Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Grudzień 2015 (strona 1 z 4)

Ogłoszenia drobne

Schowałam się przed Panem pomiędzy ramkami miejskich ogłoszeń. Kilka dni mieszkałam na aaaaa ziemi beskidzkiej na sprzedaż, na podwórkowych huśtawkach szalałam, lecz palce odmroziłam, bo zima. Kilka dni w aaaaa używanym samochodzie w najlepszym stanie, w sam raz dla studenta. Ale niech Pan nie kupuje, bo pełno w nim rdzy i instalacja gazowa zawodzi. Uciekając przed nieszczelnością odwiedziłam suknie ślubne, użyte raz i wystawione na sprzedaż, bo utopione w nich pieniądze przydadzą się na rozwód. Wszystkie one niewygodne w podróży, od suwaka więc plecy obtarłam. Od obcasów nogi zmęczone, więc i buty zdjęłam. Chwilę rowerem skradzionym jeździłam, a raczej nadzieją jego odzyskania. Skokiem zwinnym przeskoczyłam wyprawkę dla dzieci za pół ceny. Na chwilę przycupnęłam przy kołysce w promocji. Jak od trampoliny odbiłam się od kanap, foteli biurowych, obsikanych przez psy ogrodowych mebli, szaf utykających na jedną stronę. Minęłam sprzęt AGD i kosztowności, rodzinne perły, ostatnią deskę ratunku, wyprzedawane przed pierwszym na emeryturze. Jeszcze tylko na remingtonie, brudząc palce czcionką, wystukałam, że tęsknię i znużona poszłam spać pomiędzy stare kapelusze, pachnące kulkami na mole. Zwiniętą w środku jednego z nich odnajdzie mnie Pan z łatwością, gdy własny kapelusz zdejmie i szlakiem pomiędzy czarne ramki wyruszy.

Koniec

Zbliża się koniec roku i psi koszmar, czyli fajerwerki w sylwestrową noc. Dla jednych koszmar dla innych radość. Sama tradycja noworocznych fajerwerków pochodzi z Chin i nie ma wcale związku z przyjemnością, lecz ze strachem. Chińczycy wierzyli, że na wiosnę z gór schodzi zły duch, Nian, i to jego należało się strzec. Podobno pierwszym, który odstraszył upiory był Li Tian w XI wieku. Od tego czasu petardy cieszą się niesłabnącą popularnością i to nie tylko w Chinach, ale już na całym świecie. W tym roku mogą przydać się także w Polsce.

List od Czytelnika

Szanowna Pani, która nie pojmuje!

Proszę się nie obruszać. Skąd wiem? Wiedzę czerpię u samego źródła. Byłem u Pani ostatnio z wizytą. Po ciasnym mózgu przechadzałem się, gdy spałaś. Widziałem zgromadzone w nim rzeczy, zgromadzone myśli. Obwąchałem je ze wszystkich stron i obsikałem, po kilka kropli na każdą. Lecz musi Pani wiedzieć, że jeśli poczuje Pani smród, nie moje szczyny będą śmierdzieć w Pani głowie, lecz Pani własne, Pani własne poczucie wyższości, poczucie lepszości, które gnije w dusznym jej środku, w dusznym ośrodku braku idei. Bo jeśli Pani śmieje się ze mnie, jeśli kpi Pani z mojego worka, musi mieć świadomość, co we własnym worku nosi. Nie różni się Pani ode mnie, chociaż by się chciało, żeby tak było. Od samego jednak pobożnego życzenia, Pani worek nie oczyści się ze złogów, Pani mózg nie pozbędzie się głupoty. Gdy do mojego worka chętnie wkłada Pani wszystko, Pani worek jest całkiem pusty. Widziała Pani, że nic w nim nie ma? Jak mamy się porozumieć, gdy ja wierzę we wszystko a Pani w nic? A skoro Pani w środku ma nic, jak ma wszystko rozumieć?

Z głębi wora.
Kot.

Profanum

Vadera obudził bezdech. Siadł na nim i dusił dłońmi na szyi i nogą na piersi. Vader zerwał się i w poszukiwaniu oddechu rozchylił usta i okno. Niebo za szybą spłaszczyło się znacznie. Nieszczelne postępowało ku dokonanemu wyczerpaniu niebieskości. Przeciek gubił święte cząstki w przestrzeni kosmicznej, wokół ziemi pozostawiając coraz węższy pasek błękitnej atmosfery. Vader oddychał z coraz większym trudem. Pasek coraz cieńszy był i bledszy. Jedynym ratunkiem wydała się Vaderowi puszka niebieskiej farby, która czekała na remont w piwnicy. Vader chwycił pędzel i stojąc na dachu domalowywał brakujące metry sześcienne nieba. I gdy skończył, usiadł w promieniach zachodzącego słońca, i był zadowolony. Niebo otaczało ziemię błękitną obręczą. Vader mógł oddychać swobodnie. Żadnego sacrum.

Morze Aralskie

Mężczyzna nie miał spodni, bose stopy miał, szarawe, podobnie jak i kalesony. Kufajkę wypłowiałą atramentowej barwy. Na głowie jednak, wbrew wizerunkowi budowanemu od dołu, cylinder zatknięty drżał. Drżał, bo drżała i głowa, i szyja, i caluteńkie ciało dygotało. Nie tylko z zimna, ale także z poprzedniego wieczora, który płynął jeszcze w żyłach pana w kufajce i kalesonach, lecz w pamięci raczej się zmierzch poprzedni nie ostał. Wypłowiał od alkoholu jak kufajka. Mężczyzna rysy miał wschodnie, chociaż cylinder zmieniał je, wyszlachetniał. I po dłuższej chwili można by spokojnie powiązać pana w kufajce ze światłami wielkiego miasta. Wokół jednak świateł nie było, step wyleniały, światło słoneczne poprzez mgły i drżenie alkoholowe ciała. Na progu drewnianym, przed nagimi stopami stała butelka, którą dłoń mężczyzny chwyciła. Pił. Długo, aż wypił wszystkie ryby i wszystkie wodorosty Morza Aralskiego. Dopiero wtedy mężczyzna przestał drżeć. Założył spodnie i skarpety i poszedł narąbać drew. Ale cylinder do rąbania zdjął.

Wiwat

Stary pędzlu, nie lękaj się. Fei Bai, technika latającej bieli, wykorzystywana w Chinach zarówno w malarstwie jak i kaligrafii, potrzebuje właśnie takich jak ty, doświadczonych i wypracowanych, potrzebuje wszystkich zmęczonych życiem. Im jesteś starszy, tym wspanialszym narzędziem będziesz. Bo tylko ty będziesz w stanie oddać na papierze, tak cenione w chińskiej sztuce, wrażenie ulotności, szkicowości, powstałe z połączenia czerni i bieli, przeplatania się jasności i ciemności. Wiwat niedoskonałość!

Prawie

Najpierw istniały niebo i ziemia w bezruchu, a później w ruchu. Ale w ruchu bardzo szczególnym, który dotyczył tylko ich, trącającym się o siebie, ocierającym, intensywnym i konsekwentnym, z którego powstali, jak wierzą niektórzy mieszkańcy Oceanii, bogowie. I dopiero bogowie z ocierania, dopiero oni wprawili świat w ruch prawdziwy, taki, który istnieje do dziś. Mitologii zwykle daleko jest do nauki. Ta jednak opowieść odległości wyraźnie przeczy. Skoro niebo i ziemia się o siebie ocierały, musiała powstać energia, gdyby więc zmrużyć jedno oko, mit z Wysp Gilberta opowiadałby prawie o wielkim wybuchu. Tylko trzeba oko przymknąć

Przez oczy

Dzień wietrzny, jak wszystkie jesienne, ale może ten wietrzny był bardziej, bo i stukanie było słychać, szumienie, zgrzytanie, gałęzi ruch. Niedziela, więc mieszkańcy w zamknięciu, na kanapach, w spowolnieniu, uśpieniu. Zapatrzeni w nieme okna. Z powiekami opadłymi nie byliby w stanie dostrzec, co się pośród wietrznych wirów unosi, co podmuchy rozsyłają po mieście, ponad dachami, czym uderzają o asfalt, a potem unoszą z niego, żeby ostatecznie porzucić na trawnikach. Na wiosnę z ziaren wyklują się kiełki i wyrastać będą te roznoszone wcześniej a porwane przez wiatr myśli, wywiane z włosów, wykręcone z kanałów zatokowych, z głębi ziewnięć, przez wiatr, który wdzierał się jesienią, czyli dziś, niedzielą senną, przez oczy do uszu, do mózgów przechodniów, mieszkańców kanap, przez lufciki, wywietrzniki i szpary. I wtedy dopiero okaże się, co też w głowach ludzkich siedzi, jakiego koloru kwiaty wzrosną i czym zaczernią się trawniki na wiosnę.

Wieczność

Łóżko Vadera stało. Gdzie stało? Nieważne gdzie. Nieważne, bo Vader spał snem wiecznym. Spał. Łóżko nie miało więc dla niego żadnego znaczenia. Miałoby, gdyby używał go jako drzwi prowadzących na jedną lub na drugą stronę, ale że spał snem wiecznym, po pierwszej stronie nie bywał już wcale. Nie budził się. Nie chciał się budzić w ogóle. Po przebudzeniu popadał w stan nieprzyjemnego niepokoju i swędzącego rozdrażnienia. Chciał się zrywać, biec, machać, schodzić, nogi na przemian opuszczać i unosić, wygłaszać, przekonywać, wysłuchanym być, szczęśliwym. Chciał gonić zamiary, chwytać cele. Wieczorem jednak zapominał za czym biegł i z ręki wypuszczał wszystkie plany, spod nóg czmychały mu podkulone dążenia. Czuł obezwładniającą senność, więc kładł się do łóżka, które stało. Gdzie stało? Nieważne gdzie. Przecież Vader nie budził się wcale i otulał snem wiecznym. Wiecznym aż do następnego poranka.

Cuda, cuda

Niedługo Boże Narodzenie, czyli rozwiązanie. My cofniemy się jednak do początku. Według tradycji chrześcijańskiej dwudziestego piątego marca Archanioł Gabriel zwiastował Pannie Maryi i poczęła z Ducha Świętego a dziewięć miesięcy później urodziła syna. Ale innym, znanym z tradycji matkom, także przytrafiały się niezwykłe początki. Podobno, według legendy, gdy matka chińskiego mędrca, Konfucjusza, była w ciąży, a był to rok 551 p.n.e., nieopodal jej domu pojawił się biały jednorożec, który miał powiedzieć brzemiennej, że urodzi ona dziecko wyjątkowe. W przyszłości miało stać ono się królem bez korony. I trzeba przyznać, że w pewnym sensie, patrząc na wpływ filozofii Konfucjusza na Chiny, przepowiednia mitycznego zwierzęcia sprawdziła się. Z kolei według hinduskich wierzeń, królowa Maja, matka Siddharthy Gautamy, przed poczęciem syna miała piękny i dziwny sen. Z nieba na ziemię zszedł do niej biały słoń o sześciu kłach. Według innych opowieści, na jej kolano spłynął maleńki, błyszczący księżyc. Książę Gautama przyszedł na świat nagle i wydobył się z boku matki w 563 roku p.n.e. W tradycji znany jest jako Budda, twórca religii buddyjskiej. Są jednak tacy, którzy uważają, że w różnych wcieleniach wciąż istnieje i że istniał nawet wcześniej, przed urodzinami księcia Siddharthy. Mnie jednak zastanawia, co innego. Czy cuda dzieją się tylko, gdy rodzą się chłopcy?

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial