Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Lipiec 2016 (strona 1 z 2)

Zmiany

Szłam sobie dzisiaj do sklepu pod szarym, dusznym niebem, gdy poczułam, że z okna, z kwietnych doniczek lecą na mnie drobne krople. Krople wpadły mi we włosy, spadły na dłonie i osunęły się po rozgrzanych letnim upałem udach. Zaczynam rosnąć, powiedziałam sobie, bo w istocie czułam wyraźnie, że członki zmieniają się. Wydłużały się jakby i pęczniały odrobinę. Moja świadomość zahaczyła o czubki stożków wzrostu i widziała, jak ziemia oddala się a niebo przybliża. Zaraz zakwitnę, szeptałam szczęśliwa językiem, którym do tej pory nigdy nie mówiłam. Jednak nie zakwitłam. Nie płatki, lecz długie na kilkaset metrów ośmiornicze macki wydobyły się ze mnie usiane przyssawkami, które zanurzały się łapczywie w kałużach szukając wilgoci. Już miałam wyrzec w języku mięczaków słowa wyrażające żal i upodlenie, gdy z nieba, ale z nieba a nie z okna kamienicy, zaczął kapać deszcz. Dziwny to był deszcz, rzęsisty o kroplach wielkich jak wieloryby, które rozbijały się zalewając ziemię hurtem a nie w detalu. Po kilku minutach nie widać już było kwiatków i okna. Doniczki zerwane z metalowych prętów dawno poszły na dno i spoczęły tuż przy kołach zalanych deszczem samochodów. Świat tonął w wodach potopu. Nad powierzchnię wyrastał las cienkich anten. Ich panowanie trwało jednak króciutko, bo woda podnosiła się i podnosiła do nieba, do którego człowiekowi nie udawało się od tylu wieków dotrzeć. Moje macki przestały drżeć z wysuszenia i rozpłynęły się na boki unosząc mnie na bezkresne wody. Dryfowałam rozmyślając o kolejach losu, który pozwala zmieniać się, lecz nie tłumaczy dlaczego.

Nazwa

Dla pewnych ptaków po prostu nazwy nie ma. I to nie to, że nikt ich do tej pory nie widział i nie to, że nikt dla nich nazwy nie wymyślił. I nie to, żeby ptaki tej nazwy nie chciały, żeby ją strzepywały, czy wydziobywały. Ona się zwyczajnie do ich skrzydeł nie klei. Bo skrzydła ptaków bez nazwy są nieopisywalne i dlatego żadnego przymiotnika do nich doczepić się nie da. Jest więc pomiędzy ptakami a tymi, którzy je spotykają cicha umowa, że ci, którzy widzą wiedzą, ale nie nazywają. Słyszą, ale nie oceniają. A nawet gdyby spróbowali, ich nazwa i tak się nie utrzyma, bo są ptaki, dla których nazwy po prostu nie ma.

Ziarna

Vader nie spał. Od miesięcy już oka nie zmrużył. Siedział na progu domu i oddzielał ziarna mroku od ziaren jasności. Co powieki zmęczone czuwaniem mu się sklejały, zaraz jedno ziarenko nie do tego korca co potrzeba wskakiwało. Ciemne nasiona od jasnego albo jasne od ciemnego się zarażały i trzeba było wszystko zaczynać od nowa. Wzdychał Vader, ale zakasywał rękawy, kark zginał, z trudem zmęczone oczy otwierał i łowił te nasiona, które mu się wymknęły i przesiewał je, żeby mrok do mroku a jasność do jasności należała. Wtedy jednak przeleciała Vaderowi tuż obok nosa mucha maleńka, która w nosie mu załechtała aż kichnął gromko przed siebie, prosto w dwa stojące przed nim kosze, które przewróciły się, ziarna potoczyły się na wilgotną ziemię, zasiały się i wzrosły czarnymi i złotymi kłosami. Vader zboże zebrał, usiadł na progu i do dwóch koszy czarne i złote nasiona rozdzielał. Powieki mu się ze zmęczenia sklejały, kark sztywniał, ale ziarna na dwie grupy mroku i jasności rozdzielał. Aż jeden z kłosów w nos go połechtał, Vader zaciągnął się i kichnął w dwa kosze, które ciemnymi i jasnymi nasionami na wilgotną ziemię potoczyły się, zasiały się, ukorzeniły i zaczęły wzrastać. Ale Vader ich już nie widział, bo na progu zwinięty zasnął i śniło mu się, że jest ciemnym ziarenkiem, które toczy się po kleistej, czarnej ziemi. Zanurza się w nią, pędy puszcza i rośnie a gdy już dojrzeje, Vader budzi się, zrywa je i do czarnego kosza wkłada, który obok kosza z jasnością stoi. Nagle kosz przewraca się i ziarenko po ziemi się toczy, z jasnymi ziarnami się miesza… Vader wstał, ręką machną i do łóżka spać poszedł.

Szklanka

Dziadek Leon wyjął z szafy czarny parasol i powiedział, że idzie umierać. Ale wyszedł drzwiami, więc minął się ze śmiercią. Zamiast iść na cmentarz, poszedł rozegrać partyjkę brydża z kolegami. O mnie zapomniał. Siedziałam w szklance wody i chowałam się przed tobą. Gdy weszłaś przez okno mleko się zsiadło, na patelni spłonęły tłuczone kartofle, pies sąsiadów zaczął ujadać i wszystkie płatki opadły z balkonu. W wyniku gwałtownej burzy szklanka pękła i poraził mnie piorun. Złote rybki najczęściej kończą w toalecie.

List od Czytelnika

Szanowna Pani,

Chciałbym, żeby mnie Pani źle nie osądzała. Nie jestem złym kotem. Wszystkie Pani starania, wszystkie zabiegi kończą się i rozbijają o sprawę najważniejszą. Ja jestem kotem w worku. Pani chce w worku światła. Chce Pani, żebym mrok porzucił i zapach nieświeży, lecz nie pomyślała Pani o sprawie najpierwszej. Ciemność musi być ograniczona, musi mieć strażnika. Proszę zostawić mi duchotę, ciasnotę worka w ciasnocie myślenia. Nie zmieni jej Pani a każda próba jej pokonania zakończy się śmiercią, tyle jedynie może Pani zdziałać. Zabić mnie i wypuścić ciemność. Ale gdy ciemność straci granice, nic nas przed nią nie uratuje. Ciemny kot w worku jest gwarantem jasności. Tego się Pani nie spodziewała.

Z głębi wora
Kot

Zając

Gdybym powinna zadecydować już teraz. I gdybym miała możliwość decyzji, bo reinkarnacja by istniała, w co trudno uwierzyć. Ale gdyby. Wtedy chciałabym zostać najdoskonalszą istotą na świecie, czyli zającem. Wprawdzie los zająca, już od chwili pojawienia się koniuszków jego uszu aż po moment ich zniknięcia, jest przesądzony. Wprawdzie zając będzie przez całe swoje rozedrgane życie tropiony, goniony, zapędzany i zwodzony a potem, bez wdawania się w krwawe szczegóły, pożerany, za każdym razem od nowa, wciąż jednak uważam, że jest doskonały. Bo życie drapieżnika jest udręką. Taki wilk czy lis musi stosować taktykę, musi dokonywać wyborów, walczyć z własną naturą. Czaić się, udając, że się nie czai, zbliżać się, udając, że się nie zbliża i zabijać, udając, że pomaga i darowuje życie. A życie zająca jest proste. Niezależnie od tego, kto przed nim stoi i kim się przedstawia, zając musi uciekać. I nie musi zastanawiać się kiedy. Teraz.

Spełnię się

Pogubiłam się, ale się odnalazłam. Na właściwej drodze jestem. Nie będę robić postojów, przystawać na poboczu. Pracę rozpocznę od zaraz, od jutrzejszego poranka a może nawet wcześniej. Bez zwłoki wypromuję przedświty, forsować będę szmery w trawie, robić kampanię wieczornym wietrzykom. Klientem będzie słodki zapach koniczyny, ulga zająca, który umknął z ogródka i moment, gdy żółty wiesiołek tuli płatki przed spaniem. Jako menadżer pracować będę dla chwil bezużytecznych. I wyraźnie czuję, że spełnię się w reklamie.

Potop

Kłódka. Chciałoby się napisać, że stylowa, że ze starych powieści, że w wiktoriańskim stylu, ze starego świata. Bo kiedyś wszystko było lepsze. Powietrze, ludzie, zabawki, dzieci, podwórka, ech. Ale kłódka nie jest stara, jest nowa, nowiusieńka, czarna obręcz ze splecionymi ze sobą drutami. Nie przetniesz. I zamek czarny, nowoczesny, z szyfrem wieloliczbowym. Cudo! Nowa a jednak lepsza. I ta kłódka wisi sobie na parkanie zapięta elegancko. I woła mnie. Tylko mnie. Przechodzę koło niej codziennie. Zatrzymuję się i kucam, bo kłódka nisko jest zawieszona. Dla człowieka takiego jak ja, lat trzynaście, jest marzeniem. Ale nie tykam jej. Nie ruszam, tylko palcem głaszczę, opuszkami pieszczę sploty metalu. Mieć ją. Wcale nie do przypinania czegokolwiek. Ale do posiadania, cieszenia się. Dbałbym o nią. W szufladzie wyściełanej trzymał. Tyle, że nie jest moja. Nie mam do niej prawa. Codziennie więc przy niej kucam, witam się a potem zostawiam i tęsknię. Bo wisi sobie kłódka i niczego nie przypina. Nie chroni, opieki nie roztacza. Głupota i marnotrawstwo. Zaradzę mu, rozepnę i będę używał. Odważę się. Już się odważyłem. Siedzę właśnie na trawie. Przysuwam się blisko, jeszcze bliżej, żeby nikt nie widział. I kręcę cyferkami i sprawdzam układy. I mam! Rozpiąłem. Delikatnie, jak relikwię zdejmuję. Sprężysta, twarda, wspaniała. Trzymam ją i zaraz chowam do plecaka. Nie kradnę, lecz ją uruchamiam. I wtedy dopiero orientuję się, że kłódka przypinała coś jednak, że chroniła i że ja pozbawiłem to coś ochrony. A może kłódka chroniła nie to coś, lecz przed tym czymś, co z płotu kapie prosto do mojego plecaka? Buty mam już pełne wody. Mokre spodnie. Strugi spływają na podwórko, po kostki moknę, po szyję, po brzuch. Do klatek biegnę, do domofonów dzwonię. Policję wołam i straż pożarną, mamę, tatę. Ale co oni pomogą? Nic. Skoro wody potopu, boskiej kary, która na kłódkę zapięta przy parkanie była, uwolniłem. Nic już nam nie pomoże. Chyba, żebym kłódką boską wolę zapiął. Gwarancji nie mam, ale spróbować warto.

Bar

A zatem poszliśmy do nowego baru mlecznego przy Puławskiej. Miło, wystrój prosty i ludzie uśmiechnięci. Za nami stoi dziewczyna, wysoka, długonoga, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Gdy my czytamy menu wymieniając na głos, że i to jest i że tamto oraz że fajny bar, bo potrzebny był w okolicy podobny, dziewczyna dołącza do rozmowy. Od tej chwili czekamy już razem. Dziewczyna jest sympatyczna i głośno się śmieje. A zresztą śmieją się wszyscy, bo okienko obsługuje zabawny pan, zabawny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa, bo swoim poczuciem humoru i inteligencją robi atmosferę.
– Pani się coś czai? – mówi do mnie.
– A czaję się, bo czekam na kartofle – odpowiadam.
– I słusznie się pani czai – pan w okienku podaje talerz – kartofle dla pani. Bez niczego? Takie suche? Mogą być i suche, skoro pani sobie takie życzy.
Prawie wszystkie stoliki są już zajęte, z dwóch dostępnych wybieram ten stojący w sporej odległości od stolika długonogiej dziewczyny, która je obiad na końcu sali całkiem sama. Zanim mąż podejdzie do stolika przypadkowo siadam tyłem, bo akurat krzesła ustawione są w przeciwnym kierunku. To znaczy te dwa, które wybieram do siedzenia, bo dwa inne zwrócone są w stronę dziewczyny. Jemy więc spokojnie, ale wracając do domu przez Mokotów analizujemy sytuację i obydwoje jesteśmy zgodni, że jednak byłam zazdrosna. Można więc śmiało powiedzieć, że Mokotowski Bar Mleczny łączy zamiast dzielić.

Psokoty

Raz do roku pewną nocą ciepłą w gniazdach zamiast ptaków wylęgają się psokoty. Nikt nie wie którą, lecz raz do roku jedną nocą stać się to musi. Dwa pyski mają, jeden z kociego i drugi z pieskiego ciała. Dwa przody i ani jednego tyłu, przed siebie mogą więc iść jedynie. Ale przed które siebie? Gdy wiatr porusza rosnące na drzewach liście, psokoty nieporadne i wciąż rozedrgane, wygrzebują się na brzegi gniazda. Wylizują futro i zatrzymują się, aby podjąć tę najważniejszą w życiu decyzję, którym pyskiem zejść na ziemię. Dotknąwszy jej zwierze bezpieczeństwo zyskuje podczas wschodu słońca. Zwykle jednak na trawę dotrzeć nie zdoła żadne. Psokoty pozostają na górze, w kółko kręcąc się wokół rodzinnego gniazda, to w psią to w kocią ciągnąc stronę. Gdy pierwsze promienie słońca przedzierają się przez gałęzie, psokoty spalają się na popiół i jak co roku rozwiewane są przez wiatr. I dlatego nikt od wieków nie zdołał zdobyć dowodu ich istnienia.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial