Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Luty 2017

WKD w słońcu

Wczoraj. WKD w słońcu. Do wagonu wsiadają trzej mężczyźni. Gdzie tam wsiadają! Wskakują, nogi rozstawiają. Czapki z daszkiem zsunęli sobie na tył głowy. Miny mają zadziorne. Nie idą, lecz biorą przestrzeń w posiadanie. Siadają nie inaczej. Nogi szeroko, że się spodnie opinają na udach. Siła i męskość. Przechylają się, krzywią twarze i kręgosłupy. I wtedy pociąg zatrzymuje się. Z głośnika słychać głos:
– Stacja Reguły.
Mężczyźni prostują się, łączą nogi i wstają.
– Ty – mówi jeden do drugiego i trzeciego – a my to w ogóle jakieś bilety mamy?

„Nikt nas nie upomni”

– Dla mnie życie nie jest tylko zabawą – mówi dziewięćdziesięcioletni Jędrek.
– Mama! Ja nie mam dziewięćdziesięciu lat! – krzyczy Jędrek.
– A, to przepraszam.
I tak dyskutujemy już od rana, od chwili, gdy rozerwaliśmy kopertę wokół pięknej książki Agnieszki Wolny-Hamkało, ilustrowanej przez Ilonę Błaut. I wciąż nie jesteśmy co do życia zgodni.
– Jesteśmy, czy nie jesteśmy? – pyta Jędrek.
– Nie jesteśmy, bo ja uważam, że trzeba wychodzić poza ramy.
– Ja też – mówi Jędrek – ale nie aż tak.

Nikt nas nie upomni, Agnieszka Wolny-Hamkało, Ilona Błaut, Wydawnictwo Hokus-Pokus.

Tygrysy

Tygrysy mają jednego pana i każdego ranka budzą się z nim w łóżku. Światło spomiędzy zasłon mruga w karmelowej sierści. Są dwa, więc szram jest osiem. Może dziewięć. Czasem szesnaście. Zależy od poranka. Zaczynają od lewej lub od prawej nogi. Od stopy lub łydki. Pan ubiera się. Buty wciąga dwa lub jeden. Na prawą lub na lewą nogę. Zależy od poranka. Złota klamra obroży wymaga pochylenia pleców. Spacerować można w prawo nogą prawą lub w lewo nogą lewą, w jednym lub drugim bucie. Albo na odwrót. Zależy od poranka.
– Przy nodze – mówi pan. Tygrysy luzują smycz. W bramie parku pan ma już jedną rękę. Drugą bez dłoni lub tylko do łokcia. Zależy od poranka. Spuszcza zwierzęta ze smyczy. Chybocze się na jednej, chociaż częściej nie ma ich obu. Leżąc na chodniku dłonią rozpina karabińczyk. Pierwszy i drugi. Dłonią lewą lub prawą. Zależy od poranka. Tygrysy cieszą się trawą. Po betonie chodzić tygrysom niemiło. Cieszą się po betonie nie chodząc. Biegną przed siebie, karmelowe wśród źdźbeł. Maleją i nikną szczęśliwe. Potem rosną i w biegu rzucają się na pana. Wyrywają mu wątrobę lub najpierw trzustkę. Zależy od poranka. Miażdżą twarz mu i pazurem zahaczają serce. Dopóki bije miło jest turlać je po chodniku lub staczać po pochyłości. Oblepia się piaskiem i trawą. Lub trawą i liśćmi. Zależy od poranka. Zwierzęta gonią je i odskakują. Zjadają od razu bądź nie. Zależy od pranka. Tygrysy lubią pieszczoty. Mają przecież jednego pana. Niezależnie od poranka.

Czarny golf

Pewnego dnia, zwykle w okolicach wiosny, Vader wstaje rano i niezamierzenie przydeptuje sobie drugą stopę. Całkiem niechcący przycina palec i może nawet zaczepia o drzazgę wystającą z kuchennych drzwi. Zdarza się nawet, że dzieje się to wszystko na raz. Im więcej niezamierzonych punktów zaczepienia tym lepiej. Może zahaczyć uchem o klamkę, powieką o lampę, ustami o twoje usta. Zaciskają się. Zagryzasz i ciągniesz. Skóra Vadera schodzi gładko jak czarny golf. Zakładasz go i wychodzisz, bo wiosną niebezpieczne są przeciągi.

Resztki miodu

Metro rusza i trzeba szybko znaleźć dla siebie miejsce. Pora taka, że pustawo, jednak wszystkie fotele zajęte. Stanąć więc nad kimś należy. Starsze panie w beretach, młodzi, szczupli mężczyźni. Dwie nastolatki. Najbliżej drzwi mężczyzna z zarostem. Czerwoną kurtkę zapiął wysoko. Do niego ciągnie. Staje się więc nad nim i wącha, bo zapach się wokół niego unosi miodowy. Miód, wosk pszczeli. Jakby prosto z pasieki jechał i jeszcze palce miał utytłane. Oczywiście nie może mieć palców w miodzie. Zresztą nie widać ich, bo mężczyzna trzyma je schowane w luźnych rękawach kurtki. Kurtka czysta. Żadnych resztek. Tylko ten zapach jak z ula. Metro jedzie. Prawie puste, pasażerowie zapatrzeni gdzieś indziej. I właśnie wtedy mężczyzna dłoń z kurtki wysuwa. Do ust unosi. Resztki miodu językiem zlizuje. Rozpina kurtkę i drapie się po porośniętym brunatną sierścią brzuchu czarnym pazurem wyrastającym z niedźwiedziej łapy. Metro zatrzymuje się, mężczyzna wstaje. Kurtkę szybkim ruchem zapina i łapy w czerwone rękawiczki chowa. Zapachu miodu znika razem z nim. I nie wiadomo kto kogo i po czym podrapał.

Słona opowieść

Czasem zdarzają się takie cudowne sytuacje międzyludzkie. Sklep w porze obiadu. Ja zdyszana. Na policzkach rumieńce. Wbiegam truchtem między półki. Dobiegam do lady i kładę na niej dwie torebki soli kuchennej. Za ladą chłopak, ładny, ciemnowłosy, w zielonej, firmowej koszuli. Patrzy na sól a potem na mnie. Ja patrzę na niego a potem na sól. I znowu na niego. On na mnie. On się uśmiecha. Ja się uśmiecham, bo wiem, że on wie. Stoimy więc w mojej kuchni. Na ogniu garnek. Paruje woda. Na stole w salaterce sałatka z naciowego selera, pomidora i ogórków kiszonych, wypełniających mieszkanie kwaśnym zapachem. Sałatka niesłona. W garnku woda słodka. Uśmiechamy się do siebie ponad ladą i ani jedno słowo nie pada między nami. Soląc już zawsze będę myślała o nim.

Upadłam

Ileż czasu się nad tym zastanawiałam. Iluż lekarzy odwiedziłam, ileż badań. Moja krew wpływała do laboratoriów strumieniami. I nic żadnej odpowiedzi. Lekarze kiwali się tylko nad wynikami. Chwiali się niepewnie. Wysuwali dłonie z kieszeni fartuchów. Drapali po rozczochranych włosach i nieogolonych ze zmartwienia policzkach:
– Upada – mruczeli rozkładając bezradnie ramiona – upada, ale my nie wiemy dlaczego.
Aż pewnego dnia przeczytałam o pewnym dębie wyciętym zgodnie z nową ustawą o wycinaniu. O dębie starym i wspaniałym. I wszystko zrozumiałam. Nie zwykłe drzewo, lecz kosmiczny dąb urżnęli. Dąb ze starych mitów, który świat spajał, słup wokół którego u zarania wszystkiego wszystko wyrosło. To nie ja się kiwam. To świat upada.

Zawody

Marzy mi się taki wyścig. Na stadiom wychodzą lśniący od oliwy zawodnicy. Ustawiają się na bieżni. Twarze mają skupione, mięśnie rozgrzane. Do biegu. Pochylają się. Gotowi. Prostują plecy. Start. Huk pistoletu. Na jego znak zawodnicy odwracają się do siebie i podają sobie dłonie. Ten z numerem pierwszym podbiega do tego z numerem szóstym. Rzucają się sobie na szyje. Numer drugi głaszcze po głowie numer trzeci a numer czwarty słucha z zapamiętaniem opowieści piątego. A potem przekazują sobie pałeczki i następuje wymiana. Numer piąty słucha z zapamiętaniem opowieści czwartego. Trzeci głaszcze drugiego. Pierwszy z szóstym rzucają się sobie na szyję. Szósty z piątym rzucają się sobie na szyję. Pierwszy z czwartym wymieniają się opowieściami. Drugi z trzecim się całują i rzucają się na szyję piątemu i szóstemu. Piąty z szóstym opowiadają czwartemu, który wsparty stoi na pierwszym. A bieg się dopiero rozpoczął i mety nie widać. Takie zawody mi się śnią.

Pod płaszczem

Dzień był szary. Z chodników szarość wędrowała na schody. Wspinała się i schodziła zajmując miasto w pionie i poziomie. Przechodniom wślizgiwała się do półbutów, wciskała pod rajstopy i kalesony, obejmowała majtki. Brody szarzały im i berety. W szarym berecie stał na ulicy mężczyzna. Na wózku inwalidzkim siedziała przed nim staruszka, znacznie bardziej szara od niego, w kapeluszu na głowie, w płaszczu eleganckim, pończochach, półbutach, apaszce szarzejącej. Prawą dłoń wyciągnęła przed siebie i wyprostowała palec. Wózek ruszył.
– Szybciej – zawołała staruszka do szarego mężczyzny – Szybciej! Jeszcze szybciej!
I chociaż wózek gnał, mogłabym przysiąc, że stanik pod płaszczem miała czerwony.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial