Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Październik 2015 (strona 1 z 4)

Poli Samotni

Ten serial jest gęsty i lepki. Kto jest w wieku kryzysowym, około czterdzieści, z łatwością odnajdzie w sobie jego skład chemiczny. Serial „The Affair”, bo o nim jest mowa, opowiada o akceptacji, odrzuceniu, pożądaniu, czyli tym wszystkim, co sprawia, że ludzie są szczęśliwi lub nieszczęśliwi, i tym wszystkim, co odpycha od jednych a przyciąga ku innym. Przeczytałam w polskiej prasie internetowej recenzję serialu i muszę napisać recenzję recenzji, bo zostałam z niedosytem. Oglądając tego typu produkcję trudno się nasycić, jej rolą jest bowiem wzbudzenie jeszcze większego łaknienia, ale recenzja także nie zaspokoiła moich potrzeb.

Czytaj dalej

Parasole

To był jeden z tych dni, gdy parasole psują się w deszczu. Kosze na śmieci pełne były obnażonych stelaży, chudą nogą sterczących ku górze. Wiatr podwiewał im spódnice i targał nimi nielitościwie, niepomny na ich wstyd. Nie tylko na parasole nie zwracał uwagi, przewracał także starsze panie, wyrywał im torebki i ciągnął je po chodnikach, aż z kieszeni wysypały się zdjęcia wszystkich wnuków. Owiewał otulone pończochami uda i pachnące kulkami na mole podszewki płaszczy. Zrywał mężczyznom kapelusze, a potem wpychał ich na siebie zderzając głowami aż krew szła im z nosów. Wiatr i z krwią potrafił się zabawić. Podrywał krople w górę, mieszał je i zrzucał nagle na przestraszoną dziewczynkę, w różowym płaszczyku. Kilka kropli na twarz, kilka na dłonie, kilka na płaszcz i pod nogi, żeby matkę przestraszyć. A potem jechała ciężarówka. Jej kierowca patrzył na poprzewracane staruszki i latające kapelusze, na wrzeszczącą dziewczynkę i mdlejącą mamę dziewczynki. I zauważyłby więcej, gdyby wiatr nie zrzucił gałęzi na szybę przednią akurat w momencie, w którym kierowca zakręcał w lewo. Jak bezczelne wietrzysko przeniosło tak wielką i powykręcaną gałąź przez całe skrzyżowanie, pozostanie tajemnicą żywiołu. Przeniosło, rąbnęło, wybiło, pękło, pniem grubszym w czaszkę, niewielką gałązką w oko. Ciężarówka leżała na boku i przygniatała psa, smycz i pół właściciela. Z ciężarówki tymczasem przez rozszczelnione drzwi sączyła się strużką benzyna z przebitego zbiornika. Zapach benzyny roznosił w powietrzu wiatr, mieszał z deszczem i rozrzucał wszędzie, gdzie się obrócił, a że obracał się bez końca, więc i okna mieszkania pani Halinki były w benzynie, i okna mieszkania pana Stasia. On mieszkał trochę wyżej, na trzecim piętrze i powoli wchodził codziennie z zakupami do siebie, pukając uprzednio do pani Halinki i Krysi, które mieszkały na jednym piętrze naprzeciwko. Odbierały zakupy od pana Stasia, który na koniaczek wieczorami chadzał raz do jednej, raz do drugiej. Chociaż koniaczek się już skończył, bo przed emeryturą, więc popijali słabą herbatę z cytryną. Chociaż cytryna się już skończyła, więc samą herbatę earl grey. Zapach earl greya wyczuł wiatr i przy okazji benzyną zabryzgał też psa szczekającego w mieszkaniu pani Misi, która leżała przewrócona podszewką do góry na chodniku. Podczas, gdy ona leżała, jej pies szczekał na wiatr, łykając krople benzyny.
Wszystko działo się bardzo szybko i jedynie obnażone parasole w koszach rozumiały w jak wielkim niebezpieczeństwie jest miasto. Pomimo upokorzenia, odrzucenia, braku dbałości, lecz także z miłości do dzieci z Bangladeszu, które własnymi rękami składały ich parasolowe, kruche i nieodporne na stres ciała, stelaże wydostały się z koszy, każdy ze swojego. A potem rzuciły się metalowymi setkami w górę, na ten wiatr szalejący, żeby go powstrzymać, żeby obciążyć, odwrócić uwagę od ludzi, od ich domów, spódnic, kapeluszy i torebek. Gdy się jednak wzniosły wysoko, zaczęły wpadać na siebie tylko, zwierając się szprychami, wyginając je, plącząc i stukając metalem o metal. Poszła iska, nie jedna, wiele iskier spadło na otoczone oparami benzyny ulice, na dziesiątki przewróconych samochodów, zerwanych gałęzi. I na małe dziewczynki też.

Obejmij

Vader każdego ranka budzi się z ptakami. Szaro jest wokół i sino. Na parapecie czarnymi butami staje, przez okno wylatuje, na gałęzi jak kruk siada i czeka. Na co czeka nie mówi. Ptaki swoją pieśń wyśpiewują a Vader czeka. Mrówki po pniu na płaszcz mu wchodzą i pod kombinezon się wciskają. Jad do skóry mu wstrzykują, a Vader czeka. Ptaki w pary się dobierają, gniazda wiją, młode uczą latać, do ciepłych krajów odlatują, następnej wiosny na znane podwórko przybywają, na którym Vader wciąż czeka. Na co czeka nie mówi. Dzień mija. Czarna postać z drzewa nie schodzi. Pośród kotów podwórkowych jest znana, jej zapach pośród psów. Przez okna ojcowie na córki wracające ze szkoły patrzą, a Vader czeka. Sztućce do obiadu słychać, psy i polujące koty, zdychające ptaki słychać. Vadera nikt nie słyszy a on czeka i swoją niemą pieśń wyśpiewuje:
– Cierpliwości, obejmij mnie mocniej.

Jestem wyczerpana!

Miły moment, nakład książki „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”, wydanej przez Wydawnictwo Bukowy Las, został wyczerpany. Wszystkim, którzy książkę kupili, serdecznie dziękuję. I wdzięczna jestem Wydawnictwu ogromnie, bo bez Bukowego Lasu książki by nie było.

IMG_8571

Wiluj

Mężczyzna przysiadł. Buty lśniły mu tak bardzo, że wnikliwy obserwator dostrzegłby odbijający się w nich ruch wody. Rzeka płynęła wartko i wkrótce pojedyncze krople osiadły na czarnych noskach. Mężczyzna chwycił drewnianą, ciemną laskę, z metalowym, rzeźbionym uchwytem na górze i oparł się na niej z całej siły. Laska zagłębiła się w trawie wygniatając całkiem spory dołek w ciemnej, tłustej ziemi. Właściciel lakierowanego obuwia ukucnął raz jeszcze i z butonierki wydobył śnieżnobiałą chustkę do nosa, którą zanurzył w mokrej ziemi, nabierając jej w materiał garść. Widownia stała na drugim brzegu i przykładając eleganckie lornetki obserwowała każdy jego ruch. Kobietom zza gorsetów wydobywały się niepewne westchnięcia, nie do końca wiadomo, czy spowodowane brakiem powietrza, czy ekscytacją. Podnosiły dłonie w rękawiczkach i machały w stronę przeciwległego brzegu i sylwetki w czarnym fraku pochylającej się z chustką w ręce nad wodą. Niedługo zanurzał białe zawiniątko, wyciągnął je wysoko i z dumą. Publiczność czekała w napięciu. Czując je magik wyrzucił w górę i jednocześnie daleko przed siebie chustkę, z której na głowy zebranych posypały się nie grudki ziemi, lecz diamenty najprawdziwsze, oszałamiając kobiety a na twarzach mężczyzn wywołując szeroki uśmiech.
– Czarodziej.
Tłum szeptał a magik kłaniał się nisko.

We wraku

Słowa. W pół. Nie za. Ani za. Ani za. Mało. Słów tylko. Ile. Tyle. Wszelkie niepotrzebne kolory, światła błyskające, zapachy… Vader otworzył oczy. Sen zerwał się a z nim myśl. Nie tylko pękła, lecz jak balon otwarty gwałtownie cofnęła się. Vader rzucił się za nią, skoczył na parapet i pofrunął za okno, niesiony nadzieją, która zbyt płocha jednak była, więc się pod nim rozwiała. Runął w dół. Runąłby w dół, gdyby wzruszenie go nie uniosło. Uniosło, bo się sam sobą zachwycił, ale od razu też zachwytem nad wyrafinowaniem własnym zachłysnął się. Oddech stracił i prawie się w powietrzu utopił. Samouwielbienie ciążyło mu i na dno ciągnęło, dopiero, gdy je od siebie odsupłał, z zachłystu na brzeg się wydobył, gdzie czarnym oparem melancholia go otoczyła i miękką kołdrą przykryła. Oczy zamknął i śpi jeszcze wciąż we wraku na dnie snem skarbów szukając.

Osłona

Coś musiało się popsuć, ktoś musiał wcisnąć przełącznik i rozmagnetyzować Vadera, bo w nocy prawie nie spał. Osłony nie zadziałały, poduszka więc była zbyt szorstka, prześcieradło niemiłe, kołdra nieprzyjazna. Vader stanął na środku pokoju nagi i cierpiący. Nawet nie z powodu pościeli i otarć od niej cierpiał. Bez osłon jego skóra była tkliwa niesłychanie, tak tkliwa, że Vader czuł sąsiada, który za ścianą chorował na serce i sąsiadkę z dołu, pokasłującą do lustra, czuł awanturę z bloku naprzeciwko i skórę raniły mu odskakujące od podłogi drobinki pękniętego talerza. Na nosie odcisnęły mu się ślady pięści, którą sąsiad bił żonę, aż Vaderowi skrzepy wypłynęły na dywan. Wokół niego zrobiło się tak ciasno, że musiał śrubokręt do mózgu włożyć i kilka razy pokręcić, żeby osłony z powrotem włączyć. Inaczej w ogóle by nie zasnął. A tak śpi nieświadomy spokojnie, chociaż sąsiedzi z naprzeciwka jeszcze się nie położyli.

List od Czytelnika

Szanowna Pani, w bezużyteczności swej niepojęta!

Kpiła sobie Pani ze mnie, że w śmierdzącym worze mieszkam? I co? I okazało się, że więcej z niego widzę niż Pani. Ostrzegałem, że świat się zmienia i Pani nie ma mu nic do zaoferowania. Pazur ostry? Nie ma. Spadanie na cztery łapy? Nie umie. Ocieranie się w celach uzyskania korzyści o łydkę? Nie kultywuje. Proszę mi więc wybaczyć, ale się Pani nie nadaje. Do życia, do walki, do własnego zdania, do charakteru, do rywalizacji. Poziom Pani determinacji – zero, pudel, glonojad, świnka morska. Spartanie już by Panią dawno ze skały w przepaść pchnęli. Bo na co tu czekać! Aż się Pani na starość rozwinie? Świat drapieżnieje, co z mojego worka najlepiej widać. Tu trzeba szpony mieć i kocie mięśnie obleczone futrem. Po mordzie się trzeba prać, sprytnym być, z uśmiechem i trzepotem rzęs ogon w zupę nieprzyjacielowi wkładać. Teren niepostrzeżenie obsikać. Przeciwnika z oka nie spuszczać. Wąsem w niego mierzyć. O, tam, widzi Pani? Kotłują się w masie goryle z szympansami, bo im ochłapy na ziemię rzucono a Pani coś mi o ideałach mówi? Zasiedziała się Pani. Myśli otłuszczone hoduje. Paznokcie obcina i skakać za kłębkiem nie umie. Zapomniała już, jak myszy za ogon łapać. A polowanie się zaczęło. A polowanie trwa. I nie ma już dla Pani ratunku. Gryzonie pierwsze Panią dorwą, pierwsze Pani palce ogryzą. Kto kota w worku w sobie zagubił, żywym długo już nie pozostanie.

Z głębi wora.
Kot.

Sukienka

Postanowiła, że wyjdzie. Po miesiącach niewychodzenia wychodzić nie jest łatwo. Wyjdzie jednak. Brała leki, nic jej złego stać się więc nie może. Wszystkie strachy rozpierzchły się dawno temu. Czuła się bezpiecznie, czuła się spokojnie. Założyła sukienkę, sandały założyła. Fryzurę przeczesała. Brwi wyskubała z włosów nadmiarowych. Łyk wody. Wdechy, oddechy, nos, usta, nos, usta. Wyszła. Powietrze cudowne. Zapachy. Lekkość. Sukienka zwiewna. Ciało miękkie, gładkie. Nie gładkie jednak. Coś uwierało ją wyraźnie. Coś, co tkwiło pod stopą. Drzewa zieleniły się wokół, a ona stała oparta o murek, przy śmietniku. Rozwiązywała rzemyk, odsuwała podeszwę. W pięcie tkwił włos. Sztywny, szorstki. Rozejrzała się, czy ktoś ją widzi. Dotknęła palcem. Nie włos, lecz szczecina. Nieusuwalna palcami pod śmietnikiem łatwo. Włos tkwił a ona nie wiedziała, co robić. Usiadła na murku i zdjęła sandały. Nogi zwisały w dole a ona patrzyła na drzewa. Jeden włos. Kto wie, czy jest prawdziwy? Może on wcale nie istnieje? Wtedy jednak podbiegł pierwszy pies. Obwąchał jej stopy, otarł się o łydki. Już wtedy wiedziała, że nie może patrzeć. Nie powinna pochylać głowy, tylko patrzeć na liście. Pierwszy pies pozostawił zapach i to chyba za nim przybiegł drugi a za nim znowu trzeci. Pyski kładły się jej na kolanach, wciskały się łby spragnione czułości pod dłonie. Odbiegały, ale wracały z innymi psami, z innych, odległych osiedli. Coraz więcej przy niej kłębiło się psich sylwetek. Na wszelki wypadek całkiem zamknęła oczy. Siedziała i nie śmiała ruszyć się otoczona zgrają. Gdy psy znikły, było już zimno, bo dawno zapadł zmierzch. Jej jednak chłód nie przeszkadzał. Nie potrzebowała już sandałów, bo nogi miękko szły po asfalcie. W domu stała przez dłuższy czas po ciemku, w przedpokoju, przed lustrem. Włączyła światło i tylko westchnęła. Psie kudły wrosły jej sierścią w skórę. Od stóp po policzki pokryta była kolorowym włosem.
– Zawsze to samo – mruknęła. Będzie się musiała leczyć z psiej sierści miesiącami. Uchyliła drzwi apteczki i wyjęła fiolkę. Sukienkę zmięła i wrzuciła do szafy. Nie będzie jej przecież potrzebować.

Na linii

I tak to jest z tymi ofiarowywanymi przez bogów cudami, że one może i są cudowne, tylko zwykle są cudowne inaczej niżby sobie człowiek tego życzył. O, na przykład taki eliksir, dajmy na to nieśmiertelności. Można by pomyśleć, że prawdziwa okazja, sam miód, nic tylko pić. I taką myślą niesiony człowiek poszedłby na górę do sekretnego źródła, eliksir odnalazł, a nawet łyknął go sobie, żeby już tę nieśmiertelność po palcach rozchodzącą się poczuć. Zdziwiłby się jednak bardzo, bo ów płyn, zamiast dać mu nieśmiertelność na ziemi bez śmierci, czego byśmy chcieli, tylko by mu śmierć i natychmiastowe przeniesienie się w nieśmiertelność zapewnił. I od razu gotowe, na linii niebo-ziemia, jakieś kosmiczne nieporozumienie.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial