Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Grudzień 2016 (strona 1 z 2)

Jamnik Szekspira

Pan Czesław także chciał być kiedyś aktorem. Urodził się sześćdziesiąt siedem lat temu w Koluszkach i przez całe swoje dorosłe życie pracował w zakładzie kamieniarskim. Wycinał w granicie bardzo ładne litery. Najładniej udawała mu się litera „S”, bo pan Czesław kochał Szekspira. Gdy nikt nie patrzył psu deklamował różne wzniosłe słowa. Pies jamnik wodził za panem oczami i drapał się w ucho, sprawdzając, czy pana dobrze rozumie. Pan Czesław dumny był umierając, że odchodzi w roku 2016 i to wśród największych. To nic, że o jego śmierci nie napisały gazety. Nad jego grobem zaszczekał mu pies:
– „Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
Nędznym aktorem, który swą rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada – powieścią idioty,
Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą”.

Historia czarnego szalika

Historia czarnego szalika wydawała się prosta, jak on. Bo on także był prosty. Dwa boki krótsze, dwa dłuższe. Żadnego karbowania. Forma prostokąta, szlachetna. Gdy spadł na beton, zdmuchnięty przez jakiś rodzaj losu czy przeznaczenia, zwinął się i powykręcał. I nic już nie było proste, bo czy szalik może istnieć bez szyi? Skulił się, zbił leżąc zupełnie bez sensu żałobną wstęgą na jednym z placów dużego miasta. Smutek po sobie. Niewiele można było dla niego zrobić w jego porzuconym chodnikowym życiu. Minąć i zapamiętać. Dostrzec go i użalić się. I iść w miasto, ulicami odnajdując raptem czarne szaliki wszędzie i na wszystkich szyjach. Jakby nagle, pewnego wieczora, każdy mieszkaniec postanowił owinąć szyję takim właśnie. Lub inaczej. Nie każdy mieszkaniec, lecz pamięć po porzuconym czarnym szaliku kazała innym przybrać jego postać, na początku prostą, lecz pod koniec zawsze skomplikowaną.

Szwy

Vader od zawsze miał kłopoty z szyciem. Jeszcze zanim zaczynał szyć, z trudem trafiał nitką do dziury. A gdy już trafił szył ściegiem nierównym nie potrafiąc się zdecydować, czy szyje za igłą czy szyje na okrętkę. Szył więc ściegiem mieszanym. To nerwowo podbiegając fastrygą i stawiając kroki za duże, to kręcąc się w kółko i stawiając niepotrzebne kroki w boki. Zwykle, gdy Vader kończył szycie, okazywało się, że szew trzyma się, ale nic do siebie nie pasuje. Bo nogi przyszyte tył naprzód i zamiast do przodu Vader cofa się w czasie aż do chwili, w której stara się przewlec nitkę przez igielną szparę. Ponieważ cofa się, sam także musi przecisnąć się do momentu, w którym nogi stają gotowe do drogi do przodu. Zmienia wtedy Vader bieg aż do chwili, w której szew trzyma, lecz nogi prowadzą go do początku. On sam ma dwa spojrzenia na sytuację. Jedno, że tym sposobem daleko nie dojdzie. Oraz drugie, że nie powinien się martwić, bo dla nóg chodzących do tyłu, z przodu i tak drogi nie ma.

Nic już się nie zmieni

A dzisiaj kolejna rocznica śmierci Jana Vermeera, malarza, który miał jedenaścioro dzieci, żonę i długi nie mniejsze niż liczba kilometrów stąd do Delft, miasta w którym mieszkał. Malował precyzyjnie i powoli, i tylko to, co sam zobaczył. Pomimo braku ruchu i szaleńczej akcji na jego obrazach, Vermeer stał się nowatorem. Zmysłem obserwacji, wspomaganym przez camera obscura, potrafił zatrzymać na płótnie spojrzenia, które rzucone w wieku XVII trwają dzięki artyście do dziś, chociaż jego dawno już nie ma. I jest dla mnie coś wielce uspokajającego w świadomości, że w sprawie Vermeera nic już się nie zmieni. On na zawsze pozostanie w ukochanym przez siebie świętym spokoju. I nawet mu trochę zazdroszczę.

Obsikał mnie pies

Od kilku tygodni chcę napisać o symbolu nieśmiertelności, o drzewie, którego owoce nigdy nie spadają. Zawsze są dojrzałe i świeże. Nie są młode, nie są stare, są wieczne i na wieki w doskonałej formie zawieszone na gałęzi. I nie umiem. Nie mam pomysłu. Nie potrafię. I myślę sobie, że tak właśnie musiało być. Nie mogło być inaczej. Niemoc jest doskonałą emanacją symbolu nieśmiertelności. Bo taka nieśmiertelność niby jest wieczna, niby ma przeciwdziałać śmierci, ale skoro nie dojrzewa, nie jest kwaśna, nie psuje się, nie gnije, nie spada w czasie burzy, nie moknie, nie nosi w sobie robaka, nie ma zgniecionego boku od upadku z wysoka, nie obsikał jej pies i nie nadgryzł zając, nie może mieć w sobie życia. Nie ma więc za czym tęsknić

Dla Aleppo

Bezsilność jest obezwładniająca. Tymczasem zrobić można naprawdę niewiele. Iść walczyć z Assadem się nie da. Można czytać o eksterminacji miasta, można i trzeba wpłacać na pomoc Syrii. I tyle. I więcej nic. Chociaż właściwie można jeszcze coś. Można pisać. Bo tak się złożyło, że kiedy czternaście lat temu byliśmy, wspólnie z Karolem Jałochowskim, w Aleppo, staliśmy się świadkami narodzenia dziecka. Pierwszego dziecka czterdziestodwuletniej wtedy Sairy i jej męża. Zostaliśmy zaproszeni do szpitala i przypadkowo uczestniczyliśmy w pierwszym dniu życia pewnego syryjskiego chłopca, na którego od dawna z utęsknieniem czekali jego rodzice. Siostry jego matki, zgromadzone w szpitalu, wszystkie w chustach na głowach, popatrzyły na mnie zdziwione i zapytały, czemu płaczę. Odpowiedziałam, że płaczę, ponieważ także chciałabym mieć syna.
– Będziesz go miała – powiedziały z całkowitą pewnością w dwutysięcznym drugim roku cztery siostry. Kajtek urodził się dziewięć miesięcy później. Nie mniej i nie więcej. Często myślę o chłopcu urodzonym wtedy w Aleppo. Zastanawiam się, czy Michael jeszcze żyje. Jeśli tak, ma lat czternaście. Jest o rok starszy od mojego syna. To zbyt wcześnie na wojnę i znacznie za wcześnie na umieranie. Nie umiem pomóc ani jemu ani jego rodzicom, ale mam pewność, że o nim, o Aleppo i jego mieszkańcach zawsze będziemy pamiętać.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Głos

Vader nie głosuje, chociaż by chciał, ale nie umie wydobyć z siebie głosu. Jego głos w nim jest. On to wie. Słyszy go, gdy coś nim wstrząśnie. Grzechocze, ale nie jest do wydobycia. Można oczywiście próbować i Vader stara się do niego dotrzeć zaglądając do wnętrza przez wszystkie szersze i węższe dziury. Jednak w ciemności ciemny głos widoczny być nie może. W świetle mrocznego głosu Vadera tym bardziej nie widać. Jest więc, ale go nie ma. Vader mówi, gdy milczy. Ale gdy już coś powie…

Z jak znak

Słowo „znak” jest słowem niezwykłym, jest pojemne jak worek i można wrzucić do niego nie tylko sztukę, nie tylko pismo, ale także gesty przyjaźni. O rozwoju rysunku, pisma oraz gdzie się w historii spotykały a gdzie od siebie oddalały rozmawiałam z dziećmi w Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr LIV w Warszawie dnia ósmego grudnia 2016 roku.

Zdjęciowa relacja ze spotkania znajduje się na stronach Biblioteki dla Dzieci i Młodzieży nr. LIV

Z łatwością

Mysz kocha się z łatwością. Mysz głaszcze się z miłością, z poczuciem oddania, z wiarą, że jest to jedyna mysz, warta wszystkich dziur tego i tamtego świata. Mysz kocha się przy pomocy poduszki, którą się podkłada jej pod głowę i kołdry, którą się ją przykrywa. Szpilkami przypina jej się łapki, żeby mysz całą noc dobrze spała. Gdyby wstała, mogłaby się przecież nie wyspać. A miłość do myszy uwzględnia dbanie o nią. W zdrowej myszy zdrowy duch. Mysz nie może przy jedzeniu wybrzydzać, grzebać łapą w nasionach lub ogonem. Ogon i łapki przykleja się do stołu butaprenem. Mysz potrzebuje każdego składnika, nawet tego, którego nie chce. Dlatego do karmienia myszy nie używa się łyżki i widelca, lecz rurkę, która prowadzi prosto do żołądka. To nic, że mysi pysk należy spinać zszywaczem. Skarżyć się mysz nie powinna, otoczona jest przecież miłością.

Dżin dla Aleppo

A ja dzisiaj widziałam, jak z warszawskiej biblioteki nr LIV w stronę syryjskiego Aleppo wyleciał dżin opiekuńczy. A wszystko dzięki wspaniałym dzieciom z trzeciej klasy szkoły podstawowej przy ulicy Narbutta, które w czasie moich zajęć o tradycji muzułmańskiej postanowiły niszczonemu wojną miastu dopomóc.

Zdjęciowa relacja ze spotkania, dzięki uprzejmości Biblioteki dla Dzieci i Młodzieży nr LIV w Warszawie.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial