Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Luty 2016 (strona 1 z 3)

List od Czytelnika

Szanowna Pani, której pozory spływają z ust kolejnym frazesem!

Otrzymałem list Pani pełen chmur ciemnych, gradu, piorunów i trujących wyziewów, które wypełzły z koperty i wypełniły worek cuchnieniem nie do zniesienia. Jest Pani nieprawdziwa w swej czystości, którą udaje przed sobą samą. Z sitkiem wyłapuje Pani fekalia pływające po źródle. Bo źródło Pani bije brudem. Jeśli udaje się Pani je oczyścić, chwała jej za to, lecz niech mi Pani w oczy kocie kłamstwa nie wkłada, bo moje oczy kłamstwa własnego mają dosyć, żeby nie potrafiły cudzego rozpoznać. Napisałem, że jesteś Pani nieprawdziwa w czystości. Fałsz kocim kłakiem wdarł się w myśl moją. Pani najprawdziwsza jest lecz w nieufności, w nienawiści, w niechęci, w mroku spod Pani powiek wypływającym. Z niego jest Pani. Nie jesteś wodą źródlaną, lecz mętnym bajorem.

Z głębi wora
mrokiem do mroku
Kot.

Miru

Można ją źle oceniać? Można. Ona to wie. Ma świadomość. Wie, że z taką sławą nikt niczego dobrego się po niej nie spodziewał. Ani, że kwiatki zasadzi, ani, że ptaszki dokarmi. Taka sława zobowiązuje. Ale sława to nie wszystko. Gdyby nie ludzie, nie miałaby większego znaczenia. Bo Miru, owszem, nie przeczy. Zapraszała ludzi? Zapraszała. Sadzała wygodnie? Sadzała. Kavę, napój odurzający, przygotowywała? Przygotowywała. Po kavie ludzie zasypiali? Zasypiali. I ona im wtedy dusze z ciał wykradała i w wiecznym ogniu w nicość obracała. I ona wcale nie przeczy. Ani jednym słowem, ani jednym gestem. Jest winna. Ale że ludzie potem budzili się, jakby nigdy nic i nawet nie czuli, że czegoś im brak, tego już demoniczna bogini Miru na swoje sumienie wziąć nie może. Bo ona, owszem, dusze im zabierała, ale oni bezduszni pozostawali.

TKM

Nikt nie mógłby poznać ostatniej myśli Zhao Mengjiana, więc i ja nie będę udawać, że ją znam. Jeśli wierzyć biografom miał dziewięćdziesiąt sześć lat, gdy umierał. Pochodził z rządzącej Chinami wspaniałej dynastii Sung. Przez większość życia był uznanym artystą, nauczycielem należącym do Akademii Malarskiej. Jego imię zostało zapamiętane a dzieła podziwiane były zarówno przed, jak i po śmierci. Gałązki śliwy, bambusy, delikatne narcyzy towarzyszyły mu przez całe życie, bo ich obraz przenosił na papier. Obraz nietrwały, bo każdy z kwiatów zakwita przecież tylko na chwilę. Chciałabym napisać, że dlatego Zhao najbardziej lubił malować gałęzie, bo gałęzie są trwałe, trwałe jak dynastie. Kwiaty zakwitają i więdną, ale wiosną na gałęziach powracają nowe. Nie mam jednak najmniejszego pojęcia, co najbardziej lubił malować Zhao, wiem za to, że gdy Kubilaj-chan, władca mongolski, podbił Chiny i obalił dynastię Sung, ośmiuset jej członków popełniło samobójstwo, zaczynając od cesarza Huaizonga, który miał wtedy zaledwie osiem lat. Mistrz Zhao nie popełnił samobójstwa. Jeśli wierzyć biografom przeżył swoją rodzinę i oczywiście nikt nie wie, o czym myślał, gdy szesnaście lat później umierał. Ale ja myślę o tym, że „Teraz Kurwa My” wcale nie zostało wynalezione w Polsce.

Mamuty

Ogień płonął i w jurcie zrobiło się bardzo przyjemnie. Ściany błyskały ciepłym światłem. Jeszcze przez chwilę było pusto, lecz kroki szurały już wokół namiotu. Ewenkowie, ludzie Syberii, w skórzanych kapturach, o ogorzałych od wiatru twarzach, schodzili się. Zaraz zasiądą wokół paleniska i zaczną opowiadać historie. Będą prząść legendy o boskich braciach, którzy stworzyli świat, o drzewach, o słońcu i księżycu, o życiu i śmierci w Azji. Na koniec zostawią najwspanialszą, tę w której mamuty, wygrzebując bryłę lodu tworzą z niej góry a potem same zostają zabite, lecz ożywają i wychodzą spod śniegu. Kąpią się w świetle księżyca i spłukują z długiej sierści mrok podziemi. I pewnie jakieś dziecko, może czteroletni chłopiec, który wchodzi właśnie z mamą do jurty, zapyta wtulając się w pierś opiekunki:
– Czy my naprawdę wierzymy w mamuty, czy to tylko taka bajka?
A matka chłopca uśmiechnie się. Zamiast odpowiedzi zmruży czarne oczy i…
– Poczekaj! Nie opowiadaj dalej! – Mały mamut odsunął się od włochatej matki. – A my? Czy my naprawdę wierzymy w ludzi? Czy to tylko taka bajka?

ilustracja: sarahgoodreau.com

Ogłoszenia drobne

Szanowny nieznajomy, który istniejesz, lecz nie można cię dotknąć, zobaczyć, powąchać ani polizać. Podobno przybyłeś do naszego miasta, lecz twojego przyjazdu nikt nie zauważył. Twoje okiennice pozostały zamknięte a drzwi zaryglowane. W twojej kuchni nie płonie ogień, przez szpary nie sączy się światło ani zapach wieczerzy. Jedynie ogród twój nosi ślady życia. Nie twojego jednak, lecz mojego. Zasadziłam w nim dla ciebie czarny kolczyk i przez tylną furtkę doglądam go. Obserwuję, jak ciemny kiełek przebija się przez warstwę ziemi i nasłuchuje dźwięków twojej obecności. Karmiony nimi urośnie i dla potomnych przechowa w cebulkach wszystkie twoje szelesty na dowód, że jednak istniałeś.

Ogłoszenia drobne

Tej, jak i każdej innej wiosny, dzieje się w naszym mieście ta sama historia i nie ma przed nią ucieczki. Pierwszym wiosennym porankiem pełnym niepokoju mieszkańcy budzą się upojeni powietrzem, które przez ściany i przez skórę przenika. Zimą każdemu z nich długie włosy po kostki urosły, więc zbierają je o świcie i czeszą, by rozplątać supły. A potem każdy z nich zaplata warkocz długi i gruby. Niesie go w dłoni jak małpi ogon i wychodzi na podwórko, na trawę, przed blok. O jednej porze trawniki miejskie zaludniają się mieszkańcami w koszulach nocnych i w piżamach. Ich warkocze końcówkami dotykają ziemi i zanurzają się w niej wrastając głęboko. Dlatego, jak co roku, prosimy specjalistów z miast sąsiednich, fryzjerów, krawców a nawet kosiarzy, każdego, kto nożyczki, noże czy brzytwy umiejętnie w dłoniach obraca, o przybycie pierwszego dnia wiosny, aby włosy wrośnięte w trawnik mieszkańcom poodcinać.

Nogi

Przyzwyczaiłam się. Czasem nawet dziwią mnie ludzkie spojrzenia. Muszę przypominać sobie, czemu przechodnie mierzą mnie wzrokiem i skąd w ich oczach obrzydzenie. Nie, nie ma co zaprzeczać. Ono jest. Czuję je, chociaż sama dla siebie już go nie mam. Miałam, lecz ileż można się karać. Ileż czasu można w kącie spędzać klęcząc na grochu. Oczywiście mogłabym klęczeć, jednak z powodu mojej przypadłości dłużej nie będę. A zaczęło się wszystko pewnego poranka, trzy miesiące temu. Coś przeszkadzało mi. Uczucie zniekształconego ciała zniekształceniem wróżącym chorobę. Może nieuleczalną, myślałam. Umrę, obawiałam się. Nie wiedziałam, że śmierć w mojej sytuacji byłaby wybawieniem od klątwy podwójnego życia, która mnie miała spotkać, która już działa się, bo dwie nieoczekiwane nogi wyrastały mi właśnie z bioder. Najpierw były zaledwie nóżkami, dziecięcymi serdelkami, które nie potrafiły samodzielnie zrobić kroku i nie sięgały nawet podłogi. Z łatwością ukrywałam je pod szerokim płaszczem, wciągając na nie maleńkie rajstopy. Wkrótce druga para nauczyła się chodzić sama. Miała coraz większe wymagania, potrzebowała nowych spodni, własnych butów. Podrywała mnie nagle, w środku zdania, w środku nocy, i pędziła. A potem siadała nagle, w błocie, na trawie, w kałuży. Ja przestałam ją nosić, to ona unosiła mnie i wciąż poddaję się jej tyranii, uczepiona i niepotrzebna. Czy mam inne wyjście? Nie widzę go. Musiałam nauczyć się z nią żyć, musiałam ją pokochać. Jest częścią mojego ciała, mojego zwielokrotnionego istnienia. A to, że istnienie jest w swej istocie sprzeczne? Cóż mogę powiedzieć? Nic przecież nie poradzę.

Jabłonka

Furtka skrzypnęła i mężczyźni zamilkli. Jeszcze przed chwilą cała alejka nimi rozbrzmiewała a teraz cisza taka, że aż liście kwitnącej jabłoni zadrgały. Kobieta zbliżyła się. Mężczyźni pochylili głowy, że niby z szacunkiem, któremu jednak przeczyły zaciśnięte dłonie. W łagodności na jej widok się nie rozpłynęli, a i ona nie patrzyła na nich, tylko przed siebie. Białe płatki jabłoni nerwowo sypały się i na nią, i na czerwone i czarne dresy obu mężczyzn. Kobieta nie słyszała słów. Dopiero, gdy weszła do domu. Lecz nie od razu. Dopiero, gdy weszła do domu pięć lat później przypomniała sobie, co mówił jeden z nich. Ten sam w czarnych dresach, którego często potem na podwórku spotykała:
– A Ty przy moim stole siadałeś.
Drugi nic nie odpowiedział. Ten sam w czerwonych dresach, którego kobieta na podwórku nigdy już nie spotkała. Okno skrzypnęło i jabłoń czerwonymi płatkami sypnęła.

Poradnik

Krótki poradnik pesymisty, czyli jak jednym, celnym zdaniem zasiać mroczne zwątpienie. Potrzebny będzie jedynie słownik, który otworzyć należy na stronie dowolnej. Na przykład na stronie dwieście dwudziestej siódmej, gdzie znajduje się hasło Mangala. W tradycji hinduskiej Mangala to planeta Mars, kojarzona z bogiem wojny, ale także z powodzeniem. Przynosi szczęście z tym jednak zastrzeżeniem, że nie jest dobrze urodzić się pod jej znakiem, bo można w przyszłości stracić wszystko, zarówno bydło, jak i pieniądze. I jeśli komukolwiek wydaje się, że z hasła więcej pesymizmu wykrzesać się nie da, pokażę że da się i to z łatwością. Wystarczy przypomnieć głośno, że po śmierci bydło i pieniądze straci każdy, niezależnie od dnia, w którym się urodził ani planety, która była mu znakiem. I tak oto zgasł ostatni promyczek nadziei. Misja ponurego siewcy wypełniona.

ilustracja: wikipedia.pl

Otchłań

Vader miał straszny sen. Śnił mu się piorun, który uderzył w drzewo rosnące tuż przy jego domu. Drzewo stanęło w płomieniach. Płomienie chciały wedrzeć się do sypialni, ale Vader się obudził. Otworzył oczy i zrozumiał, że widzi tylko jednym. W drugim musiało dojść do zwarcia. „Skoro piorun we śnie popsuł moje oko, piorun na jawie je naprawi” pomyślał i wyruszył błotnistą drogą przez las, w oczekiwaniu na burzę, która jednak nie nadchodziła. I wtedy, widząc tylko jednym okiem, Vader nie zauważył otchłani, która otworzyła się tuż pod czubkami jego skórzanych butów. Byłby w nią wpadł, lecz zatrzymał się tuż przed, ostrzeżony uczuciem niepokoju i chłodem z niej bijącym. Otchłań była niezmierzona i nieprzenikniona. Vader pochylił się i delikatnie chwycił ją w dwa palce. Rękawem oczyścił z błota i zajrzał w nią swym jedynym, zdrowym okiem. A potem uśmiechnął się, wyjął palcami drugiej ręki oko zniszczone i wsunął otchłań w powstały otwór. I wreszcie wszystko zobaczył wyraźnie.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial