Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Listopad 2015 (strona 1 z 4)

List od czytelnika

Szanowna Pani!

Uprzedzam i ostrożność zalecam. Proszę uważać otwierając kopertę. Wypadły? Przewidywałem, że właśnie to zrobią. Czy były mokre? Spadły na kolana i na nową sukienkę? To wyśmienicie. Nie myli się Pani, są to zmięte i wymieszane z moczem kawałki zdjęć kotów, tych samych, które Pani przysłała mi w liście. I po co było je wysyłać? Czy ja Pani podrzucam teksty innych autorów, czy chwalę ich, porównując do popłuczyn, które pisze Pani? No przecież, że nie! Nie mam w sobie aż tyle kpiny i premedytacji, żeby dręczyć Panią odniesieniami. Co innego fakty, że Pani pióro jest zmanierowane i nieprzesadnie głęboko w papier wchodzi, mdławe postaci rysuje. Jednak obok innych jej nie ustawiałem, bo mam serce. Mniejsze od ludzkiego i szybciej bijące, jednak mam je, czego widać Pani nie rozumie i moje serce dotkliwie rani, wysyłając fotografie z puszystymi kotami. Jak Pani mogła? Taki brak empatii? Co sobie Pani w ogóle myślała? Czego Pani w naszej relacji nie zrozumiała? W ogóle wie Pani, czemu siedzę w worze? Natomiast argument dobrych intencji bez wahania zagrzebię w kuwecie, bo dobre intencje najlepiej trzymają się żwirku. I tyle w temacie. A zdjęcia od Pani przez przypadek podarłem, przez przypadek jedynie podobizny wszystkich tych mięciutkich kotów użyte zostały do wytarcia podłogi. Kot w worze jest jeden i nie życzy sobie żadnej konkurencji. Mogłem się w Pani wstrętnej jędzy spodziewać. Wciąż jednak po worku moja romantyczna dusza się kołacze i liczę, że w Pani coś więcej odnajdę prócz pustki. Mimo nadziei, złudnych jak widać, żegnam Panią niezmiernie nieczule.

Z głębi wora.
Po wsze czasy do kociego mięsa dotknięty.
Kot.

Ósmy

Każdy z nas poświęca życie czemu innemu. I ja żyłem. Lecz mojego poświęcenia nie pojęto należycie a przecież nie było małe. Dzisiaj możecie już przyznać szczerze, że widzieliście we mnie jedynie szaleńca. Tym byłem dla was i chyba tym samym byłem dla siebie. Dla wielu moje życie, które strawiłem na poszukiwaniach, było czasem straconym. Nie ofiarowałem siebie nikomu, żyłem samotnie w miejscu, w którym teraz stoicie, w domu na uboczu, w leśnej kniei. Musicie w nim stać, jeśli czytacie mój list. Nie ukrywałem go. Chciałem, żebyście mnie odnaleźli i zrozumieli. W teczce, w najwyższej szufladzie odnajdziecie wszystko, znacznie więcej niż moje słowa. Lata poszukiwań spisane minuta niemalże po minucie będę świadczyć za mnie. Odsłonią przed wami moje nadzieje, rozczarowania, lecz przede wszystkim pewność, że się nie mylę i że ósmy kontynent istnieje. Przeczucie kazało mi studiować stare księgi, w których znalazłem wszelkie możliwe wskazówki. Raz jeden próbowałem zainteresować świat swoim odkryciem, lecz profesor, wykładowca uniwersytetu, persona zapatrzona w swoje własne odbicie, dla własnej uciechy ocenił moje hipotezy z lekceważeniem i jeszcze bardziej krzywdzącym pobłażaniem szaleństwa, które mi profesor zarzucił formułując listowną odpowiedź. Odrzucił możliwość spotkania, nie podał mi ręki, dosłownie ani symbolicznie. Sam więc pracowałem nad ukończeniem dzieła. Dokonałem obliczeń, wziąwszy pod uwagę zapis z pewnej starej księgi udałem się w miejsce, które miało się stać przylądkiem spełnionej nadziei, ziemią zwycięstwa, krainą odzyskaną. I spełniło się, odnalazłem ziemię przez siebie samego sobie obiecaną. Widząc ją jednak i płacząc nad nią ze wzruszenia, zrozumiałem, że gdy odkryję przed waszymi oczami tę niezwykłą krainę, najmniejszy kontynent świata, drobiazg o powierzchni zaledwie jednego metra kwadratowego, lecz górach, jeziorach i endemicznej faunie i florze, zniszczycie go. Opisałem go, wykonałem szkice i oddając je wam, mam tylko jedno zastrzeżenie, życzenie pośmiertne, aby ósmy kontynent, który niniejszym ofiarowuję światu, pozostał nieznany. Oto macie moje poświęcenie. Musi pozostać nieodkryta ziemia, której poświęciłem życie, dlatego także o mnie musicie zapomnieć.

Po słońcu

Vadera obudził pewnego ranka łomot. Huk niemożliwy dla uszu, głowy, nerwów i ciała. Hałas nie do opisania, jakby się cała kula ziemska razem z układem słonecznym Vaderowi na łeb waliła, jakby czarna dziura zawartość wprost do jego maski wypluwała, jakby gwiazdy wpadły do cynowego dzbana i podskakiwały na jego dnie, jak ziarna kukurydzy. Vader usiadł i chciał się rozejrzeć, lecz wokół było ciemno. Zimno mu było w dłonie, ale w żołądku palił go żywy ogień. I wtedy sobie przypomniał, dlaczego jest ciemno i zimno. Przypomniał sobie, że już nie czeka go żaden poranek, bo przez sen połknął słońce.

List od czytelnika

Szanowna Pani, która nosi wolność na sztandarze!

Do Pani się zwracam, ale i do wszystkich tych, którzy pod puszystością kocią dostrzegają jedynie kociaka, lecz nie człowieka. Jakiż ja mam żal do Was, jakiż mam żal do Pani. Czuję się kotem narodów, czuję się upokorzony, czuję się sprowadzony do psa, wsadzony do worka. Jedyne, co Panią zainteresowało, to forma, to zapach, to kocie futro. Jestem nieszczęśliwy. Nie ja, nie mnie, nie worek pełen, nie z ciekawości mojej osoby, nie po to, aby mnie poznawać, nie po to, aby mnie odsłaniać, nie po to, aby mnie zrozumieć, lecz aby głaskać mnie, przylizać mi futro, wytarmosić mi wąsy, nastroszyć mi ogon. I pozostawić kotem, i pozostawić w zwierzęcej niewoli, i usłyszeć jak miauczę żałośnie, jak wyję o Pani uznanie, żeby mnie Pani ze mnie wydobyła. Myślałem, że Pani wytłumaczy kotu, że zechce poznać i poprowadzić, zechce mi być przewodnikiem i być mi przyjacielem. Lecz jestem dla Pani jedynie zabawką, którą mogła porzucać, którą mogła podrapać za uchem. Pani prawdy zobaczyć we mnie nie zechciała. Zostałem więc przez Panią wsadzony do wora, przez Panią zdegradowany do kota, przez Panią straciłem postać i właściwości, bo ich Pani zobaczyć we mnie nie zamierzała, Pani, co tyle mówi o wolności. Dziś jestem w worze, bo to Pani mnie do wora wepchnęła.

Z głębi wora, z głębi uwięzienia,
kotem puszystym, w kocie zamknięty,
Kot.

Drzwi

Weszłam więc po schodach. Drzwi uchyliły się, wsunęłam się w przestrzeń pomiędzy i ciężarem własnym się o nie oparłam. Ty stałeś naprzeciwko i naprzeciwko się uśmiechałeś. Nie mówiliśmy. Podszedłeś. Światło z góry promieniem raziło, więc zmrużyłam oczy a wtedy Ty przysunąłeś się blisko, bliżej. Pomyślałam, że będziesz chciał całować. I może chciałeś, lecz tylko język wysunąłeś i lewą powiekę mi oblizałeś a potem oblizałeś prawą. I ja nie bałam się wcale. Na wypadek, gdybym się bała przycisnąłeś mnie kolanami do drzwi, biodrami, a potem jeszcze raz wysunąłeś język i w lewym oku ból poczułam. Gałka opierała się ciągowi, tak łatwo nie dawała się wessać. Pracowałeś ustami, aż straciłeś dech. Ból narastał, ale nie krzyczałam. Korzenie oka pękły wreszcie i ty, nie uwalniając nadgarstków, pogryzłeś je i połknąłeś. Może i płakałam, może płakałam, lecz wszystkie łzy wypiłeś razem z prawym okiem, które wessałeś chwilę później. Wciąż nie krzyczałam. Krzyczałabym, gdybym miała usta.

Hamulec

Sen wyhamował gwałtownie, Vaderem szarpnęło i rzuciło do przodu. Odbił się od rzeczywistości, pozostawiając na niej rysę, z której sprawy sobie jednak nie zdawał. Opadł na poduszkę i zasnął. Spał jednak i nie spał, bo rysa powiększała się i do snu przedostawała się codzienność. Zmęczony i obolały Vader obudził się i zjadł śniadanie. Do rzeczywistości jednak także przemykał się już sen, bo rysa nie zatrzymała się, tylko pogłębiała. Vader otworzył szafę, chciał założyć koszulę, ta jednak rozeszła się w dłoniach i spłynęła na podłogę strugami mleka. Mleko do kawy wyparowało chmurą, chmura na niebie spadła na Vadera poduszką, poduszka zamieniła się w gęś a gęś odleciała. Vader podszedł do okna, stanął pomiędzy jawą i snem i dotknął palcami rysy, która zdążyła już zamienić się w szczelinę. Przejechał po krawędzi i rozciął o rzeczywistość palce, z których zamiast kropli zaczęły wybiegać małe, czarne mrówki. Weszły w wyrwę pomiędzy i wgryzły się w jej krańce, zszywając na powrót jawę ze snem. Gdy skończyły, zamieniły się w pięć czerwonych kropli, spływających po szybie. Zanim dopłynęły na sam dół, Vader już spał spokojnie zdejmując nogę z hamulca.

Spotkanie

Spotkanie autorskie przeciągało się. Światła przygaszono, żeby dać sygnał do wyjścia zebranym, oni jednak nie ruszali się z miejsc. Pierwsze piętro księgarni pachniało restauracją chińską i milczało tonąc w zapachu słodko-kwaśnym i niejasnym napięciu. Mężczyzna siedział i patrzył na tłum przed nim. Spojrzał w prawo, szukając przedstawicieli wydawnictwa, jednak ani redaktorki ani pani z promocji, w szarej, opiętej na pupie spódnicy biurowej, nie było. Musiały odejść po cichu, zanim się zorientował, żeby nie zauważył. Jak to się stało? Zmarszczył czoło i zaczął rozglądać się szukając pomocy a przede wszystkim wyjaśnienia. Ścieżki pomiędzy regałami pełne były twarzy nieznanych mu. Został sam. Usiadł prosto, przeczesał palcami siwe włosy i patrzył na zebranych. Nie miał pewności, czy oni patrzą na niego, chociaż zwróceni byli w jego stronę. Stos jego książek leżał obok, nikt ich jednak nie czytał, nie dotykał. Uśmiechnął się. Jeden raz, drugi raz. Trzeci uśmiech nie chciał się już dokonać i trwał niedokonany. Mężczyzna śmiał się na głos odchylając do tyłu. Zdjął nogę prawą z kolana i otwartymi dłońmi uderzał w uda, tupiąc skórzanymi, przetartymi już butami o wykładzinę. Wykładzina w księgarni musi być. I to w jednej z największych w mieście. Śmiał się. Powoli tłum przybliżał się, powoli go otaczał, najpierw stolik długi, potem krzesło jego, wreszcie już go widać pomiędzy postaciami nie było. Nie walczył, sam wyciągnął ramię i podstawił dłoń. Nie zorientował się, kiedy stracił palce pierwszej ręki. Oczy miał otwarte, niepotrzebnie jednak. Nie widział nic prócz ciemnej szarości napierających mu na gałki oczne swetrów i marynarek. Łopata wbiła się w czaszkę gładko. Ryknął wtedy śmiechem zaciskając oczy i próbując obgryzionymi kikutami uderzyć się w czoło. Nie zdołał już. Ktoś odchylił mu głowę, żeby szpadel głębiej sięgał. Oczy wciąż lśniły leżąc na dłoni jednego z czytelników. Ktoś wyrwał lewe, komuś spadło na wykładzinę. Ktoś padł na kolana, jednak oka nie znalazł. Mężczyzna uczuł jeszcze tylko przenikający chłód łopaty i przestał się śmiać. Jego zagubione lewe oko potoczyło się pod jeden z regałów. Mogło patrzeć, lecz nie mogło już przesłonić się powieką. I patrzy nieprzesłonięte nadal.

Zębatka

Dzień podobny był do innych dni. Nie pamiętam, żeby wydarzyło się w nim coś mniej zwykłego niż zwykle się w nim wydarzało. Słońce wzeszło. Budzik zadzwonił. Ucichł a ja posłuszna sobie i jemu otworzyłam oczy i autodyscypliną uniosłam się z łóżka. Dzień mijał z moją w nim obecnością, dopiętą na ostatni guzik, uczesaną i umalowaną, chodzącą równo tempem należytym. Chodziłam więc po ulicach w ważnych sprawach. Zaglądałam w ważne miejsca i rozmawiałam z ważnymi ludźmi, dając im się zauważyć wyciągałam dłoń i mówiłam rzeczy, które chcieli i powinni ode mnie usłyszeć. Oceniam się wysoko. Profesjonalny uśmiech ust czarem czerwieniejących. Rajstopy nie puściły oczka. Obcas nie pękł i ja osadzona byłam na swoim miejscu, na szczeblu drabiny kompetencji, po której wspinam się zwinnie i gibko, dysponując ciałem dopasowanym do nowoczesnego umysłu kobiety bez wstydu i z wolą zwycięstwa, która pozwala wykorzystywać nadarzające się możliwości rozwoju, jeśli wiecie, co mam na myśli. Taki był mój plan na życie, który mogłabym zawrzeć w folderze, w raporcie, który wam w istocie teraz przedstawiam. Dopiero wieczorem wędrując po mieszkaniu nago, przy oknach odsłoniętych i przeglądając się w lustrach, po drodze do łazienki, dostrzegłam na plecach ciemniejszy kształt. Nitka, pomyślałam, oderwała się od garsonki i przykleiła się do pleców. Złapałam ją dłonią, wyginając ramię ponad głową, lecz nie nitka to była a drut. Twardy i przerwany, który skórę przebił. Pociągnęłam i usłyszałam zgrzyt. W odbiciu zobaczyłam dłoń z wiszącym kółkiem zębatym, które musiałam wyrwać niechcący. I wtedy, wciąż patrząc w lustro, zobaczyłam jak moje gibkie ciało rozszerza się, opada pod ciężarem elementów wzruszonych, nie uczuciem, lecz brakiem zębatki, jak wzruszona bywa ziemia w kałuży, gdy się w nią butem stanie. Metalowe fragmenty sypią się na boki i w dół, a ja leże już rozpłaszczona na klepce, w dłoni wciąż dzierżąc kółko z fragmentem drutu i staram się na półce odnaleźć instrukcje obsługi. Mam czas do rana, żeby się zmontować od nowa, śrubka po śrubce i jeszcze usta na czerwono umalować. I mówię wam, jutro znowu nikt nie zauważy, że nie jestem prawdziwa.

List od czytelnika

Szanowna Pani!

Czy nie mówiłem już Pani, że nie jest ona warta kociego zachodu? Każde moje słowo, każda myśl moja, każda poświęcona Pani minuta rani rozrywając zębem niewdzięczności. Jestem jak dzban rozbity, uszy same z boku, ogon poza ciałem, łapy od pazurów oderwane, w ich miejsce krwawe doły. Lecz w stanie najgorszym jest moja sympatia dla Pani. Nie kryłem się z nią. Proszę nie wątpić. Wiedziała Pani, że mówiąc jej o nienawiści, nie nienawidziłem jej wcale. Musiała Pani wiedzieć. A skoro wtedy, pod słowami niechęci czuła Pani życzliwość i wsparcie, teraz dopiero zobaczy, czym jest odrzucenie. Każdy z moich rozbitych na tysiące kawałków organów pluje na Panią za jej niewdzięczność. Tysiące kropli śliny leci ku Pani, spada na skórę, okleja policzki, spływa z czoła do oczu, wpada pod powieki i strumieniem lepkim za koszulę. Tak, moja miła. Bez mojej niechęci będzie Pani nikim. Ale jeszcze większą zemstą będzie moja miłość. Odwołuję krople! Niech zadrżą w powietrzu i wyparują. Niech nie dotyka Pani moja wzgarda, niech ją ukoi moje uwielbienie. Jeszcze nie wie Pani, jak brak krytyki Panią zdeprawuje, jak bezwzględnym zabójcą jest samozadowolenie. Będę głaskał Panią i patrzył jak ona zgnilizną zaciąga się od środka, toczona zepsutym spełnieniem.

Z głębi wora
Kot

Ogłoszenia drobne

Za długo patrzyłam ci w oczy i zamiast moich noszę teraz twoje. Co nimi widzę? Drogę, po której nie ja idę, drzwi na innej wysokości powiek, z daleka od rzęs, klamki, które chwytam wzrokiem nieswoim, sznurowadła długości na oko nieznanej, innej wielkości kolana oparte o podłogę, siniaka o barwie nowej, pająka w kącie pokoju, łagodniejącego pod męskim spojrzeniem, kałuże i błoto unoszące się wokół kalejdoskopem, liście z innej części świata, spadające w innej części głowy, z innego ciągu skojarzeń, z układu limfatycznego inną kroplą, piasek z innej podeszwy i kamyk w szczelinie o wykroju obcym pamięci, skarpetkę widzę zwijającą się inaczej, zdzierającą skórę w innym niż moje miejscu. Uciska inne wspomnienie. Zapachów nieznanych się domyślam, myśli oglądam w zadziwieniu, na inną kobietę oczy w cylindrze szeroko otwieram, na inne dzieci z czułością zaciągniętą patrzę. I tylko siebie nie widzę.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial