Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Styczeń 2017 (strona 1 z 2)

Plamy

Zaczyna się od drobiazgu. Od plamki. Nie plamy właśnie, lecz plameczki ciupeńkiej, którą długopis pomiędzy liniami zostawi. Plama, plamunia rozleje się niespiesznie. Niezauważalnie. Potarta przypadkowo o inny palec na drugą dłoń przeskoczy. Wetrze się w policzek w chwili namysłu, w czoło w momencie zmartwienia, w usta, gdy ziewną. I nie będzie już plameczką, lecz właścicielką, która w posiadanie bierze. Nie tylko skórę. Ślady długopisu przenikają głęboko. Nakrapiają organy. Zarysowują jelita, chlapią żołądek. Kicha się posiniałą śliną, wyciera w mankiet błękitny katar, niebiesko się sika. Gdy już ciało zajęte, splamią się myśli. Coraz więcej kropek wciśnie się pomiędzy. Początkowo subtelnie przecinkiem grubszym, dodatkową kreską, znakiem zapytania. Zniekształcą, rozdzielą, zakrzykną zbyt głośno, przemilczą złośliwie. Zabawią się, lecz jeszcze niegroźnie. Ich celem nie będzie wcale zniszczenie. Niebieskiej dłoni pozwolą napisać. Tylko na końcu imię i nazwisko zamażą.

Manieryzm

Vader nie myślał dużo o starości. Zawsze sypiał prosto. Zapadał w dół na wznak. Nie drzemał skrótami, lecz pod kątem dziewięćdziesięciu stopni śnił. Bez szpar ostrych niedomkniętych się zamykał. Rozwierał na sto osiemdziesiąt. Symetryczne konstrukcje snu nadbudowywał na planie centralnym. Dzisiejszej nocy jednak sen okręcił się wokół własnej osi, poszedł w szkodę po skosie i na krzywy ryj. Vaderowi w głowie się zakręciło, wpół złamało i figurą serpentinatą nad ranem przebudziło. Po przekątnej do łazienki poszedł i lewą stronę muszli aż po podłogę zalał.
– Epoka klasyczna się skończyła – westchnął – Manieryzm trwa.

Chustka

Drzwi skrzypią, klamka chodzi. Bóg mokry parasol o ścianę opiera i ubłocone buty w kałuży ustawia. W wilgotnych skarpetkach do pokoju idzie i za stołem siada, bo głodny. Ramiona daleko wyciąga i niebieski obrus gładzi, żeby fałd nie było. Marzy mu się zapach kartoflanki, więc przytyka do wazy palce i trzyma aż opuszki pod wpływem ciepła od porcelany odskakują. Ale zupa w niczym nie pomaga, bo bóg nie pamięta. Nie pamięta, jak świat zacząć. Na blat guzik czarny z kieszeni płaszcza wyciąga, szpilkę z łebkiem metalowym i chustkę do nosa. I jak tu z nich ziemię ulepić, żeby jakiś sens miała? Z guzika ją zrobi, to powiedzą, że płaska i dziurawa. Ze szpilki, że się nie wszystkie diabły mieszczą. Ramionami bóg wzrusza i nos w chustkę wyciera. W tej samej chwili z przedpokoju ludzkie głosy dobiegają. Ewolucja błoto z butów z wodą z parasola wymieszała. Patrzy bóg na chustkę, którą w okrągłą kulkę zdążył zagnieść i z żalem do kieszeni płaszcza chowa:
– Następnym razem – mruczy dolewając sobie zupy – następnym razem na pewno się przyda

Jaka była

Po nocach nie śni mi się maszyna przenosząca w czasie. Nie wabi mnie uczestniczenie w historii. Pewnie dlatego, że z tych wszystkich możliwych czas teraźniejszy jest dla kobiet łaskawszy.
– Ewka – mawia ojciec załamując ręce – kiedy indziej już dawno by cię spalono na stosie.
Mąż dodaje:
– Na wojnie zginęłabyś pierwszego dnia.
Po co więc ryzykować? A jednak dzisiaj bym zaryzykowała. Krótka podróż pod Trewir, koniec roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego trzeciego. Wskazówka ustawiona. Zegar rusza.
W powietrzu unosi się zapach spalenizny, którego nie rozwiewa wiatr. Pył osiada na polach i drogach. Za każdym otwarciem drzwi wpada do wnętrza chałupy. W okolicznych lasach drzew jakby mniej. Wchodzę do wioski, w której po obejściach kręcą się mężczyźni. Nie umiem powiedzieć, co czują, domyślam się tylko, że muszą czuć strach. Nie ich jednak szukam. Nie ich strach mnie dziś interesuje. Szukam kobiety. Chciałabym dowiedzieć się, jaka ona jest. Jaka była, że w wiosce pod Trewirem ona jedna procesy czarownic przetrwała. Ona jedna z tej wioski i druga z drugiej. Na trzysta siedemdziesiąt kobiet ostały się tylko dwie.

Niebieski koń

Przykryty niebieską kołdrą chłopiec położył głowę na niebieskiej poduszce. Niebieska kanapa, na której leżał, stała pod ścianą. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający niebieskiego źrebaka. Wcześniej źrebak gnał. jednak zmęczył się gnaniem i zatrzymał, żeby z młodzieńczą dumą stać. Wokół niego niebieszczyła się trawa, błękitniało drzewo, pagórki fioletowiły się i wyrastały w wysokie szczyty. Źrebak spojrzał w dół. Chłopiec także patrzył na niego niebieskimi oczami. Jakiego koloru włosy miał chłopiec w niebieskiej bluzce?

Jelito

Ta stara książka strony ma wygniecione, wytłuszczone i pochlapane żółtkiem. I ślady ma po czarnych palcach oblepionych mąką, bo Vader korzysta z niej codziennie. Mozolnie zapisuje w niej wszystkie składniki. Dwie szklanki mąki, kilo sera, łyżeczka masła. Łyżka śmietany, ćwiartka masła, trzydzieści deko mąki. Cukru pół kilo i jajek sześć w misie rozrobić. I Vader rozrabia. Każdego dnia od nowa miesza ciasto i wlewa do formy. I każdego dnia wysypuje się z niej nie dość zwarty albo nie dość wilgotny, spalony za bardzo, niedopieczony z pewnością, z zakalcem, twardy, aż zęby pękają a czasem lejący zbyt. Kruchy łamie się, rozsypuje w palcach, spada na podłogę i toczy się grudkami brązowymi lub żółtymi, zależnie, czy dzisiaj w przepisie było kakao, pod kuchenną szafkę, gdzie połyka go ślepa mysz.

– Całe szczęście – myśli sobie Vader wędrując przez jelita siwej myszy – gdybym lepiej gotował, już dawno zdechłaby z głodu.

Vader pamięta

Nie jest tak, że Vader zestarzał się, więc nie pamięta. Świetnie pamięta. Wie, kiedy i wie dlaczego. Wie, jak długo. Wie, że w górę i w dół a czasem nawet jednocześnie: w w dół, w górę, w prawo, w lewo, kiedy i dlaczego. Vader wie, że potrafił pójść w każdą stronę i przekroczyć każdą granicę. Wie, że przekroczyłby ją także dzisiaj, ale nie pamięta jak.

Potwory idą w świat

Nowe Peryferie, internetowy magazyn społeczno-polityczno-kulturalny, opublikował na swojej stronie kilka moich opowiadań z cyklu „Potwory”. Towarzyszą im cudowne obrazy Aleksandry Waliszewskiej.
Jedne i drugie można znaleźć tu.
Serdecznie polecam a Nowym Peryferiom pięknie dziękuję.

Aleksandra Waliszewska jest autorką obrazu opublikowanego powyżej.

Hodowla cieni

Błąd początkującego hodowcy jest zawsze jeden. Wyłączenie światła. Tymczasem hodowli od gaszenia rozpocząć nie wolno. Owszem, można. Jednak natura cienia będzie wtedy słaba, zależna od braku, czyli pusta. Prawdziwego, dzikiego i drapieżnego cienia pełnego wielowymiarowych znaczeń elektrycznym spięciem wywołać nie sposób. Nasz cień upragniony istnieje sam w sobie. On się mocuje ze światłem, on je przegania. Swoją mroczną naturę rzuca na wszystko. Błyszczy czarną sierścią zadbaną i wyczesaną. Jest dumą hodowcy. Jednak tylko tego, który nic nie wie o jego istnieniu. Żeby cień wyhodować trzeba najpierw uwierzyć, że go wcale nie ma. Dla początkującego hodowcy rzecz niewykonalna.

Pożeracze surowego mięsa

Cudownie jest czasem nie wiedzieć. Na przykład Eskimosi. O Eskimosach wiedziałam niewiele. Nie miałam pojęcia, że słowo „eskimutsik” oznacza „pożeracze surowego mięsa” i że jest to słowo Eskimosom nadane i przez nich uważane za obraźliwe. Nie wiedziałam, że Eskimosi wolą na określenie swojego ludu inne słowo, Inuit, co oznacza „ludzie prawdziwi”. Nie znałam nazwy, którą dla siebie wybrali i uczuć, które jej nadaniu towarzyszyły. Konfucjusz radził, żeby nazywać rzeczy po imieniu, ale kto decyduje, jakie imię rzeczy nadać. Czy można nazwać się przywódcą albo uczciwym, przegranym, oszustem, dobrym albo złym człowiekiem? Kto decyduje, skoro dla każdego jesteśmy kimś innym? Czasem wolę nic nie wiedzieć.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial