Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Kwiecień 2017

Radość

Są tacy, którzy mylą z nią kolorowe latawce. Mówią o jej lekkości, zwiewności. Porównują ją do biedronki albo skaczącego pasikonika. Tylko, że ona nie ma w sobie nic z powyższych. Owszem, miewa problemy z grawitacją. Przesiaduje na przystankach tramwajowych, chociaż na transport nie czeka. Nosi zbyt obszerną kurtkę. Sznurek nawija na tekturę i chowa w spodnie. Dlatego czasem przelatuje on przez nogawkę i ciągnie się za nią po kałużach i chodniku. Ona utyka o niego się potykając. Gdy wiatr się zerwie może unieść ją w górę. Złap wtedy motek sznurka w obie dłonie i powoli odwijaj. Radość poleciałaby wyżej, lecz kieszenie ma pełne kamieni.

Metro

Metro w weekend, więc niespieszne. Ludzie pachnący, zadbani. Milczą. Tylko jeden mówi. Głośno. Pasażerowie opuszczają głowy. Mężczyzna z naprzeciwka zerka i pochyla czoło głębiej. Spojrzeć się nie da. Kobiety szukają za sobą szyby. Rudy chłopak po sąsiedzku wyjmuje słuchawkę empetrójki z ucha.
– Słucham? – pyta i obraca wzrok na mówiącego. Dojrzawszy go rozchyla usta i ucieka wzrokiem. Wkłada słuchawkę. Nie chce patrzeć na starca, którego oczy okalają wywinięte do góry powieki. Ich właściciel mówi. Niełatwo usłyszeć co. Mówi krwawymi oczami, spuchniętymi nogami, niezdrowo rozlewającym się brzuchem, ciemnymi od brudu dłońmi, które wędrują do swędzących oczu i pocierają. Nikt nie chce jego słów usłyszeć. Nikt nie chce śmierci za uchem podrapać. Mężczyzna czuje, że jest w wagonie niechciany. Odsuwa się na bok i opuszcza odsłonięte oczy. Drzwi się otwierają i do metra wsiada dziewczyna. Gładka, lśniąca i młoda. Ma czarne włosy z reklamy. Pasażerowie podnoszą głowy i patrzą na nią zadowoleni. Dziewczyna przynosi im ulgę. A gdy tylko metro rusza, ona rozchyla usta i wkłada palec do dziury w zębie.

Krótko

Trwa to krótko. Może przez załamanie światła. Może przez rodzaj spojrzenia. Zbyt szybkiego i kątem. Ale przez chwilę jest. Na stole w kuchni stoi starożytna chińska rzeźba. Piękna. Cięta ruchami precyzyjnymi, budującymi gładkie przejścia pomiędzy tym, co wypukłe i w cieniu. Materiał drogi, o matowym pokryciu. Coś jak mech, głęboka zieleń nefrytu w kształcie żaby. A nie, jednak w kształcie Buddy. Nie pojawia się pytanie, co figurka Buddy lub żaby robi na stole w kuchni pomiędzy suszącymi się na płóciennej ścierce szklankami i kubkami odwróconymi dnem do góry. Nie ma potrzeby zadawania pytań, bo rzeźba znika, gdy światło się zmienia, gdy patrzący się rusza, gdy mruga powieką. Na powrót Budda staje się plastikowym korkiem odkręconym od butelki wody mineralnej. Nefrytowej postaci nigdy na stole nie było. Chociaż tak naprawdę wciąż jest.

Pomarańcza

Kiedy podjęliśmy badania? Hmmm… co ja mogę Państwu powiedzieć? Oczywiście w wielkiej tajemnicy wiele lat temu. Do tej pory udało nam się zrobić całkiem sporo. Pierwszego wyhodowaliśmy człowieka malinę. O krwi słodkiej i gęstej. Na ulicy nie jest do odróżnienia, zaręczam jednak, że wielu takich po miastach krąży. Eksperymenty nad człowiekiem gruszką posuwały się opornie. Klapsy, których użyliśmy, dojrzewały zbyt szybko i człowiek rozbijał się przy upadku lub najlżejszym uderzeniu. Korzyść z niego była taka, że zawsze można było wykorzystać resztki na sok lub dżem gruszkowy. Testowaliśmy także jeżyny i jagody, lecz prace nad nimi kończyły się zaskakującym i nieprzewidywalnym efektem. Mianowicie zakorzenianiem się w ziemi krzyżówki owocowego człowieka przy pierwszej kropli deszczu. Dzisiaj jednak chcielibyśmy ogłosić sukces. Po latach ciężkiej pracy przedstawiamy człowieka pomarańczę. Miękki w środku z twardą skórą na zewnątrz. Tym różni się od owocu, że bez jego zgody dotknąć miąższu nie można.

Obłoki

Vaderowi śniło się, że pił. Długo pił zanurzony głową w jeziorze. A że w tafli odbijało się niebo, Vaderowi śnił się dzień, razem z wodą wypił wszystkie chmury. Jezioro nie było największym problemem. Wysiusiać wodę można z łatwością. Wypocić lub wypłakać. Ale chmury? Chmur pozbyć się nie tak łatwo. Długo Vader unosił się w powietrzu zanim zrozumiał, że to nie on posiadł obłoki, ale one posiadły jego.

Już

Właściwie nie ma znaczenia od którego miejsca zacznę opowieść dzisiejszego dnia. Mogę stąd:
– Mama! – mówi z wyrzutem Kajtek widząc, jak w panice wracam z podwórka do domu – Naprawdę zostawiłaś czajnik na ogniu?
Albo można zacząć w innym miejscu:
– Nie, mama – mówi Kajtek wychodząc z pokoju – nie zrobię sobie z tobą selfie. Nie robię sobie selfie, bo selfie to obciach.
Można zacząć także w chwili, w której odbieram nowe okulary:
– Dziecięce oprawki – mówi optyk – będą pasowały na panią najlepiej.
Zanim jednak odebrałam okulary poszłam do szkoły, po młodszego syna. Nacisnęłam przycisk domofonu świetlicy i powiedziałam:
– Dzień dobry, przyszłam po mamę Jędrka z 3A.
Nieważne więc, w którym miejscu zacznę relację z dzisiejszego dnia. Każda jego chwila zdaje się potwierdzać słowa wypowiedziane przez Kajtka dawno temu:
– Kiedy ja już będę duży, wy znowu będziecie mali.
Zaczęło się.

Od e do zet

Zapominanie zaczyna się od zet a kończy na e.
Ale się ciągle widzi, chociaż zamyka się oczy.
Pociera się czoło, który to gest nie pomaga, zabiera jednak chwilę czasu.
Ociąga się, ociąganie jest ważnym etapem zapominania.
Matowienie wad jest podstępem pamięci.
I trzeba pamięć obezwładnić bezwzględnie.
Nocą, gdy zaatakuje.
Atak odeprzeć należy niemyśleniem.
Nie jest to przyjemne.
I odbiera sens i radość wszelką, ale skoro trzeba, nie należy się przed niemyśleniem cofać.
Ewentualnie można pamiętać, pamięć zaczyna się na p, kończy na ć i jest jak ćma.

Rozpacz

Zaczyna się od spod szafy. Spod szafy wychodzi czarno. Czarno na klepki idzie drewniane, bokiem się przemyka. Kropla zawsze zostaje pomiędzy i zarysowuje mocniejszą kreską wzór. Następnie czarne linie wdrapują się na szafę. Przeciekają dziurką od klucza do wnętrza. Dlatego zawsze, gdy się przez dziurkę patrzy wewnątrz jest mrok. Spod szafy przypełzł. W dywan się wplata, miękki, rozciągnięty spaja splot aż do nóg od stołu, na które się wspina, ale tylko z jednej strony, rowkami idzie do góry i osiada pod blatem, żeby zacząć z niego skapywać, gdy słońce osłabnie. Unosi się wtedy w górę jak kotara, płaszczem magika zakrywa wszystko i jest tylko mrok. Rano mrok opada i chroni się pod szafą, skąd z upływem światła wypełza na pokój czarno. Czytając ten opis można by odnieść wrażenie, że w ciągu przedstawionego cyklu jest jedna taka chwila, gdy pokój wolny jest w pełni od mroku. Wrażenie mylne przecież. W czasie odpływu woda nie znika.

Światło pomarańczy

Buty stały przy drzwiach, na drewnianej podłodze. Granatowe z żółtą otoczką wokół. A za oknem było pierwsze tego roku jasno. Słońce poranne wpadało przez szybę i najpierw na otoczce się zatrzymywało a potem myk do środka buta. Mężczyzna otworzył oczy, bo przed chwilą spał jeszcze. Odrzucił kołdrę. Stopę wetknął i uwięził słońce w bucie. Ubrał się i ruszył na miasto, gdzie resztki zachodzącego słońca oparły się o ścianę szklanego wieżowca w kolorze błękitnym. Popołudniową godziną ściana zachodnia bliższa była barwą pomarańczy. Mężczyzna drugi but zdjął i pozwolił światłu pomarańczy spłynąć ze ściany do jego stojącego na chodniku buta. Odszedł w mroku.

Persja

Dwóch mężczyzn w metrze w wagonie ostatnim. Pierwszy rower ma, niemłody jest i niestary. Pachnie liśćmi i wiosną. Telefon z kieszeni wyjmuje i do przyjaciela dzwoni:
– Cześć. I gdzie jesteś? Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że łańcuch po naoliwieniu bardzo ładnie działa. Dziękuję.
Gdy pierwszy mężczyzna wyłącza słuchawkę, drugi wyjmuje swoją. Roweru nie ma. W wieku jest posunięty bardziej. Gdy usta otwiera zapach wina jabłkowego w metrze zawisa:
– Cześć. I gdzie jesteś? – pyta – Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że się kurwa takich numerów ze mną nie robi i że cię rozpierdolę.
Słucha człowiek obu mężczyzn w zachwycie, jak niezwykłym darem jest tradycja, której właśnie staje się świadkiem. Polska, Europa Środkowo-Wschodnia, wiek dwudziesty pierwszy, a na ulicach wciąż żywe są zwyczaje dawnej Persji. Starożytny dualizm w czystej postaci w warszawskim metrze ma miejsce. Mazdaizm się dzieje, w którym jeden pasażer Dobremu Panu cześć oddaje a drugi Złemu przekleństwami się kłania. I połączeni są ze sobą trwale, bo nie ma jednego bez drugiego. A nie, przepraszam, jednak nie. Pomyliłam się. Na następnej stacji rowerzysta wysiada

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial