Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Październik 2016 (strona 1 z 2)

Jesienne sianie

Ziemia była ciemna i pulchna. Taka dobra ziemia, którą ściągało się łopatami z ciężarówki od bladego świtu. A potem chodziło się po niej butami i ubijało. We dwóch się szło. Śladów się narobiło sporo, bo w lewo i w prawo się maszerowało. Buty dobre do deptania, szerokie, luźne, na deszcz i na błoto. Ileż się trawników w tych butach obeszło tej jesieni. My, tylko we dwóch. Od samego poranka, a nawet od ciemnej nocy, bo trzeba było sypać jeszcze zanim ruch się zacznie. I w ciszy potem się deptało. Nie było rozmów, tylko się czasem jakieś słowo pojedyncze wymsknęło. Uśmiechaliśmy się do siebie na nie, bo zawsze wyraźnie je słychać było. Przecież innych słów o tej porze żadnych. Cisza. Pracowaliśmy więc we dwóch, łopaty, ziemia, buty. A potem wiosną telefon, żeby przyjechać i popatrzeć, co w tym miejscu, gdzieśmy deptali wyrosło i że niby to nasza wina, pretensje. Patrzymy a na klombach kiełkują dziury niewielkie. Ale rosną, rosną aż miło. W rzędach po jednej równiutko i równolegle równiutko po drugiej. Dziurki na sznurówki pięknie nam się w głąb ziemi wysiały.

Ranuccio

Ranuccio, gdy był mały nie płakał. Nie zostawiał śladów w błocie, gdy podrósł. Nie chorował na różyczkę i na świnkę. Nie pluł, nie przeklinał, nie cudzołożył. Hazardu nie uprawiał. Granie w kości w barokowym Rzymie było zakazane, ale czy od zakazu granie w kości staje się mniej przyjemne? Tylko, że Ranuccio przyjemności nie odczuwał. W kości więc też nie grywał. Bo Ranuccio wcale się nie urodził i można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że Ranuccio wcale nie żył. Bóg mu talentu na miarę Caravaggia nie ofiarował. Nie ofiarował mu talentu na żadną miarę, ale pozwolił mu zginąć z ręki genialnego malarza zamiast życia ofiarowując Ranucciowi śmierć. Na wieki stanie się jedynym punktem w jego życiorysie. I dlatego Ranuccia żal mi najbardziej.

Słowo jest jak worek

Dawno, dawno temu, czyli w zeszłą środę, o słowach, co pojemne są jak worek, o rysunkach odrywających się od obrazu i o znaczeniach, które chowają się za nimi rozmawiały ze mną cudowne dzieci z klasy trzeciej Szkoły Podstawowej nr 85 im. Benito Juareza. A wszystko dzięki wspaniałej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr LIV. Dziękuję!

Dżin

Był opalony, pachnący, ale i trochę zagubiony. Siedział na ławce stacji metra i jadł daktyle.
– Czy mogę pani potowarzyszyć? – zapytał a ja nie zobaczyłam przeciwwskazań. Chodziliśmy cały dzień razem. Odprowadzał ze mną dzieci do szkoły, robił zakupy. Nawet pomógł mi obrać kartofle, oskrobać marchewkę, utrzeć czosnek i posiekać cebulę. Jego włosy pachniały ogniskiem, gdy czytaliśmy dzieciom na dobranoc bajkę. Później rozwiesiliśmy wspólnie pranie a jemu z nogawek sypały się ziarenka piasku prosto na białe kafelki. Wieczorem umyłam podłogę. On w tym czasie przycupnął na rogu kanapy, oparł łokcie na kolanach a policzki na dłoniach i ziewnął szeroko. Przymknął oczy i pozwolił, żeby przyszedł do niego sen, piękny sen o pustyni i dobrych czasach, w których on, pustynny dżin, zamęczał wędrowców swym tańcem, a oni, wędrowcy z karawany, upadali nie mogąc dotrzymać mu kroku. Sen się skończył. Dżin starał się, lecz po całym dniu nie miał siły otworzyć oczu. A w mieszkaniu tyle jeszcze do zrobienia…

Niezbędnik

To się jednak często zdarza, tak często się zdarza, że igłę i nitkę należy nosić zawsze ze sobą. Dnia dowolnego idzie się ulicą i mija rowerzystę. Prosta sytuacja. Miły, serdeczny, wygląda dość spójnie. Stopy na pedałach opiera. Dłonie na kierownicy zaparł. Kręgosłup do ramy ułożył, wzrok kieruje przed siebie, bo cele ma tam konkretne. Przednim kołem po zobowiązaniach szura. Do przodu jedzie ku oczekiwaniom rowerową ścieżką, nie robiąc na niej przerwy. Z rzadka tylko musi zatrzymać się na pasach. Rower hamuje, on nogi na chodniku stawia. Trwa to króciutko. Zaraz na siodełko ciało rowerzysty dźwiga. Nagle płynność ruchów traci. Coś go blokuje, coś mu przeszkadza. O siodełko trwale zaczepia. Szarpie. Szew puszcza, materiał pęka, kieszeń zwisa zniszczona. Rowerzysta zamiera. Zdumiony nic nie rozumie. I w tej chwili właśnie przydaje się igła. Nawleka się ją pędem, biegnie się do niego i od tylnej kieszeni, przez żołądek, śledzionę, przez serce aż po umysł rozbity, zszywa się rozdartą na połowy postać miejskiego rowerzysty. Tylko o supełku warto pamiętać.

Ewa

Wyszłam z pracy na obcasach i w cieniutkich rajstopach, które uciskały te miejsca, które powinny zostać uciśnięte. Spódnica opinała się ciasno i swędziała od kołnierzyka szyja. Szłam krokiem powolnym, było piątkowe popołudnie i światło podkreślało krawędzie. Drzew nie było po drodze wiele. Przy pierwszym rozpięłam kołnierzyk. Przy drugim zsunęłam spódnicę. Szłam wzdłuż ulicy palcami obrywając białe guziki i paznokciami drąc na udach rajstopy. Obcasy porzuciłam na wysokości trzeciego drzewa. Przy czwartym zdjęłam majtki. Obtarłam łydki, brzuch i uda, a gdy się już wspięłam się na drzewo wyrzygałam resztki jabłka. Adam odbierze dzieci z przedszkola. Ja się dzisiaj spóźnię.

Samotność

Nie jest nim linoskoczek, chociaż w pierwszej chwili mógłby się nim wydawać. Wędruje wysoko ponad czarno-białym tłumem. Jego równowaga jest iluzją, nadałby się więc, ale właśnie przez to nim nie jest. Nie jest nim także mężczyzna, który ma stopy tak wielkie, że duży palec dotyka przedniej ściany a pięta ociera o tylną. Siedzi przy stole i łowi widelcem zupę z talerza bez dna. Zupa, chociaż szczegół to pozbawiony znaczenia, jest jarzynowa. On też by się nadawał, lecz także nim nie jest. Dopiero, gdy się go postawi wielkimi stopami na rozciągniętym ponad ludnym targiem sznurze. Dopiero, gdy mu się talerz z łyżeczką w dłonie włoży a jego równowaga zawieszona wysoko na wielkich stopach nie będzie chwilowa, dopiero wtedy będzie go można nazwać symbolem samotności.

Wykłady na Uniwersytecie Trzeciego Wieku

– A czereśnie? – pyta kobieta – co oznaczają na obrazie czereśnie?
– Czereśnie w sztuce holenderskiej są symbolem męki Pańskiej – odpowiadam.
– A orzechy włoskie?
– Orzechy symbolizują Trójcę Świętą.
– Od dziś więc będę – uśmiecha się do mnie pani z wnętrza sali – prosiła w sklepie o pół kilo męki Pańskiej i kilogram Trójcy Świętej.

Uczniowie Uniwersytetu Trzeciego Wieku Fundacji Karan byli dziś wspaniali!

Dzyń

Historia czerwonego dzwonka jest krótka. Dzyń. I już. Więcej nic. Oczywiście pomiędzy „d” a „ń” jest cały wszechświat połączonych ze sobą dźwięków, które brzmią najpierw twardo, potem zapadają się w dziurę, aby na końcu zmięknąć i rozpłynąć się w powietrzu niesione jeszcze hen daleko, może aż do teraz. „Dzyń” nie ma wyraźnego końca, co czyni go głęboką i skomplikowaną strukturą. Ale nie ma także łatwego początku. Przed „d” musiała zapaść przecież decyzja. Palec uniósł się do góry prowadzony przez impulsy kierowane z mózgu. A może nie z mózgu, bo chodnikiem przechodziła właśnie ciekawa dziewczyna, której widok wzniósł wolę rowerzysty i właśnie tak powstało „dzyń”, nie dźwięk już, lecz pożądanie, natura, utajona chęć przedłużenia gatunku. Chyba, że „dzyń” było wołaniem ostatnim, które powstało w chwili, gdy dzwonek spadał z kierownicy roweru na chodnik i leciutko brzdęknął zanim zniknął przygnieciony kołem samochodu. Chyba, że zanim zniknął, podniosła go z jezdni dziewczynka w granatowym płaszczu i gładko spiętych włosach, która następnie robiła dzwonkiem króciutkie „dzyń”, ale za to bardzo wiele razy. Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń aż do chwili, w której ojciec wyrwał córce dzwonek z palców i wyrzucił go przez okno do ogródka sąsiadów, w którym akurat spał pies i to on znalazł dzwonek i chwyciwszy go w zęby zaniósł…

Pinokio

A gdyby tak na historię Pinokia spojrzeć zupełnie inaczej. A gdyby potraktować jego nos jako symbol męskiego przyrodzenia. Za każdym razem, gdy widzi wróżkę o błękitnych włosach jego „nos” wydłuża się. I dzieje się tak do chwili, w której Pinokio przemienia się w grzecznego i zależnego emocjonalnie od wróżki chłopca. Chłopca zmuszonego do wyzbycia się męskich instynktów, który wyrośnie na…? Właśnie nie wiem na kogo nieszczęsny Pinokio wyrośnie. Tak tylko się prowokacyjnie zastanawiam, bo uważam, że mężczyzn należy chronić. Uciekaj, Pinokio, uciekaj!

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial