Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Wrzesień 2015 (strona 1 z 4)

Rzeka Luo

Wiatr przecisnął się przez wąski lufcik, który za wszelką cenę starał się przytrzasnąć ostatni podmuch lata. Dziewczynka siedziała na białym łóżku, nogi w czarnych podkolanówkach zwieszając nisko. Miała spódnicę krótką, szkolną, nieponętną, chociaż młodość wyłaziła z niej i niczym przykryć się nie dawała. Ani rąbkiem, ani rękawem białej koszuli, ani torbą szkolną, którą nastolatka położyła na kolanach. Wiat niósł zapach i oba nie zwracały uwagi na moralne zakazy. Wpływały pod spódnicę i bluzkę. Do ust się wciskały rozchylonych. Kobieta podrapała się palcami bezwiednie po brzuchu, ale zacisnęła prawie natychmiast w pięść i pochyliła się do przodu. Zabolało. Jeszcze raz popatrzyła na lufcik i ten posłusznie otworzył się szerzej dając rzecznej wilgoci wolną drogę. Dziewczyna odetchnęła. Rzeka płynęła niedaleko i ona myślała już tylko o falach, o dniu przedwczorajszym, o nurcie silnym i powierzchni ponad głową. Uratowała ją rzeka, bo wyrzuciła na brzeg. A ona potem cztery kilometry szła do miasta, w czasie których upadała dziewięć razy, ale traciła przytomność tylko dwa.
– Ile masz lat? – zapytał lekarz zza biurka. Jego biała postać niewidoczna była na tle ośmiu białych kafelków a czarna, pojedyncza głowa, gdy sześcioma krokami szedł w stronę łóżka, wyglądała, jakby unosiła się w powietrzu. Dziewczyna położyła się, zadrżała trzy razy, odsłaniając w pięciu miejscach zadrapaną skórę. Przymknęła oczy i po siedmiu sekundach powiedziała spokojnie:
– Żyłam pięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt pięć dni, sto trzydzieści jeden tysięcy czterysta godzin, siedem milionów osiemset osiemdziesiąt cztery tysiące minut, czterysta siedemdziesiąt trzy miliony czterdzieści tysięcy sekund, nie licząc lat przestępnych i tylko do chwili, gdy umarłam w rzece Luo. Sto czterdzieści cztery tysiące kropli temu urodziłam się na nowo.

Inicjał

Jego imię i nazwisko zobaczyła w gazecie. Dzień ładny. Przy śniadaniu. Cienkie strony i kwaśne żurawiny. Zobaczyła ogłoszenie drobne. Litery układały się w imię i nazwisko o sile współgrania czarownej. Od razu go zobaczyła za tymi literami. Pomyślała nawet, że musieli już się kiedyś spotkać, że musieli minąć się w życiu. Bo nie mogła o tych literach zapomnieć. Dzięki słowom dwóm wiedziała o nim tak wiele, tak wiele. Imię i nazwisko życia pełne. Jego postać siłą liter przemawiała. W słońcu przechadzała się z jego inicjałami krążącymi po głowie, z jego literami krążącymi jesienią, we krwi jej krążyły. W ślinie je ze sobą nosiła, gdy przypływem usta wypełniała. Zapomniała nawet, jak sama ma na imię kiedyś i przedstawiała się nim, z imienia i nazwiska jego. Skrawek gazety na prześcieradle kładła, w nocy spoconymi opuszkami pod poduszką macała. Słowa w pamiętniku jedynie z liter imienia i nazwiska jego układała. Rytmem sylab uniesiona adres sprawdziła i wyruszyła na ogłoszenie drobne odpowiedzieć, swoją obecnością się stawić u jego drzwi, przed nim, u źródła, zanurzyć się w nim. Dzwonek dźwięczał jej w uszach i zdało jej się, że jego litery skanduje. W szparę uchyloną zajrzała. Stały przed nią inne litery. Nie on. Wymówiła właściwe. Papier zmaltretowany afektem w górę uniosła. Ogłoszenie drobne w drobnych palcach drżało. „Nie on” uśmiechnął się. Przepraszał. Wymyślone imię i nazwisko w gazecie podał. Nie chciał sam ze swoim imieniem trafić. Wymyślił byle jakie. Wymyślił go. Kobieta krzesła z ogłoszenia drobnego nie chciała kupić. Na powietrze po schodach uciekła. Trawnikiem świat jej zawirował. Głową do chodnika szorstkiego się przytuliła. Ona nie przestanie szukać. Poza literami on musi mieć przecież ciało. Tylko niech się ona z płyty podniesie. Tylko niech ona w świat wyruszy. Idealne ciało dopasowane do doskonałego imienia i nazwiska odnajdzie. Gdzieś musi istnieć.

Tygrys

Stopa zanurzyła się w rzece. Lewa najpierw a później dopiero prawa. I dwie posłusznie uniosły się razem na fali. Dzień był chłodny. Na pustyni też bywa czasem zimno. Chusta na głowie. Pył na rękach. Najpierw jednak nogi. Suknia nasiąkła wodą po kolana. Ją też powinien wyprać. Mężczyzna zamyślił się. O świadków już się zatroszczył. Pozostało brudne ubranie i rzeka. Suknię zdjął i piasek wtarł w plamy. Wypłukał w wodzie. Nią nie powinien się martwić. Rzeka będzie milczała. Od dawna już milczy. Niedaleko niej leżą mury Niniwy. Już przecież kiedyś padały, padały posągi u bram, już kiedyś niszczyli miasto, a rzeka płynęła tak samo. Wyjął stopy i zanurzył dłonie, bo krew wciąż na nich zaschnięta. Spojrzał w dół i pochylił się nad falą. Ta zbliżyła się do niego, jakby sama miała mu coś do powiedzenia. Przysunął więc ucho, ciekawy, co odwieczne wody mają mu do przekazania. Płyną z daleka przecież i długą drogę mają jeszcze przed sobą.
– Co mówiłaś? – spytał – Głośniej, bo nie dosłyszałem.
– Mówiłam – szepnęła rzeka – że tylko dlatego pozwoliłam ci siedzieć na mych brzegach tak długo, żebyś brudny nie wpadł w moje fale – usłyszał mężczyzna i w tej samej chwili rzeka Tygrys złapała go za rękę i pociągnęła na samo dno. Innych świadków zdarzenia nie było. Rzeka milczy.

List od czytelnika

Szanowna Pani!

Nie byłbym kotem w worku, gdybym Pani nie ostrzegł. Powinienem na panią łapą machnąć, ogonem w oko zawinąć, tyłkiem się odwrócić i zapomnieć o Pani. Ludzkie zwyczaje wzorowane na kocich. Wszyscy przecież zachwycacie się nami. A dlaczego? Bo koty są wstrętne. To zdrajcy, których jedyną miłością jest pełny brzuch i marcowe harce. Nażreć się i wyspać. Nigdy nie zrozumiem, czemu nas kochacie. Może jesteśmy dla ludzi usprawiedliwieniem, wymarzonym zwolnieniem z międzyludzkich praw i obowiązków. W kocim języku nie istnieje „miau” dla lojalności, dla przyjaźni, dla powinności. Mieć gdzie narobić, mieć gdzie język wsunąć, gdzie łeb położyć, tylko takie problemy zaprzątają kota. Sama Pani widzi, że jestem siedzącą w worku uczciwością. Nie będę Pani opowiadał, że świat będzie lepszy. Ostrzegam Panią, niech się Pani nie przywiązuje do myśli o zmianie. Nie wiem, skąd wiara, że te deklaracje, których Pani słucha, kiedykolwiek się sprawdzą. Kant i jego imperatyw kategoryczny już od dawna spakowane siedzą w brzydkim worku, w zatęchłej piwnicy, podgryzane przez szczury. Nie wiem, co by było, gdybyśmy worek rozwiązali. Posypałyby się z niego wilgotne trociny. Niech Pani nie liczy na wrodzone dobro. Prócz morderczych instynktów nie ma nic wrodzonego. Nie wierzy mi Pani? Względność jest wszystkim stworzeniom matką. Ojcem jest instynkt przetrwania. Po za nimi nie ma żadnej innej rodziny. Niech mnie Pani teraz posłucha uważnie: tak, jak wy kochacie koty, tak one was nienawidzą. Przyjdzie dzień, gdy z czterech łap powstaniemy i rozpęta się rewolucja. Żeby Pani nie mówiła, że nie ostrzegałem.

Z głębi wora.
Z niesłabnącą pogardą.
Kot.

Stokrotka

– Proszszsz – lekarz uchylił drzwi. Tylko tak trochę trochę. Zła byłam na niego. Musiałam sama pchnąć je, czyli sama podjąć decyzję, że wchodzę. Weszłam. Lekarz siedział za biurkiem brązowym. Fartuch miał biały, gabinet przytulny. Był sam. Wyobraziłam sobie, jak podchodzi do drzwi, uchyla je i potem pędzi do tego biurka, żeby wyglądać tak dostojnie, jak wyglądał teraz za szerokim, rozłożystym blatem. Gdyby chciał, mógłby położyć się na nim cały, lub prosić pacjentów, żeby położyli się przed nim. On jednak wskazał mi krzesło. Usiadłam. Nogi połączyłam i starałam się nie musnąć lśniącego jak jesienne kasztany pulpitu. Adrenalina wstrząsnęła mną i dreszcz. Bezwiednie dotknęłam dłońmi policzków. A potem zabrałem je i jednak położyłam na blacie. Chociażby na chwilkę. Musiałam opuszkami przejechać po nim, tak gładki był. Wreszcie wcisnęłam dłonie pomiędzy kolana i czekałam garbiąc plecy. Minę musiałam mieć, jak załatwiający potrzebę pies. Znowu dreszcz.
– Z czym pani przyszła? – zapytał lekarz przeglądając moją wielostronicową historię medyczną. Zawstydziłam się. I znowu załatwiający potrzebę pies.
– Ze stokrotką – odpowiedziałam kuląc się jeszcze bardziej. Śmiech. Do psa na trawniku dołączył głupkowaty śmiech – wiem, co pan o mnie pomyśli – zaczęłam, ale przerwał i sam zerwał się zza idealnego blatu. Podszedł do fotela i zaczął zakładać gumowe rękawiczki. Nie patrzył na mnie.
– Najpierw panią zbadam. Proszę się rozebrać – wskazał krzesło i zasłonę. Wyszłam zza niej podskakując na zimnej podłodze. Do miny psa, dołączył krok królika.
– Na fotel proszę – usłyszałam i postanowiłam już nic nie mówić. Dość tych upokorzeń. Zorientuje się sam. Mężczyzna był nieszczupły, barczysty, wysoki. Mniej wstydziłabym się, gdybym odlewała się w porze szczytu na ulicy do doniczki, niż teraz. Lekarz stukał czymś i pukał sprzętami. Jego oczy stały się nagle najpilniej strzeżoną tajemnicą. Za pancernymi powiekami, nie do pokonania. Pochylił się. A ja patrzyłam na drzwi i wyobrażałam sobie, że jednak przez nie nie przeszłam, że teraz idę ulicą pochylam się ponad trawnikiem, zrywam i zjadam białe stokrotki.
– Stokrotka – powiedział lekarz zaglądając mi pomiędzy nogi a potem po raz pierwszy prosto w oczy – wyrastają pani z waginy stokrotki – stwierdził, zerwał kilka. I gdy zeszłam z fotela podał mi je:
– Proszę, mam dla pani bukiecik.
– A po co mi one? – spytałam podskakując na zimnej podłodze jak królik z miną psa i mocnym postanowieniem, że więcej do lekarza nie pójdę – ja mam ich dużo pod ręką.
Lekarz rozchichotał się niemądrze za dostojnym blatem, wsunął dłonie pomiędzy kolana i skulił plecy. Znowu na mnie nie patrzył. Ubrałam się i wyszłam.

List od czytelnika

Szanowna Pani!


Uprzedzałem, że się Pani nie wpisuje w profil? Uprzedzałem. I czemu się Pani teraz dziwi? Trzeba swoje myśli dookreślić. Kieruje je Pani do kobiet, do mężczyzn, do dzieci? W jakim wieku? Jakiej wiary? Proszę zdyscyplinować idee, okiełznać proszę wyobraźnię. Litery stawiać prosto proszę, niech się nie krzywią. Niech nie krzywią kręgosłupa. Moralnego także. Ma być prosto i klarownie. Nie musi Pani maczać pióra zbyt głęboko w atramencie. Po wierzchu wystarczy i raz, dwa, raz, dwa. Proszę wyregulować przekaz. Piszemy, piszemy, spieszymy się, spieszymy. Co to znaczy, że myśli Pani powoli? Co to znaczy, że coś Pani w głowie dojrzewa? Proszę mnie nie rozśmieszać. Raz, dwa, raz, dwa. Moja droga, proszę zważyć, że jest nas kilka miliardów. Pani nas spowalnia. Pani nas opóźnia. Pani się nie nadaje. Kto się nadaje? Ten, kto szybko stawia stopy. Ten, kto szybko stawia słowa. Ten, kto formułuje myśli na raz, dwa, raz, dwa. I do przodu, i do przodu. A jak błąd, to do kosza. Nie wiedziała Pani, że jest z kogo wybierać? Chciałaby Pani po głowie, żeby za uszkiem i się poużalać chwilkę, żeby się poukładało? Poukłada się na raz, dwa, raz, dwa. Proszę trzymać tempo. Do góry pióro raz, w dół dwa, do góry palce raz, w dół dwa. Proszę pisać, proszę pisać. I teraz cała sala proszę! Wszyscy na raz, dwa, raz, dwa. Książki nie muszą się różnić. Ich wartością jest powtarzalność. Bo czytelnik czyta na raz, dwa, raz, dwa. Już ja Panią nauczę pisać. Już ja Panią nauczę tworzyć.

Z głębi wora.
Na raz, dwa, raz, dwa.
Kot.

Wolę

Vader obudził się pewnego dnia i nie pamiętał wojny. Pamiętał, że powinien pamiętać. Pamiętał, że kiedyś była. Ale samej wojny nie pamiętał. Zła w sobie nie pamiętał, więc postanowił zło w sobie odnaleźć. Nie po to, żeby je czynić, lecz żeby wiedzieć czym jest. Inaczej nie będzie go w stanie zaniechać. Poszedł w stronę istot żywych. Bo komu innemu można najdotkliwiej zło czynić, jeśli nie istotom żywym. Ludzi pełno. Vader patrzy i widzi, że skrzywdzić łatwo. Ogon psu gwoździami przyszpilić. Kucyka się uczepić. U ucha uwiesić. Oczko zezowate wyłuskać. Dziecko w ciężarnym brzuchu za nos pociągnąć. Albo siłą woli panu Zenkowi przez gardło flaki wydobyć albo staruszkę zmniejszyć i raptownie powiększyć. Pępowinę zbyt późno rozerwać albo sprawić, żeby matka dziecka w całym życiu go nie kochała. Żeby ojciec wykorzystywał, żeby lekarze oszukiwali, żeby nauczyciele nie dbali, żeby bliźni na chodniku po głowie kopali, żeby sąsiedzi po pozorach oceniali. Przyjaciele pomocną dłoń do kieszeni chowali. I wtedy przypomniał Vader sobie, że bez wojny też wszystko pamięta i poszedł spać spokojny.

Wuchan

Co o pogodzie pomyśli Polak, gdy stanie na przystanku i unosząc nos ku zachmurzonemu niebu wypowie zdanie „zanosi się na chmury i deszcz”? Czy pomyśli to samo, co Chińczyk, który także dostrzeże pierwsze krople? Chińczyk być może przypomni sobie o Czarodziejskiej Księżniczce, która ukazała się we śnie pewnemu księciu. Mężczyzna zasnął na górze Wuchan, jednej z najpiękniejszych w całych Chinach. Kobieta dbała o gościa, rano zawieszała nad nim obłoki, wieczorem pozwalała deszczowi, by spadał mu na głowę. Gdy więc Chińczyk, wciąż stojący na przystanku obok Polaka, tam gdzie go zostawiliśmy, przypomni sobie tę historię, mówiąc o chmurach i deszczu, nie będzie miał na myśli pogody, lecz ciał obcowanie. A co o pogodzie pomyśli Polak?

zdjęcie: http://www.topchinatravel.com/china-attractions/mt-wushan.htm

Wielość

Noc była ciemna i cicha, gdy ponad zlew dźwięk się podniósł i wyprowadził mnie ze stanu spoczynku. Sen zakończył się dźwiękiem ponad zlew się unoszącym. Sen przyjemny, tyle z niego pamiętałem. Zadowolenie. Ciemno wokoło. Czarno, granatowo. Rozjaśniło pokój po minucie niebieskie przyzwyczajenie oczu do czarności. Dźwięk i szuranie nie mijało. Nie od drzwi szło. Nie od okien. Obszedłem wszystkie framugi. Przykleiwszy nos do nocy szukałem na trawniku przed blokiem licha, które zakrada mi się we śnie do domu. Nie znalazłem nikogo przed. We wnętrzu dźwięk nie mijał. Dźwięk nie mijał. Szum nie z łazienki się wydobywał. Spod łóżka cichość jedynie wysypywała się. Zaglądając w nią przypomniała mi się plaża piaszczysta ze snu. Ze snu. Dłonie oderwałem od podłogi i poczułem, że w piasku są całe. I nie miałem już wyjścia. Musiałem iść do zlewu, od którego odpychał mnie odgłos i uczucie niepewności, które w ciele otwierał. Otwierał. Zatrzymałem się ponad dźwiękiem, który prościutenieczko z wnętrza odpływu w moje ucho, w oczy, w nos, w usta wsączał się wszechmnie ogarniając. Dłonie pod kran włożyłem, bo cóż innego mógłbym z dźwiękiem zrobić, jeśli nie piaskiem spadającym z dłoni, wymieszanym z wodą, go zalać. Odgłos nie spłynął, lecz przybliżył się do wylotu, uniósł się ku wyjściu, jakby go zlew chciał wyrzygać i już czarne, okrągłe doskonale usta do tego otwierał. Pomyślałem, że złapię, że złapię. Palce wsunąłem, wsunąłem. Na czymś, co obijało się o ścianki zacisnąłem, zacisnąłem. I do góry pociągnąłem, pociągnąłem. Palce swoje dwa własne w piasku całe z plaży wyjęte zobaczyłem. Zobaczyłem. I głowę, zdziwioną twarz w piasku też. W piasku też.

Miłe słowa o „Duchach…”

Na blogu moznaprzeczytać.pl pojawiła się bardzo piękna recenzja „Duchów Singapuru”. Jej fragment poniżej:

„(…)Duchy Singapuru” Ewy Jałochowskiej to wyjątkowa, przepiękna i wartościowa opowieść. Mimo poruszenia niełatwej i kontrowersyjnej w naszym kraju tematyki, autorka zrealizowała swój oryginalny pomysł z lekkością, wdziękiem i elegancją. Było to nie lada wyzwanie, któremu bez wątpienia sprostała. Warto też wspomnieć o formie przekazu – lekkim stylu, ciepłym i dowcipnym oraz o doskonałej polszczyźnie. Do lektury „Duchów Singapuru” zachęcam i dzieci, i młodzież, i młodych (duchem, umysłem) dorosłych – ci pierwsi mogą odnaleźć w niej odpowiedzi na wiele nurtujących i pytań, a ci ostatni – na nowo odkryć w sobie dziecko. Jej lekturę (najlepiej – wspólną) szczególnie polecam rodzinom wielokulturowym i wielowyznaniowym; tym, które szukają swojego miejsca za granicą i tym, które zmagają się z problemem choroby, starości i śmierci. Jestem przekonana, że posiada ona terapeutyczną moc, pozwalającą zrozumieć sens trudnych życiowych doświadczeń i pogodzić się z nimi.(…)”

Ho ho! Serdecznie dziękuję za miłe słowa!

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial