Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Kwiecień 2016 (strona 1 z 3)

Upał

Było tak, że upał, że słońce. Przez zakurzoną szybę autobusu światło skupiało się na twarzy brodatego mężczyzny. Brzuch miał niemały i koszulę, kurtkę, koszulkę, sweter, spodnie, buty, skarpetki, szalik i czapkę. Gorąco. Wysiadł na przystanku z którego widział łąkę. Powinien jechać dalej, ale zawołała go. Powietrze ciągnęło go na nią po schodach autobusu, więc do niej poszedł. Szedł i zdejmował. Kurtkę odrzucił wysoko. Sweter ściągnął przez głowę. Zmiął. Koszulę za rękawy. Spodnie rozpiął i szedł przez chwilę pozwalając im osuwać się w dół. Gdy one odsłaniały jego włochate uda, on wyrzucał w górę czapkę, szalik i sweter. But lewy chciał zdjąć, lecz przewrócił się na trawę, bo spodnie opuszczone nie pozwalały mu iść. Położył się więc na środku wielkomiejskiej łąki, pomiędzy wysokimi blokami i rzucił butem w niebo. W koszulce szarej i majtkach białych pomiędzy źdźbłami skrył się. Leżał. Dłonie pod głowę położył i uchem dźwięki maleńkiego radia łowił, które na brzuchu leżało. Zaraz się zacznie, myślał. Jeszcze kilka minut, jeszcze kilka sekund, myślał i obserwował buty oddalające się od ziemi, kurtkę w górę frunącą, sweter w serek i spodnie, jak ku orbicie dalej i dalej. Już, szepnął, gdy usłyszał w radiu głos spikera. Wiadomości z ostatniej chwili. Obiekty niezidentyfikowane, niewyjaśnione okoliczności w układzie słonecznym. Badania trwają. Mężczyzna uśmiechnął się, wyłączył radio i wyrwał garść ziemi a potem rzucił nią wysoko i patrzył jak odlatuje. Przyda się ludziom, pomyślał zasypiając, jeszcze jedna planeta.

Dzień Ziemi

Zaczęło się od czarnej uszczelki, która pękła. Że pękła nie wiedział początkowo. Dopiero, gdy po podłodze zaczęły rozpełzać się dżdżownice, dopiero wtedy zorientował się, że w jego domu zagnieździła się nieszczelność. Nietrudno ją było odnaleźć. Przez szparę pod łazienkowymi drzwiami wysypywały się drobinki najczarniejszej ziemi. Zrozumiał, że uszczelka znajduje się przy spłuczce, gdy chciał spuścić wodę. Każda próba kończyła się wyrzuceniem ziemi z muszli do wnętrza łazienki. Przez jakiś czas bronił się. Jeździł do hydraulików, szukał na wymianę, zamawiał przez internet. Żadna nie pasowała. Założył wiec ogródek, do którego wynosił hałdy wyrzucanej z sedesu ziemi. Porzucił pracę w biurze, bo pielęgnowanie okolicznych ogródków zajmowało mu zbyt wiele czasu. Wreszcie poddał się. Wyprasował koszulę, wyjął z szafy garnitur, wypastował buty i usiadł w fotelu. Wsunął nogi po kolana w czarną ziemię i czekał.

Ryba w curry

W łazience było ciemno i dlatego pewnie nie dostrzegłam jej od razu. Nie była złotą, lecz szaro-siną rybą bez większej urody. Nie błyskało jej nic, nie zieleniło się, nie niebieszczyło ani złociło, srebrzyło też nie i w ogóle nic.
– Witaj – powiedziała, gdy mnie nad sobą zobaczyła.
– Ryby głosu nie mają – wyrwało mi się jakoś tak machinalnie, bardziej do siebie niż do niej, zanim zdołałam się zastanowić, jakie słowa i do kogo wypowiadam.
– Bez sensu – powiedziała tylko ryba, nadęła policzki i przewróciła oczami. Poczułam, że jej uwaga ma bezpośredni związek ze mną.
– Ale co jest bez sensu? – spytałam.
– Szkoda czasu na rozmowę – powiedziała ryba jakby nie do mnie. W ogóle przestała mnie widzieć i zaczęła wpychać się do tej okrągłej dziurki ponad zlewem, tej dziurki, która nie wiadomo do czego służy.
– Do tego – powiedziała ryba z wnętrza rury. Na umywalkę wystawał jej już jedynie ogon.
– Znaczy do czego? – zapytałam. Całkiem zirytowana już byłam.
– Do uciekania od głupoty.
– Mojej czy swojej? – zapytałam, bo czułam, że z rybą się nie polubimy. Ogon znikł a ja wzruszyłam ramionami i już miałam wyjść z łazienki, wyłączając światło ponad prowokacyjną rybą, gdy ktoś zapukał w sedesową deskę od wewnątrz. Uchyliłam ją, ale na wszelki wypadek tylko troszeczkę. Pamiętałam dziecięcy strach przed potworem, który wyłazi z muszli. Tym razem nie był to potwór. Głupia ryba wróciła.
– Sama jesteś głupia – syknęła mi ryba prosto w twarz plując wodą z toalety – to że ryby są nieme nie jest wynikiem ich głupoty. Nie widzisz tego? Przez chwilę zaledwie rozmawiałyśmy a już zdążyłyśmy się pokłócić. Brak głosu daje mi wolność. Nie muszę się nikomu i z niczego tłumaczyć.
I teraz, kiedy jestem tuż po obiedzie, sądzę, że ryba miała sporo racji. Jest niema, jest wolna i z niczego nie musi się nikomu tłumaczyć, ale też o niczym sama nie decyduje. Dlatego zadecydowałam za nią i uważam, że ryba smażona w pomidorach, z cebulą i curry jest wyśmienita.

Poetka

Miałam dzisiaj sen. Śniło mi się niebo porośnięte trawą. Nie była to trawa wiosenna, lecz letnia, poprzecierana i żółknąca od silnego słońca. Pod trawą siedziała poetka o długich włosach. Włosy zaczesała do góry, więc sięgnęły nieba i połaskotały pająka. Pająk wspiął się na nie, utkał z nich drabinę i gotowa czeka. Tylko, że wszystko to bujda, bo w rzeczywistości śniło mi się niebo porośnięte trawą zniszczoną od silnego słońca. I chociaż owszem, siedziała pod nim poetka, jednak żaden pająk jej włosów nie splatał, jedynie mnie po tyłku poklepała na znak, że gotowa czeka.

Sklepienie mózgowia

Dziś rano Vader obudził się, co nie jest takie oczywiste, bo czasem budził się, lecz nie był obudzony. Ziewnął, zaspane dłonie położył na oczach i tarł aż spod powiek wypadły czarne soczewki. Odetchnął i w głowie mu się zaniebieściło. Od głowy zabłękiciły się włosy i rzęsy. Ze sklepienia mózgowia na płaszcz i spodnie sypnęło się drobniutkie lapis lazuli, które Vader zmiotką i szufelką zebrał i wrzucił do szklanki, żeby zaparzyć sobie odrobinę nieba.

Piołun

Czekałam na przystanku numer 02, na dalekim Gocławiu. Na religii ksiądz mówił, że bóg jest wszędzie i że nie trzeba chodzić do kościoła, żeby go spotkać. Usiadłam więc i czekałam całą noc. Nie chciałam wracać do domu, bo pokłóciłam się z ojcem. I rzeczywiście bóg się pojawił. Wracał po nocnej zmianie z pracy. Na ramieniu niósł czarna torbę i miał gorzki zapach. Nie wiem czy piołunu, ale wyobraziłam sobie, że tak musi pachnieć piołun. Za przystankiem rosły krzaki a dalej było jezioro. Bóg nosił czarne adidasy z bazarku i musiał mieszkać niedaleko, bo znałam go z widzenia. On także mnie pamiętał. Zatrzymał się i zapytał, czy jestem sama. Rozejrzał się trzymając dłonie w kieszeniach, bo było zimno.
– Na kogo czekasz?
– Na boga.
Uśmiechnął się:
– To ja.
– Kłamiesz – odpowiedziałam a on wtedy przestał się śmiać. Teraz już wiem, że miał rację, bo ksiądz na religii mówił, że bóg daje i bóg odbiera. Ojciec znalazł mnie w jeziorze o świcie. Ciesze się, że on boga nie spotkał.

Planeta idealna

Idę sobie przez Mokotów. Warszawa, deszcz, chmury. I myślę o afrykańskim bogu Kaggenie, modliszce, której spadł z nogi but. Spadł tak wysoko, że wzniósł się na niebo i stał się księżycem. Idę więc sobie i zastanawiam się, co ze mnie by mogło spaść. Butów mi szkoda, torbę mam czerwoną, czapkę kolorową, okulary użyteczne, spodnie wygodne. Niczego nie chcę się pozbywać. Może jedynie naiwności wreszcie i raz na zawsze. Tak sobie myślę, pakuję więc ją w chusteczkę i podrzucam do góry. Może stanie się drugim księżycem a może zupełnie nową planetą? Pada deszcz, chusteczka jest mokra a skoro jest na niej woda, możliwe będzie też życie. Nowe życie we wszechświecie wyrosłe na frajerstwie. Planeta idealna. Patrzę więc z nadzieją jak wznosi się wysoko a potem opada nisko i toczy się pchana silniejszym podmuchem wiatru po szarym chodniku tuż pod moje stopy. Chwytam kulkę i wyrzucam do kosza.

Kto pająkom się kłania

W czasie spotkania z dziećmi, w warszawskiej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr LIV, pewien pająk zapłakał, żuk pogubił gwiazdy a mucha zacierała ręce. I okazało się jeszcze, że księżyc ma coś wspólnego z butem a dzieci ze Szkoły Podstawowej nr. 85 są nieodmiennie wspaniałe. Dzięki nim pająk schowany za moją kanapą już nie płacze, bo wie, że dzieci o owadach w mitologii będą pamiętać.

Więcej zdjęć na stronie Biblioteki dla Dzieci i Młodzieży nr. LIV

Aniele mój

Sprawa podobno jest prosta. Anioły, które wydawały się do tej pory jedynie tworem spragnionej sacrum wyobraźni, podobno istnieją. Podobno przysiadają sobie na czubkach gór. Podobno nazywają się tenninami i podobno należą do japońskich mitów. A dlaczego należą do mitów podobno? Z prostej przyczyny, bo im się po prostu niżej zejść nie chce. Uważają, że to człowiek w udręczeniu i pocie czoła powinien się na górę sam wdrapywać, lęk wysokości okiełznać, skórę zedrzeć, pęcherze wyhodować, rozedmą płuc zaryzykować, żeby takiego tennina siedzącego okrakiem na szczycie zobaczyć. Wybacz mi jednak aniele, że powiem ci słowo prawdy, bo sprawa jest prosta i wcale nie podobno tylko całkiem na pewno. Na pewno w sferze mitów pozostaniesz póki zadka leniwego nie ruszysz i na dół w dolinę nie zejdziesz. Bo wymagania masz, mój drogi, wobec człowieka po prostu nieziemskie.

Demonom nieważnym

W prawie każdej książce poświęconej mitom, na samym jej końcu znajduje się rozdział „ważniejsze bóstwa i demony”. I oczywiście chylę przed ważniejszymi czoło, ale sympatię i współczucie kieruję do tych mniej ważnych, do tych, które nie trafiły do pamięci zbiorowej, których nie zapisano, o których zapomniano lub które zostały wycięte przez bóstwa i demony ważniejsze. Żal mi tych pomniejszych, tych, które miały więcej skrupułów, mniej asertywności, mniej bezwzględności i znacznie mniej zdolności, żeby dostać się na szczyt. Może miały też w sobie mniej zła, bo jednak dobremu demonowi ciężko będzie w złym świecie się odnaleźć. Chciałam dzisiaj im wszystkim oddać hołd, bóstwom i demonom nieważnym, lecz jakże memu sercu bliskim.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial