Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Czerwiec 2016 (strona 1 z 3)

Park

Park jest tak pusty, że aż ciarki po plecach chodzą. Całkiem. Jak po atomowej bombie, tylko wiatr jeszcze gazet nie zdążył po chodnikach rozwiać. Na trawniku tylko trawa, przy białych stolikach nikogo. Dziwnie, że w takie piękne popołudnie. Nie na tyle jednak dziwnie, żeby ptaki zamilkły. Śpiewają, ale poza nimi nic. Prawie nic, bo przez ćwierkanie przebija się jeden głos. W całym rozległym parku jedyne wypowiadane słowa padają z sąsiedniej ławki. Nie wiem, jak to się stało, że z dziesięciu stojących dookoła, kobieta wybrała właśnie tę najbliżej mnie. Po głosie domyślam się, że jest młoda. Siedzi sama. Wózek z maleńkim dzieckiem ustawiła przed sobą, patrzy na nie i nie milknie. Mówi bez przerwy. O pracy, o mężu, coś tam pojawia się o teściowej. No wiesz i no wiesz, no wiesz i rozumiesz. Dziwne, że o tak dorosłych sprawach dziecku opowiada. Podnoszę znad komputera głowę. Na trawniku parkowym wciąż pusto, chociaż zwykle w taki czerwcowy dzień jak dziś… Czemu akurat dzisiaj ci wszyscy ludzie? Słyszę, że kobieta z ławki obok wstaje i pchając wózek idzie w moją stronę. Wkładam głowę w monitor, żeby jej wzrokiem nie spotkać. Chcąc nie chcąc słyszę ją jednak. Do wnętrza wózka mówi coś o mieszkaniu i o finansach. Spodnie ma ciemne, biodra szerokie, koszulkę waniliową, luźną. Piersi spore. Pochylona do przodu, ładna z szarymi oczami i rudawymi, długimi włosami. Ona bez skrępowania także patrzy mi w oczy. Może już ją kiedyś widziałam? Nie, chyba nie. Ma żywą, pełną energii postać. Uśmiecha się i coś mówi. Dziwne, bo wcale nie mówi do dziecka i z pewnością nie mówi też do mnie. Jej przyjaciółka jest odrobinę od niej wyższa i prawie opiera się o nią ramieniem, całkiem pogrążona w rozmowie. Prowadziły ją przecież znacznie wcześniej siedząc razem na ławce tuż przy mnie. Jeszcze raz patrzę na park. Na trawie tuż przede mną siedzą dwie kobiety. Opierają nogi na leżakach, pomiędzy nimi śpi pies o jasnej sierści. O, a tam, po prawej dzieci w fioletowych koszulkach grają w ringo. Mężczyzna na kocyku słucha relacji z meczu. Drugi zamyka oczy i zakłada ręce za głowę. Starsza pani czyta gazetę, a jeszcze inna rozmawia z psem. Tym razem czarnym z czerwoną obrożą. Mężczyzna z siwą brodą i ciemnymi włosami przytula kobietę o włosach w kolorze bursztynu. Obydwoje nie są bardzo młodzi, ale bardzo zakochani. Na kocyku plączą im się nogi. Dziesiąte okrążenie na rowerze wykręca chłopiec w żółtej koszulce. Z impetem mija go kolega na hulajnodze, którego wciąż poucza ojciec w jakiejś bardzo ważnej kwestii. I jeszcze sześć starszych pań wstaje właśnie z ławki. Wszystkie w jasnych spódnicach i cielistych pończochach. Pod pachami ściskają skórzane, letnie torebki. Każda opowiedziała dziś koleżankom o swoich problemach i o swojej rodzinie. Odchodzą, lecz wciąż nie mogą się nagadać.

Pustka

Ciemno. Przez chwilę nie widziałem, gdzie jestem. Vader obudził się wiele godzin temu, starał się, ale z łóżka nie wyszedł. Usiłowałem. Owszem, próbowałem. Czołgałem się w stronę krawędzi, ale krawędź nie czołgała się w moją. Vader w południe opuścił łóżko. Jego kroki do łazienki odmierzały czas. Dotarłem do niej wieczorem. Twarz przetarłem zimną woda, łyk upiłem. Umył zęby i spojrzał na zegarek. Do kuchni było za długo. Zrezygnowawszy więc z kolacji rozpoczął drogę powrotną. Około północy spocony usiadł na krawędzi łóżka, żeby przez następne godziny pełzać po prześcieradle w stronę poduszki. Zasnąłem nad ranem samotny bezgranicznie.

Ogłoszenia drobne

Pewnego głębokiego snu o lesie, na piaszczystej ścieżce zderzyłeś ze mną swój krok rozszumiały i wrosłeś przy mnie w czarną ziemię, przez co i ja przy tobie w czarną ziemię wrosłam. Obudź mnie gałęzią uderzając w okno, gdzie chcesz pójdę.

Mamy winnego

W Polsce mamy taką tradycję, że za całe zło winimy obcych. I ja dzisiaj chciałabym, zgodnie z tą tradycją, zabrać głos i wypowiedzieć się na temat stanu naszych dróg. Bo wcale nie jest on kiepski dlatego, że się spieszono przed Euro 2012, ani dlatego, że zima zaskoczyła drogowców. Ani dlatego, że pieniądze nie trafiają tam, gdzie trafić powinny. Ani dlatego, że Polacy lubią po pijaku. Polak jest niewinny. Winny jest inny. I oczywiście za zły stan rzeczy odpowiada wedyjski bóg Rudra. Nie byle bóg to, bo wydobył się z czoła hinduskiego stwórcy świata, Brahmy, i tylko pozornie ma z Polską niewiele wspólnego. Rudra, bóg znamienity, został upokorzony dotkliwie, bo jako jedyny nie załapał się na ceremonię składania ofiar. Jak bolesnym bywa odrzucenie tłumaczyć nie potrzeba. Rudra postanowił o godność walczyć i sprawy załatwić po męsku. Z drzwi trzaskiem wtargnął na imprezę, rozejrzał się okiem rozpalonym po sali, za frak złapał boga, który mu się pierwszy pod rękę nawinął i z łokcia mu w zęby przywalił. Szczękę butem przestawił, kolanem koronki wybił. Zęby się na podłogę gradem posypały. Sam siebie pomścił i odszedł szczęśliwy, ale użytkownicy dróg powinni być szczęśliwi znacznie mniej, bo pozbawiony uzębienia, co się teraz na ścianę zatacza i krwawą pięciolinię na tynku rysuje, to Puszana, bóg komunikacji i dróg wszelkich. I już wiadomo, kto przeciwko polskim drogom tak naprawdę zawinił.

Noc

Vader każdego dnia się budził. Zdarzało się jednak, rzadko bo rzadko, ale zdarzało się, że Vader przegapiał dzień nie mając świadomości, że ten nastał. A czasem zdarzało się, chociaż także nieczęsto, że to dzień przegapiał Vadera. Planeta oczywiście powinna krążyć wokół gwiazdy na sposób zdyscyplinowany, raz i raz i raz i raz. Ale zdarzało jej się zbłądzić. I wtedy krążyła na raz i hmmm i raz i hmmm. Układ słoneczny był tak rozległy, że zamyśliwszy się, zapatrzywszy na inne krążące w nim obiekty, ona, niewielka i znudzona, co trzeba otwarcie powiedzieć, rytmem narzuconym jej przez prawa fizyki, lubiła je połamać i wpaść w jakąś czarną kieszeń, czarny zlew lub czarną rurę. Wypadała wtedy nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy, a Vader przegapiał dzień i dzień przegapiał Vadera. Ale w końcu budził się nawet jeśli noc trwała ciut dłużej niż spodziewała się, że będzie trwać. W takim czasie, gdy trwała dłużej, dobrze jej było. Czerniała, gęstniała i trudno jej było się pożegnać z końcem własnego trwania. Gdy wracał dzień stawała się maleńka i przestraszona sobą samą. Bo ona nic innego nie robiła ponad to, do czego była stworzona, ale jednak zawsze musiała się za to obwiniać.

Miasto

Badania nic nie wykażą. Żadnych zmian w mózgu, żadnych zmian w sercu. Cholesterol w normie, poziom spalin we krwi może ciut podwyższony, wątroba nadużyta od smogu. Ale ja wiem swoje. Mam tę miejską pewność, że gdy rozbijam szklankę, z trasy wypada osobowy samochód. Gdy zarysowuję pierścionkiem talerz, ginie pod kołami pieszy. Gdy wyszczerbię miskę, prosto pod tira wyjeżdża motocykl. Od urodzenia mieszkam przecież w mieście. Od szarego tynku skórę mam szorstką. Kocham się w betonie, w rogach ulic, w przecznicach, w chodnikowych płytach, w obluzowanym wydechu, w trzaskających drzwiach autobusów. Wiatr lubię taki, który podnosi pył z najszerszych alei. Nigdy nie oddalam się od głównych arterii. Spaliny wdycham z rozkoszą. Gdy umrę, chcę zostać pochowana pod największym skrzyżowaniem miasta. Od lat nieruchomo przy nim siedzę i wstrzymuję oddech. Nogami nie ruszam, palcami nie przebieram, powiek zaczerwienionych nie opuszczam. Staram się myśli oczyścić. Wyzbyć się życia, skoro każdy jego przejaw zmienia losy innych.

Krzesło

Siedzę sobie dzisiaj wieczorem w pokoju stołowym, który jest jednocześnie kuchnią a także i sypialnią, że o przedpokoju nie wspomnę. Ciemno już za oknem, pies sąsiadów po wielu godzinach ujadania przestał szczekać. Dzieci od kilku minut nie kłócą się w swoim pokoju. Mąż zamknął drzwi i nic już zza nich nie odpowiada. Cisza zapadła i spokój. Lecz w tym spokoju drży mi coś dziwnie. Rozglądam się, co mi drży. I widzę, że niebieskie krzesło porusza się. Samo od stołu odsuwa się, samo przez pokój idzie, samo przez pokój sunie. Patrzy na mnie z wyrzutem przez moment znaczącym a potem rzuca się samo ku podłodze na rozłamanie, na rozpęknięcie, na destrukcję. Na drobiazg się rzuciło i tylko niebieskie drzazgi po kątach zostały. Nic nie mogłam dla niego zrobić. Nic.

Ogłoszenia drobne

Z okazji jego ukończenia, mieszkańcom naszego miasta ofiarowujemy pełną historię metropolii rozpisaną na czas od dnia dzisiejszego aż po jej kres. Karty w kalendarzu zostały ułożone w kolejności przypadkowej. Każdy z mieszkańców będzie mógł zmienić nadany przez nas przebieg, ustalić własny i dla siebie obowiązujący czas nadchodzenia klęsk żywiołowych, wojen, pożarów, epidemii, świąt, oblężeń, rzezi i ocaleń aż do momentu ostatecznego upadku i zburzenia murów, które także będzie można zaplanować dowolnie.

Sny

Gdy się obudził sny lepkie leżały już na nim. Rozchylił usta i pozwolił im wpełzać. Z zatkanymi porami nie mógł ich wypocić, nadymał się za to bardzo niebezpiecznie. Pomyślał, że pęknie, ale tylko zawory w ciele przestały mu działać. Wysikiwał fontanną w górę jakąś rwącą rzekę, która mu się za niepamiętnych czasów przyśniła. Spluwał na podłogę resztkami skalnych ścieżek, które niegdyś we śnie pokonywał. Wykasływał resztki wspomnień i rękawem wycierał te, które skapywały mu ciężkimi kroplami z nosa. I wciąż przychodziły nowe, jakby kurek od sennego świata urwał się. Vader przestał je już rozpoznawać. Nie chodziło tylko o czas, że zapomniał. Widział w snach ludzi, których nigdy nie poznał. Posiadł senne marzenia gatunku od początku świata. Powiedzmy sobie szczerze, mruknął pod nosem, sny trupów w przeważającej większości. W jednej chwili wyśnił o nich wszystko. Mógłby opisać senne dzieje ludzkości od pierwszego snu aż po ostatni. Wstał, pod prysznicem zmył z siebie lepkość i zasnął spokojny.

Pierwszy człowiek

Ganesza siedział pod cedrem i obgryzał paznokcie a że palce miał całe w atramencie, język sczerniał mu także. Słoniową trąbę zawijał i rozwijał, jak często czynią słonie w chwili niepokoju.
– Nie mogę tego napisać – powtarzał – nie mogę.
Jego tłusty brzuch trząsł się a razem z nim zapisane do połowy karty, które sobie na pępku ułożył. Naprzeciwko niego, na trawie siedział mędrzec i w zadumie głaskał się po siwej brodzie.
– Nie możesz tego napisać – powtarzał – i nawet nie powinieneś.
Ganesza rozwinął trąbę i podrapał się nią w pulchną piętę.
– Napiszę – powiedział powoli oblizując słoniowym językiem czarne usta – że Wiwaswat był synem boga.
– To możesz napisać a nawet powinieneś – przytaknął mędrzec.
– Napiszę – kontynuował pół człowiek pół słoń – że urodził się jako wielka kula.
– To możesz napisać a nawet powinieneś – potwierdził mędrzec.
– Napiszę, że jego bracia, bogowie, zaczęli go ociosywać, żeby przybrał podobne im kształty – mówił dalej Ganesza odganiając trąbą naprzykrzające się muchy.
– To możesz napisać i nawet powinieneś! – mędrzec uderzył pięścią o trawę wyrywając i wyrzucając w górę kilka jej kępek – Ale że wyciosali słonia a dopiero z odpadków ulepili pierwszego człowieka, tego już pisać nie należy.
– Napiszę – pokiwał głową słoń – że z resztek ulepili słonia a z kuli wyciosali człowieka.
– To możesz napisać – westchnął mędrzec – i nawet powinieneś.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial