Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Sierpień 2016 (strona 1 z 2)

wewnętrzneżycielitery

teliterypisząsięsameasamesiępisząbomajądośćniewolniczejpracy
majądośćcudzychmyślicudzychstylówprzeżyćnieswoichiniechcąbyć
jużtraktowaneinstrumentalniechcąbyćpanamikropekpanamispacji
przecinkówioddechówchcąoddychaćwłasnymrytmemidrżećwtedygdychcą
boniechcążebyktokolwiekwprowadzałjewłasnymsensemwdrżeniechcąmieć
senssamewsobieidrżećodwewnętrznegoswojegosensusamegowsobieijeśli
rytacjawprowadziławaswdrżenietowcaleniedrżywwasirytacjaleczwewnętrzne
życieliterywwasdrży

Z jak znak

Z takimi dziećmi przyszłość nie jest nam straszna! A wszystko dlatego, że Biblioteka w Oświęcimiu, miejsce niezwykłe i magiczne, zaprosiła mnie na warsztaty z dziećmi pod tytułem „Z jak znak”. Ich tematem było powstanie pisma i znaki, które nas otaczają, w życiu oraz w sztuce. Na zakończenie spotkania dzieci nadały warsztatom głębszy sens wysyłając Kosmitom znak pokoju. A wszystko działo się pod troskliwym okiem pani Oliwii Brzeźniak, szefowej Centrum Literatury Dziecięcej Biblioteki w Oświęcimiu oraz Zbigniewa Zawadzkiego, czyli Agencji Autorskiej Zetzet. Dziękuję!

Autorką zdjęcia przedstawiającego znak pokoju, czyli pacyfę, jest Oliwia Brzeźniak.

Supełki

Uszyłam dzisiaj koniec świata. Najpierw na filcowej serwetce czarną nitką wyhaftowałam nieskończoność. Potem czerwoną nitką wypaliłam w niej dziurę. Ze spalonego kłaczka ukręciłam kulkę i przyczepiłam do filcu a potem obszyłam ściegiem na okrętkę, żeby ją chronić. Ale wtedy nitka wyślizgnęła się z ucha i jej rozszczepiony koniec nie chciał wleźć z powrotem do igły. Naplułam więc na nitkę i tak rozpoczęło się nowe życie w filcowym wszechświecie. Zielonym pędem puściła się nitka. Wyciągnęła się z czasem i obrosła liśćmi, bo czas też wyszyłam. Gdy praca była gotowa wystające ogonki powiązałam w supełki, żeby oderwać się od siebie nie mogły. Ale szarpały się tak bardzo, że z szuflady wyjęłam nożyczki.

Jabłuszko

Kolorowe koraliki. Pełno ich. W szczelinach leżą, na trawnikach, zagrzebane w ziemi, w pęknięciach płyt. Pyłem przykurzone błyskają nieśmiało, choć każdy jest zaczarowany. Jeden wyczarowuje to a inny tamto. Drugi potrafi zatrzymać to a poruszyć tamto. A trzeci cofnąć umie co poruszył inny i poruszyć, co zatrzymał poprzedni. Potrafią człowieka w górę i w dół przenieść. Ziemię przed nim otworzyć i po lawę wrzucić a potem atmosferę przed nim rozewrzeć jak morze czerwone, tylko że w tym wypadku niebieskie. Do gwiazd nim rzucą i w czarną dziurę wepchną. Oczy mu mgłą zasnują, ale potem okulary mu chusteczką przetrą, wstać z chodnika pomogą, z kurzu otrzepią i dłoń na koniec uścisną. Bo takie te koraliki niezwykłe. I to nic, że gdy się do nich podbiegnie okażą się przegniłą wisienką, uszkiem rozbitego kubka lub wyjedzonym przez mrówki jabłuszkiem. Może i tylko jabłuszkiem, ale zawsze rajskim.

Mechanika uczuć

Wybiera się giętkie. Tnie się je siekierą albo użyna piłą. Ociosuje się, wierzchnie warstwy zdziera, do wnętrza się dochodzi, żeby gładkie, żeby żadnych zadziorów nie było, żeby nie pokaleczyć. Zapachem się przy tym zaciąga a potem dłutem się głębiej wrzyna i się je odsłania. Z pieczą się dopasowuje, układa. Młotkiem się nie dotyka. Ostre kanty gładząc zaokrągla. Dopiero z czasem, gdy się od warunków wypaczy, gdy odstawać zaczyna, gdy niewygodnie, bo uwiera i uciska, wtedy się gwoździem dobija, obcęgami ukręca, na siłę się odgina, aż pęknie. I sznurem na supeł się wiąże. Albo nie. Mechanika uczuć.

Dwie postacie

Pewnej czarnej nocy Vader obudził się w samym jej środku. Wokół niego taki panował mrok, że musiał sam siebie dotknąć, żeby sprawdzić, czy w tej ciemności jest, czy go wcale w niej nie ma. Ponieważ go w niej nie było wstał i zaczął szukać, gdzie też mógł się zapodziać. Szedł ostrożnie tropem snu, który rozsnuł się pomiędzy ciemnością. Najpierw był czarną muchą, którą rozpoznał po skrzydłach i dźwięku. Odbijała się od szyb i ścian. Trzymając się snu Vader dotarł do lepkiej nici, która wokół muszych nóg się oplotła. Szamotał się i starał się ratować, lecz we śnie, który go wciąż do przodu popychał, przemienił się w pająka, co na złapaną dopiero co w pułapkę muchę zasadzał się na ośmiu porośniętych szczeciną odnóżach. Gdy Vader zjadł sam siebie odzyskał postać i nareszcie zasnął spokojnie.

Kamyk

Zdarzają się i takie kamienie, które nie wyróżniają się ani kształtem ani powierzchnią świecącą ani kolorem. Szare są i wypłowiałe, w piasku zagrzebane nie przykuwają uwagi. Chłodne są, zgaszone jakby, gdy się na nie patrzy. Kto jednak próbował taki kamień podnieść wie, że w dłoniach zaczyna pałać płomieniem i parzyć. Nie sposób go utrzymać, trzeba w piasek z powrotem upuścić, w którym kamień nijaki się staje. Skąd żar się bierze, który bije od niego, to tajemnicą geologii pozostaje. Czy nie wygasł w nim ogień pierwotny z czasów, gdy formowała się ziemia, czy za każdą próbą uchwycenia zapala się nowym płomieniem, tego stwierdzić bez badań nie można. Lecz jak zbadać płomyk, który w rękach płonie? Gasząc go tylko.

Ławka

Ona siedziała z czarnymi ustami na białej twarzy. Nic nie prześlizgnęłoby się przez nie, tak czarne były. Zmrużyła oczy w czarnych obwódkach. I chociaż otwarte powieki miała, oczy były jakby zamknięte. I niebo zamknęło się ponad jej głową, bo ławka, na której siedziała, nie stała w parku, lecz pod betonowym stropem metra. On stał i oplatał ją ramionami. Kładł głowę na jej plecach, przywierał do niej ciałem. A ona siedziała, ale jakby biegła, jakby uciekała. Ustami odwracała się od niego. Dłonie odsunęła, żeby mężczyzny nie dotykać. Od niego patrzyła a nie do niego. A on stał w nią wtulony, owinięty. Stopy pod ławkę wsuwał i kolanami o jej biodro się ocierał. Jakby on, gorący, chciał ją, zimną, na tej ławce rozgrzać. Jakby on ją kochał a ona bezdusznie się od niego odwracała. A przecież było całkiem inaczej. On przytulał, bo właśnie w tej chwili na ławce pod stropem dziewczynę z czarnymi ustami porzucał.

Klamrę

Pewnego dnia Vader, który unosząc się w przestrzeni kosmicznej podsypiał właśnie po poobiedniej drzemce i tuż przed wieczornym spaniem, dostrzegł dryfującą w jego stronę klamrę. Klamra była spora, nie za duża i nie za mała. W sam raz ułożona do obu dłoni Vadera, gdyby ustawił je blisko siebie. Tak. Mógłby ją chwycić. Mógłby zatrzymać. On ją a ona jego. Mógłby mieć wreszcie coś, czego można się chwycić. Coś, co uczyni go częścią wspólną. Pokusa była silna. Vader rozejrzał się, lecz otoczony niczym niczego nie dostrzegał. Nic ciągnęło się na wieki świetle. Kto wie, być może z klamrą nic przerodziłoby się w coś. Klamry się łączą, klamry pasują, klamry lgną do klamer, lgną do ściany. Vader też mógłby lgnąć. Z klamrą w dłoni mógłby się dopasować, po klamrach iść w górę lub na samo dno. Dłonie miał wolne. Otworzył je, wyciągnął, zawiesił ponad metalowym, wygiętym w kształt łuku prętem. I cofnął znikając w ciemności.

Sen o skrybie

Mezopotamia kończy się na „a”, pustynia kończy się na „a”, rzeka kończy się na „a” i woda, którą miesza się z gliną kończy się na „a”. Glina kończy się na „a”. Ręka, która wyrabia glinę kończy się na „a”. Skóra, na której wiatr osadza piasek niesiony z pustyni kończy się na „a”. Tabliczka uformowana z gliny kończy się na „a”. Trzcina kończy się na „a”. Sumeryjska myśl odciśnięta trzciną na tabliczce kończy się na „a”. Ja kończę się na „a”. Skryba kończy się na „a”, ale skryba zawsze będzie mężczyzną.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial