Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Maj 2016 (strona 1 z 3)

Klapa

Mężczyzna jest ciut starszy, kobieta ma twarz drobną, okulary. Ona ma żółtą bluzkę i spódnicę długą, on nosi siwiznę i szarą marynarkę. Ona jest niepozorna i cicha, zapatrzona w coś niewidocznego pomiędzy palcami, którymi przebiera. Ma na twarzy skupienie, ale skupienie na tym czymś niewidocznym pomiędzy palcami a nie na słowach mężczyzny. On jest postawny, pewny siebie, gdy mówi. Jednak coś nieuchwytnie nie w porządku jest w parze siedzącej na ławce, którą właśnie mijam. Z ciekawości zmieniam trasę i przysuwam się bliżej. Mężczyzna ma ciepły i miły głos. Uśmiecha się, gdy mówi:
– I on tak mi to narysował, wiesz.
Słysząc jego słowa ciepło mi się robi w środku, że mówi o sztuce i zaczynam czuć wstydliwą niechęć do kobiety, że go nie słucha i że się miedzy te paluchy gapi.
– Czarną kreskę, rozumiesz mnie – tłumaczy dalej mężczyzna – na zielonym tle pociągnął.
I prawie tę czarną kreskę i zielone tło widzę. Stają mi przed oczami prace Jana Dobkowskiego i Jerzego Zielińskiego. I kreski Jean Miechel-Basquiata. A może mowa jest o ostatnim okresie twórczości Paula Klee a może Joana Miro? Wytężam słuch, aby nie uronić słowa z opowieści i aby przekonać się o jakim stylu i sztuce jest mowa.
– I on mi tę maskę tak pomalował, wiesz, że do reszty samochodu teraz zupełnie nie pasuje.
Kobieta wciąż nic nie mówi tylko pomiędzy te palce patrzy. Od czasu do czasu jeszcze stopą zamacha. Ale jemu uśmiech z twarzy nie schodzi.

Na drobne

Vader nie mógł spać. Paliły go myśli. Pij, Vader, pij. Zagaszaj. Pił więc Vader, żeby zagasić myśli rozgrzane, lecz zagasić myśli nie sposób. W wodzie stają się rybami, w ogniu zamieniają się w żar, na wietrze są dmuchawcem a w ziemi kiełkują. Wyjął Vader z mokrej kieszeni rybę. Zrobił jej oddychanie usta usta i ryba zdechła. Wyjął Vader z drugiej kieszenie płonącą zapałkę. Palce mu poparzyła, dłoń mu spłonęła. Zapuścił Vader łodygę, która go z ziemią połączyła, mleczem zakwitł, posiwiał dmuchawcem i rozwiał się na drobne. Nie martw się Vader, nie martw. O świcie przyjadą kosiarze, drobne z trawy wybiorą. Na piwo będzie.

Haiku Vadera

Vader odbija
światło cytryny póki
woda w czajniku

Dzień matki

Nowy dzień i nowa przygoda. Wystarczy z domu wyjść. Wyszłam i już wracam. Idę ulicą Naruszewicza. Niewielka to uliczka, pusta, słoneczna, drzewa wzdłuż niej rosną. Idę więc wzdłuż drzew i słyszę kraczące nade mną wrony. Brzmią tak, jakby przekazywały sobie z drzewa na drzewo informację, że idę. Niemożliwe, myślę, oczywista to nadinterpretacja. Dochodzę jednak do jeszcze mniejszej uliczki, w którą skręcam a tam pod szarym murkiem siedzi mała wrona i podlatuje tyci, tyci ponad chodnik. Stanęłam sobie więc po drugiej stronie ulicy, pustej, bo święto. Ciepłej, bo wiosna. Pachnącej jaśminem, bo krzaki kwitną niedaleko. I robię zdjęcie tej wronie i przyglądam się ciekawie jej mamie, która na gałęzi siedzi i kracze, i zrzuca liście na ulicę, i drobne patyki też. I myślę sobie o niej, jaka mądra, że pokazuje dziecku drogę, że wyznacza ją listkami. I ani mi do głowy przyjdzie, że wrona liście wysyła jako ostrzeżenie, że są jak głowa konia z „Ojca Chrzestnego” i że jest to ostrzeżenie dla mnie. Dopiero, gdy postanawiam podejść jeszcze bliżej, żeby ostatni raz na pisklę wronie popatrzeć, dopiero wtedy, gdy matka wrona spada na moją głowę i wbija mi we włosy i skórę szpony, dopiero wtedy zaczynam rozumieć, jak bezmyślnie się zachowałam. I to w dzień matki. W dzień wroniej matki.

Labirynt

Vader obudził się w labiryncie. Zdarzało mu się to czasem. Wiedział więc, że gdzieś przed nim, w korytarzu czyha na niego Minotaur. Z uwagi na brak czerwonej nici Ariadny, wysupłał koniuszek czarnej ze swojego płaszcza i pozostawiwszy go za sobą posuwał się do wnętrza labiryntu, aby Minotaura pokonać. Dłonie kładł na ścianach i drżał czując ich drżenie, które powstawało, gdy drżał Minotaur. Vader czuł jego obecność, był blisko. Podążał w jego stronę pozostawiając za sobą nić zaczepioną w miejscu, w którym zaczął się sen. Gdy potwora zabije powróci zgodnie z mitem po nitce do koniuszka. Szedł więc, skręcał, kluczył, chował się i pojawiał. Gdy zatoczył już pełne koło, płaszcz znikł. Vaderowi w ręku pozostał drugi koniec nici. Z nim dotarł do początku snu, lecz Minotaura nie spotkał. W labiryncie był jedynym potworem.

Ławka

Siedzę na ławce w parku. Ławka w cieniu, więc bezcenna. Siedzę z komputerem i piszę o fundamentalistach niszczących zabytki starożytnej Mezopotamii. Że są zamknięci na innych i że fundamentaliści zdarzają się przecież w każdej religii. I że my dzisiaj powinniśmy być mądrzejsi, tolerować, kochać i ustępować, żeby dla innych także było miejsce a nie ciągle ze wszystkimi walczyć. Zapatrzona jestem w monitor, więc że ktoś się do mnie przysiada czuję po ruchu ławki. Razem z nią unoszę się w górę. Spoglądam w bok. Mężczyzna i kobieta. Pani ma szarą sukienkę, grube mięsiste usta i dopasowany do nich biust. Mężczyzna ma ogoloną głowę.
– Ale tu siedzi ta pani – kobieta patrzy na mnie niepewnie. Mężczyzna bierze ją na kolana i zaczyna sprawdzać jędrność piersi.
– Ale pani sobie stąd pójdzie – mówi do kobiety zdaniem orzekającym. I może, być może, z całą pewnością nawet słysząc słowa mężczyzny powinnam wstać i sobie pójść, coś mi jednak nie pozwala. Wolę poczekać, bo następne piętnaście minut zapowiada się arcyciekawie. Po chwili czuję jakbym siedziała w łodzi na środku wzburzonego morza a nie na ławce w parku. Muszę usiąść po turecku i kolanami ściskać komputer, żeby nie spadł. Ławka kołysze się na wszystkie strony. Oni są Normanami a ja jestem Anglią, oni są piratami a ja statkiem jej królewskiej mości. Oni są Turkami a ja Bizancjum. Żeby zdobyć twierdzę pracują pełną parą. A ja może bym nawet sobie chętnie poszła, ale coś wciąż każe mi siedzieć i z rozbawieniem przyjmować kolejne sztormy, którym jestem poddawana ja i moja maleńka łajba. Kobieta i mężczyzna wreszcie wstają. Odchodzą i długo jeszcze patrzą na ławkę z oddali. Nie mam pewności czy z nadzieją, że ją zwolnię, czy z nadzieją, że w niej zatonę. Ze wstydem stwierdzam, że zachowałam się prymitywnie, bo niewiele by mnie kosztowało, żeby wstać i zrobić piratom, którzy próbowali dokonać abordażu, miejsce. I tyle na temat mądrości, tolerancji i ustępowania.

Powiewy

Są wichry historii duże i są westchnienia historii maleńkie. I czasem takie westchnienie wydobywa się nieświadomie. Nie miałam pojęcia, że mówiąc „za siódmą górą” staję się starożytnym Sumerem, który oddycha wilgocią Eufratu i który myśli o Gilgameszu przekraczającym siedem gór, w których ukrywa się siedem demonów pogody. A gdy już siódmą górę Gilgamesz pokona, odnajdzie potwora Huwawę i zabije go. Nie dla zemsty jednak lecz dla własnej sławy, która imię jego na wieki okryje. Smutny to powiew próżności. Szczególnie, że nie tylko bajki zaczynają się od niego.

Zdjęcie Eufratu wykonał Karol Jałochowski.

Siebie nie widać

I znowu patrzyliśmy na sztukę. W cudownej Bibliotece dla dzieci i młodzieży nr LIV dzieci dowiedziały się, że Bosch jest nie tylko pralką a ja się dowiedziałam, że lewiatan jest nie tylko mitycznym potworem. A Julka z 2d, która miała narysować to czego nie widać, narysowała swoją twarz, bo ona sama siebie przecież zobaczyć nie może.

Portret Julki powyżej. Poniżej link do zdjęć ze spotkania:

Biblioteka dla Dzieci i Młodzieży nr LIV

Sezon na truskawki

Dziewczynka miała włosy jasne, blond warkocze urody cudnej opadające w dół na piersi jeszcze niewykształcone. Sukienkę miała jasną, w kwiatki zielone, drobne, ledwie się z bieli wydobywające. I sandały czerwone miała, lśniące lakierem błyskającym. Stała na piasku pod rozłożystym drzewem, sandały czerwone w zielonej trawie zatopione były, dlatego nie od razu ich ruch dostrzec było można. Nie buty się ruszały i nie stopy a lakier w dół z powierzchni spływał i czerwonymi kroplami wsiąkał w glebę. Po kolanach także struga czerwona płynęła, dwie strugi, bo dwa uda, którymi strumienie spływały. Dwa uda, ale już jeden brzuch i jeden potok szeroką wstęgą po nim sunący. Z ust jednych fontanną tysiąca kropli tryskał, gęstą, ciemną i ciężką na szyi osiadał i pod sukienkę wpływał. Dziewczynka ukucnęła i następny owoc z krzaczka zerwała. Ugryzła i znowu sok wartkim strumieniem popłynął aż buty jej zaczerwienił. Uff, gdyby nie te krzaczki truskawek trzeba by się dalej zastanawiać. A tak można już przestać.

Pies

Pies siedział i czekał. Wokół niego rosło miasto idealnie szare. Szare latarnie, szare chodniki, szare samochody, które wcale nie poruszały się, lecz stały. Betonowe samochody w betonowym mieście. Pies nie był szary, lecz rudo-biały. Jego smycz była kiedyś czarna. Kiedyś, bo teraz czarna była jedynie w części. W części postępującej była szara i ta część postępowała od szarego słupa, wokół którego smycz była obwiązana, w stronę psa. Pies jednak czekał. Ktoś zostawił go na na zszarzenie a może jego właściciel sam zszarzał i nie mógł już po psa przyjść? Szarość zaczynała już przyprószać psie końcówki sierści i zwierzę wyglądało jakby oszroniało. Jednak czekało. Aż nad szarym miastem zaczerniała maleńka kropka, która rosła obniżając się, by z kropki przemienić się w pierzastą wronę lądującą tuż przy psie. Wrona odczepiła dziobem psa od smyczy i odleciała. Bez zwłoki, bez zanurzania się łapkami w szarości. Pies spojrzał za wroną, a potem za czarną, daleką kropką, którą się stała. I także zaczął się unosić.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial