj bowiem, w parku, dostrzegłam kobietę, która szła asfaltową alejką. Kroku dotrzymywała jej wrona. Kobieta przemawiała czule do ptaka a ten skacząc blisko zwracał się do niej dziobem i kiwał głową, jakby słuchał.
– Bo słucha – powiedziała kobieta – to mój przyjaciel. Gdy tylko wyjdę z domu, zaraz przylatuje i zaczepia mnie szponami. Przekrzywia mi beret, żeby był na bakier. Zawsze daję mu pestki słonecznika, bo on lubi je najbardziej.
– Naprawdę? – zdziwiłam się – czy to znaczy, że wrony zaczepiają, bo lubią?
– Tak – odpowiedziała pani raczej do wrony niż do mnie – tak, moja, kochana, tak, tak.
Doprawdy, czy to możliwe, że wrony są wobec mnie serdeczne a ja ich po prostu nie rozumiem? Odpowiedź przyszła nadspodziewanie szybko.
Następnego dnia, ośmielona i uspokojona, postanowiłam pójść do parku. Przecież wrony nic mi złego nie zrobią. One mnie lubią. Do plecaka włożyłam komputer i książki. Szłam niewielką, zacienioną uliczką Mokotowa, gdy nagle kątem oka zobaczyłam strumień, usłyszałam chlupot i plask. Gdy na włosach poczułam ciężar a na nogach wilgoć, wiedziałam już, co się wydarzyło. Kilka metrów dalej wylądowała bardzo zadowolona z siebie wrona.

Deskorolka

Słoneczny dzień. Niewielka ulica wielkiego miasta. Przede mną idą dwaj chłopcy, na oko z liceum. Jeden z nich jedzie na żółto-zielonej deskorolce. Niespiesznie odpycha się kolorowym trampkiem od szarego chodnika. Nosi spodnie krótkie, zawinięte modnie. Drugi zebrał ciemne włosy w kok. Dżinsowe, workowate spodnie wiszą mu u kolan. Gdy zwraca się w stronę przyjaciela widać przeciwsłoneczne okulary.
– Bo wiesz – tłumaczy – gdy się na nią patrzy, ona ma taką niepewność w spojrzeniu.
Towarzysz kiwa głową, ale odpowiada dopiero po chwili:
– Bo to jest chyba taki typ, którego nikt nie słucha.
Chłopcy milkną i podążają dalej w zamyśleniu. Jeden idzie a drugi jedzie powoli na desce.

Czułość

Po drugiej stronie biurka siedzi szczupły mężczyzna około pięćdziesiątki, ułożony na wygodnym, miękkim fotelu w pozie swobodnej. Mężczyzna powieki rozwiera tylko troszkę. Jego twarz wyraża po trochu rozbawienie, znudzenie, czułość i zniechęcenie.
– A zatem, co panią do mnie sprowadza? – pyta powoli jednocześnie wzdychając.
– O, tu, na zdjęciu – pokazuję palcem badanie – widać zmiany w kręgosłupie. Chciałam się dowiedzieć, czy one są poważne.
Lekarz patrzy na mnie badawczo nie unosząc powiek ani o milimetr, za to lekko przechylając głowę na prawo.
– Mówi pani, że widać je na zdjęciu?
– Na zdjęciu – potwierdzam – i w opisie.
– Proszę pani, w pewnym wieku, pani wieku, kręgosłup nie może być już w stanie idealnym. I dlatego ja nigdy nie pozwolę sobie zrobić zdjęcia kręgosłupa. A pani objawy… – ciągnie po chwili przerwy – Cóż mogę powiedzieć? Jeśli ma pani pecha, mogą być początkiem poważnej choroby.
– Naprawdę? – pytam zaniepokojona.
– A jeśli ma pani szczęście, no to nie.
Na jego twarzy jest już tylko czułość:
– Niech pani sobie nie da wmówić, że jest chora.
Mężczyzna podrywa się z energią, o którą nikt by go nie podejrzewał i ściska mi dłoń na pożegnanie.
– Powodzenia – mówi i przyjmuje na fotelu pozę swobodną z lekko znudzoną miną.

Klamerka

Tę klamerkę odnalazłam niedawno. Przypadkiem. Zwykle dzieje się to przypadkiem. W czasie nudnej kolacji przebiega się palcami krawędź stołu. Palce schodzą coraz niżej i szurają od spodu po desce. Wreszcie można już czymś zająć ręce. Klik, klik. Szczęśliwie od rozpinania klamerki pod stołem mebel się nie rozjeżdża i kolacja nie zapada się razem z obrusem pomiędzy deskami. Inaczej niż to zapięcie, które mam na myśli. Odkryłam je pewnego dnia, jak już wspominałam, przypadkiem. Nie zdawałam sobie sprawy, że może w tym miejscu tkwić. Nie miałam pojęcia, że w ogóle może istnieć. Położyłam policzek na dłoni. Palce sięgnęły zwieńczenia szyi. Robi się tak, gdy przychodzi chwilowe zwątpienie. Wydaje się wtedy, że jest lżej, gdy ciężar czaszki powierzy się. Człowiek nie czuje się wtedy sam. Że jest to iluzja nie ma wielkiego znaczenia. Skoro pomaga. Klamerka była twarda, zimna. I taka… Jakby to określić? Dotykalska. Ona chciała zostać złapana i chciała zostać otwarta. Pod palcami zrobiła szybkie „klik”. Jeśli ktoś odnajdzie moją głowę, proszę nie kopcie jej.

Tylko tyle

Kładąc się do łóżka Vader postanawia zdjąć buty. Niesypianie w butach, jak sądzi, uprości wiele spraw. Na bosaka trudno wejść w sen zbyt głęboko. Gdy sen jest wyboisty można przystanąć na jego krawędzi i zaglądać do środka bez dotykania. Vader więc zasypia, przystaje i patrzy. Nie brudzi sobie stóp ani ich nie rani. Tylko skąd rano na piętach biorą się pęcherze? Skąd pochodzą odciski? Vader nie rozumie. Postanawia więc, tak na próbę, założyć buty i zasnąć. Przykrywa się kołdrą, krótką chwilę przewraca z boku na bok. Gdy pojawia się sen, Vader wchodzi w niego głęboko i przez długi czas zwiedza jego najodleglejsze zakątki. Rano ogląda stopy i rzeczywiście odcisków na nich nie ma. Ale snu Vader też nie pamięta. Może więc nie Vader odciska się we śnie, lecz sen odciska się na Vaderze? Vader nie zna odpowiedzi. Rozumie niewiele. Tylko tyle, że w pewnych sprawach wyboru nie ma.

Kosmos

Kawiarnia. Staję przed drzwiami toalety i błagalnie patrzę na klamkę. Nieruchomą, choć zaklinam ją w myślach. Przede mną stoi wysoki mężczyzna. Ma włosy jasne, ciut dłuższe. On też czeka. Wiem, bo w różnych kawiarniach różne drogi prowadzą do toalety. Są korytarze, w których można się ukryć, są obszerne łazienki, gdzie można bez ostentacji poczekać na swoją kolej. My, czyli wysoki pan i ja, stoimy na środku sali, pomiędzy stolikami. Żadne z nas ukryć potrzeby nie zdoła. Jest ona oczywista z powodu miejsca i oczywista z powodu kroków, które wykonujemy obydwoje. Kroków przyspieszonych, nerwowych, które donikąd nas nie prowadzą. Patrzymy na siebie zawstydzeni, lecz nagle na środku kawiarnianej sali zaczynamy rozmawiać.
– Jest tylko jedna – mówi on i uśmiecha się.
– Tylko jedna – odpowiadam głosem wyrażającym żal.
– A gdyby były dwie – mówi on – kolejka posuwałaby się znacznie szybciej niż dwa razy.
– Naprawdę? – odpowiadam – to ciekawe.
– Tak – mówi triumfalnie – wykonano specjalne obliczenia matematyczne, żeby tego dowieść.
Śmiejemy się do siebie i nagle znika upokarzająca sytuacja. Ja dzielę się toaletowymi refleksjami, bo latamy w kosmos, tacy jesteśmy rozwinięci technologicznie, lecz przy podstawowej potrzebie, jaką jest przepełnienie pęcherza, jesteśmy bezradni. On kiwa głową, nawet zapisuje powyższe zdanie.
– Bo wiesz – mówi – ja się zajmuję pisaniem.
Nagle tyle nas łączy. Dobrze się znamy i dużo o sobie wiemy. Nie czekam już ja i on, lecz czekamy my. Wymieniamy poufałe spojrzenia, informacje z życia. Widzę, że on ma oczy szare. Stoimy zwróceni ku sobie. Wciąż dręczeni fizyczną potrzebą podrygujemy jakby mniej nerwowo.
W tej samej chwili porusza się klamka i zwalnia się toaleta. Mężczyzna znika za jej drzwiami. Ja nie czuję się wcale samotna, bo przecież wciąż łączy nas wspólna historia, wspólne doświadczenie, rozmowa, proces poznawania się, który raz rozpoczęty nigdy się już nie cofnie. Uśmiecham się na myśl o toaletowym porozumieniu. Czekam na moment ponownego spotkania. Słyszę skrzypnięcie, więc podnoszę głowę. Z WC wychodzi on. Jest spokojny. Patrzy w bok, mija mnie bez słowa i siada przy stoliku na końcu sali. Pije kawę i odwraca stalowe oczy w stronę okna. Teraz ja wchodzę do toalety i spuszczam wodę.

Poranek

Poranek słoneczny, ale w metrze lampy. Pasażerowie pachnący, bo godzina wczesna. Perfumy wędrują za nimi. Wsiadam do wagonu i wyjmuję książkę. Blisko mnie stoi dziewczyna. Niewysoka, włosy ciemne, długie, bluzka biała opina się na niedużych, zgrabnych piersiach. W szybie widzę jej wzrok. Jest w nim pożądanie. Tylko, że dziewczyna nie patrzy na mnie. Wygląda jakby chciała wessać moją książkę. Przyglądam się kartkom w kolorze ecru. Materiałowa zakładka dobrana jest do beżowo-szarej barwy obwoluty. Złote litery tworzą na niej delikatny wzór. Kobieta pyta czy na chwilę może. Niechętnie oddaję książkę z nieszczerym uśmiechem. Wolałabym jej nie wypuszczać z dłoni. Ona chwyta ją w obie ręce, z namaszczeniem unosi i gwałtownie wgryza się zębami w okładkę. Pożera ją łapczywie. Okruszki zlizuje z ust i brody. Szaro-beżową zakładkę oddaje mi szepcząc nieśmiało:
– Dziękuję.

Warsztaty w Woli Mysłowskiej

Prawdę widziałam wczoraj. Najpierw za Garwolinem leżała Nowa Prawda. Gdy przeminęła Nowa, zaczęła się Stara. Tylko, co z tego, skoro obie skończyły się bardzo szybko. Samochód nie zdążył się na dobre rozpędzić i żadnej prawdy wokół już nie było. Przez chwilę były tylko piękne lasy, pola, słońce świeciło i w gniazdach siedziały bociany, które chyba już karmiły młode. Z dołu białe głowy ptaków wyglądały jak kamery. Ale to wcale nie była prawda, bo ona była wciąż jeszcze przed nami. Droga prowadziła do Woli Mysłowskiej. Na środku wsi stała biblioteka. Z okolicznych szkół zjechali do niej uczniowie na konkurs recytatorski.
Siedziałam pod drzwiami czytelni, czekałam na spotkanie i słuchałam jak uczniowie deklamują wiersze o Wiśle. Czasem któryś wyszedł przećwiczyć tekst a potem wracał do sali na występ szepcząc, że przecież jakoś to będzie i że na pewno będzie dobrze. I było. Czasem któryś się przejęzyczył, czasem zapomniał właściwego słowa, ale każdy we wczorajszym konkursie wygrał. Naprzeciwko uczestników, na widowni, siedziały dumne z nich nauczycielki i zachwycone występem bibliotekarki.
A potem, w czasie wspólnych warsztatów, uczniowie stworzyli piękne nowe historie o Wiśle. I potrafili zrobić rzecz najtrudniejszą, wymyślić nowe opowieści nie odrzucając starych. I taka właśnie jest ta wczorajsza prawda, która dzisiaj wcale się nie kończy.

Gorąco dziękuję Gminnej Bibliotece Publicznej w Woli Mysłowskiej za zaproszenie na spotkanie z młodzieżą i Agencji Autorskiej Zetzet za opiekę agencyjną.

Cudowne są te podróże po Polsce.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Warsztaty w Piszu

Wczoraj w Piszu było tak. Najpierw jechałam metrem i denerwowałam się, czy zdążę na pociąg. Zdążyłam. Potem jechałam pociągiem i martwiłam się, czy zdążę na autobus. A potem jechałam autobusem i martwiłam się, czy zdążę do Piszu na czas. A potem martwiłam się, czy dobrze wypadnę w bibliotece. I martwiłam się, czy powiem to, co należy i czy powiem to jak należy. A potem dojechałam na czas i w trakcie warsztatów o symbolice wody, rzek i Wisły, uczniowie klasy szóstej, szkoły podstawowej nr 2, wymyślili tak piękne historie, że zrobiło mi się wstyd. Bo wcześniej myślałam tylko o sobie a tak naprawdę liczą się tylko dzieci. Dzieci są świetne!

Dziękuję Miejsko- Gminnej Bibliotece w Piszu za możliwość spotkania z dziećmi, dzieciom za piękne historie, i nieodmiennie Agencji Zetzet za wspaniałą opiekę agencyjną.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Warsztaty wiślane w Czyżewie

Skład dojeżdża. Drzwi się rozsuwają, z pociągu „Leśmian”, relacji Białystok – Warszawa, wysiada tłum. Na peronie gromadzą się już podróżni do Łodzi. Ja czekam w korytarzu wagonu na swoją kolej. Widzę schodki, robię krok… I w jednej chwili spełnia się koszmar pasażera PKP, czyli potykam się, przewracam i wpadam nogą w czarną szparę pomiędzy peronem a wagonem. Do góry nogami widzę pobladłe twarze. Jedna z kobiet wyciąga mnie za łokieć z dziury i pomaga wstać.
– Czy wszystko w porządku? – pyta – Dobrze się pani czuje?
– Tak, dziękuję. W porządku – odpowiadam i odchodzę zawstydzona śmiejąc się z siebie w duchu, że taka jestem niezdara. I nagle przypomina mi się dziewczynka, która kilka godzin wcześniej, w czasie warsztatów w Czyżewie, poświęconych symbolice wody, legendom i potworom Wisły, podniosła rękę do góry:
– A ja, proszę pani, słyszałam, że w wodzie mieszkają takie stwory, co potrafią złapać za nogi i pociągnąć w dół, że się człowiek topi.
I już wszystko wiem i rozumiem. Bo dziewczynka miała rację. Skoro istniały stwory rzeczne, które potrafiły za nogi złapać, muszą też istnieć potwory dworcowe, demony pociągowe, jakieś torzaki rdzawe, które mnie dziś za łydki w dół ściągnęły.

Bibliotece Publicznej w Czyżewie pięknie dziękuję za miłe zaproszenie i możliwość spotkania ze wspaniałymi dziećmi, a Agencji Zetzet wdzięczna jestem za troskliwą opiekę agencyjną.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial