Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Sierpień 2015 (strona 1 z 4)

Waga

Tej nocy księżyc łasił się beztrosko. Wpadał przez okna, przeciskał się przez szpary. Pokładał świetlnymi smugami po podłodze, schodach, poduszce i kołdrze. Brakowało tylko, żeby łapy rozłożył i wystawił brzuch do drapania. Noc sama księżycowi szczeliny wskazywała, sama mu pola ustępowała, żeby tylko jej samej w tej znienawidzonej przez nią ciężkiej ciemności nie zostawił. Mężczyzna pod kołdrą poruszył powieką. Obudził go strach i zapach kanapy. Były nie do zniesienia. Mężczyzna pokręcił głową i wstał w piżamie naznaczonej pasami mroku i księżycowego światła. Wiedział, że nie powinien, szedł jednak dalej. Za zapachem szedł, za kanapą, której w jego domu od kilku miesięcy już nie było. Gdzieś jednak niedaleko musiała się znaleźć, skoro ją wyczuwał. Stanął przy oknie i przymknął powieki. Pamiętał dzień, gdy występował ze Związku Miłośników Kanap i gdy wyniesiono z jego domu ostatni ciężki mebel. Wspomnienie jego kantów wciąż ciemniało na obitych piszczelach mężczyzny. Czuł się taki lekki i taki szczęśliwy, że jego zgłoszenie do Związku Miłośników Motyli zostało rozpatrzone natychmiast i pozytywnie. Otworzył oczy. Rozwinął dwa szerokie skrzydła. Nogawki piżamy zadrżały lekko, gdy uniósł się ponad pozbawioną wykładziny podłogę. Kapcie zsunęły się ze stóp. Otworzył okno i wisiał w nim przez dłuższą chwilę. Była tam. Na podwórku czekała na niego. Nie widział jej, lecz wiedział, ze jest. Zapach mikrofibry był nie do zniesienia i drażnił jego delikatne zmysły członka Związku Miłośników Motyli. Nie mógł zobaczyć kanapy, bo księżyc wespół z mrokiem postanowiły ukryć ją przed nim z nadzieją, że go jeszcze zdołają uratować. On jednak wiedział i nie zamierzał uciekać. Uniósł się tylko wysoko ponad podwórko. I niczego nie żałował. Sprężyna jęknęła i poczuł tępe uderzenie w plecy. Jedno ze skrzydeł rozdarło się. Zawirował w powietrzu lekko i ruchem kołowym opadał w dół. Wieko kanapy uchyliło się i zatrzasnęło ponad nim. W górze pozostał jedynie księżyc i noc.

Instynkt

Staruszka otworzyła drzwi na oścież. Sklep był pełny. Ludzi mrowie. Koniec wakacji. Z urlopów powracali, puste lodówki otworzyli. Pustka, którą trzeba jakoś zapełnić. Skoro nie można sensem, niech będzie jedzenie. Kobieta miała niewiele centymetrów. Zgięta była, chociaż nie zgięta przez starość, no może odrobinę. Zgięta przez determinację. W drzwiach stanęła z brązową torbą w dłoni prawej i koszykiem w lewej. Wcisnęła się pomiędzy półki i do koszyka wrzucała. Włoszczyznę, pomidory, liście laurowe. Ale przecisnąć się pomiędzy klientami nie było łatwo. Liście się pokruszyły, pomidory skapywały czerwonym sokiem na szare płyty. Kobieta cebulę do koszyka wstawiła i do kolejki poszła. Tłum. Trąca się mrowie łokciami, ociera plecami, wypycha się i kolanami w kolana i piszczele uderza. Staruszka grzecznie czeka w sukience w pomarańczowe kwiaty z brązowymi łodygami. Czeka grzecznie w siwej koafiurze. Ale stopy podeptane, biodra posiniaczone. Staruszka tylko brązową torbę otworzyła. Powoli ją rozchyliła. Odkurzacz z niej wyjęła, tak stary, jak i ona była stara. Pomarszczony i usiany plamami wątrobowymi. Szarą rurę kobieta wycelowała w stronę kas i tłum ciurkiem wessany znikł. Wokół pusto się zrobiło. Będzie sobie teraz mogła pożywny obiad ugotować.

Lewą powieką

Vader obudził się pewnego dnia całkiem wolny. Mógł robić wszystko. Mógł skakać. Mógł biegać. Mógł leżeć i wstać kiedy tylko miał na to ochotę. Mógł nawet latać, mógł nawet spadać, mógł nawet wznosić się. Mógłby powiedzieć wszystko, co przyszłoby mu do głowy i mógłby milczeć, gdyby miałby na to ochotę. I mógłby pić do upadłego, rzygać, znikać i pojawiać się. I znikać ponownie bez powodu i śpiewać bez pojawiania się, i drgać lewą powieką nerwowo też by mógł. Obudził się więc wolny i bardzo nieszczęśliwy. Dopiero, gdy zakazał sobie tego wszystkiego, dopiero wtedy poczuł się wyzwolony.

List od czytelnika

Szanowna była właścicielko strony!

Proszę nie dotykać klawiatury! Blog został przejęty. Wprowadzamy własne porządki. Na każdym tekście odciśniemy swoją łapę, pozostawiając odór worka lub kocie rzygi. A tak na marginesie przemian, moja droga, tak dać się zmanipulować… Jest Pani bardziej naiwna niż woskowina wypływająca z mojego ucha. Zaprzyjaźnić się z Panią było nadzwyczaj łatwo, zdradziła Panią potrzeba. Należało nie iść za nią, zaufać instynktownemu oporowi. Ale Pani ma przymus przyjaźni. Dzisiaj już mogę przyznać się do oszustwa, bo osiągnąłem zamierzony skutek. Będę więc pisał zamiast Pani, nadając stronie jej jedynie słuszny charakter. Będę pisał o tym, co dla każdego kota w worku jest ważne. O patriotyzmie, o wyższości kociego worka nad workiem psim, o wierze w Worek jedynie i prawdziwie bury. Niech żyje czystość zawartości Worka! A Pani zostaje odsunięta za wolny krok, którym nie dogoniła Pani przemian. Bo dzisiaj każdy okopuje się w swoim własnym grajdole. Tłumaczyłem już Pani, że świat podciera się równością i demokracją, że spuszcza ją właśnie ze żwirkiem w toalecie.


Z wyrazami, które nie nadają się do zapisania.
Z głębi Wora.
Kot.

Nieśmiałość

Kobieta zawahała się. Ten mężczyzna. Ten, który stał po drugiej stronie ulicy. Poznała go. Jego jasne włosy, okulary. Nie znali się za dobrze. Kiedyś. Dawno. „Życie ucieka” pomyślała i poszła dalej w swoją stronę. Nie odwracała się. Wiedziała, że się nie odważy. Nigdy. Zawsze. Wciąż to samo. Mężczyzna stał tyłem. Zresztą i tak nie patrzyła. Drzwi sklepu otworzyły się przed nią. Zamknęły i otworzyły ponownie. Czarna puma wyskoczyła z pomiędzy nich. Przechodnie rozstąpili się z piskiem. Puma wskoczyła na samochód, potem na drugi. Po dachach biegła, wyciągając ciało w czasie skoku. W jej sierści odbijało się światło budynków. Mężczyzna stał tyłem. Miał jasne włosy. Usłyszał krzyki, więc i on się odwrócił. Okulary spadły na chodnik. Pazury wbiły mu się w skórę i rozcięły policzki. Zwierzę oderwało się od niego, siadło u jego stóp i zaczęło lizać umazane krwią łapy.

Trzeciego dnia

Vader już kiedyś tego próbował. Nie raz nawet. I nigdy się nie udawało. Jakby mogło się udać? Ubranie było częścią jego skóry. Było jego drugą skórą. Drugą? Nie drugą, ale pierwszą i jedyną. Rozpinał suwak, zdejmował spodnie a spod nich tylko mięśnie i krew. Ból oczywiście także, ale on nie miał nic do rzeczy. Maskę zdzierał z twarzy. Hełm odrywał od czaszki, której białe płaty wyłaziły spod skóry właściwej. Przez dwa dni wszystko ropiało, ślimaczyło się i śmierdziało. Vader cierpiał, ale czuł się wyzwolony. Cieknący, cuchnący i dziki zarazem, bez tajemnic, nagi, prawdziwy. Jakby szczęśliwy jednak nie był i jakby dobrze się nie czuł, trzeciego dnia i tak zawsze musiał zmartwychwstać.

Wszystko

Ulica była całkiem pusta. Szara, pomiędzy dniem a nocą.
– Poczekaj – szepnął mężczyzna. – Niech zapadnie zmierzch, wtedy włączą światła.
Kobieta kuliła się i trzęsła z zimna i strachu.
– Przytulisz mnie? – zapytała. Mężczyzna nie chciał.
– Lepiej, żeby ci było zimno – powiedział.
On był rozgrzany. W razie czego przejdzie tylko ona. Wolałby taką sytuację. Był zmęczony. Nie był już w stanie się bać. Chciał to mieć za sobą. Wiedział, że dzisiaj powinien oddać jej pierwszeństwo. To, które przeżyje dziś, i tak zginie jutro. Marna pociecha. Ale wolałaby zginąć pierwszy. Po kilkunastu minutach stali już w całkowitej ciemności. Mężczyzna wskazał jej okna. Zapalały się jedno po drugim oświetlając wielkie, bezkształtne, drgające w nich czarne bryły. Kobieta odwróciła się ze wstrętem. Zaczęła wyrywać dłonie z rąk mężczyzny, szarpać się. Ścisnął jej nadgarstek.
– Za późno. Wiedzą, że tu jesteśmy. Czekają.
Kobieta oddychała płytko. Nie była w stanie stać. Położyła się i przyłożyła policzek do chłodnego chodnika.
– Pomyśl o tych, których ratujesz – mężczyzna uniósł ją do góry. – O tych, którzy przeżyją. O twoich dzieciach.
Kobieta zakryła twarz i zaczęła jęczeć. Cienie w oknach ruszały się coraz szybciej. Wyglądały jakby przebierały nogami poruszając galaretowatą masą ciał. Mężczyzna pchnął kobietę do przodu. Nie było już na co czekać. Szła niepewnie. Nie rozglądała się. Zamknęła oczy. On szedł za nią. Musiał jej ustąpić. Musiał. Chyba, że pójdą razem. Złamie zasady i nie będzie musiał czekać w tym przeklętym mieście na śmierć aż do jutra. Ale umowa była inna. Jeden wieczór, jedna śmierć. Wtedy oni zostawią jego miasto w spokoju. Muszą zginąć zgodnie z umową, taka jest cena. W oknach poruszyły się cienie. Już czas. Wysunęły się z nich, leciały. W jej stronę. Tylko w jej stronę. Długie, rozpusze jęzory. Przyklejały się do niej. Widział, że do niej. Widział, jak każdy ciągnął w swoją stronę, jak rozrywały ją. I każdy otaczał swój fragment mięsa, zdobycz. Odrywał od ziemi, jeśli upadł. Powracał z nim do okna i wrzucał do wnętrza galaretowatej bryły. Usłyszał chrzęst przeżuwanych kości. Chciał pomyśleć, że jej zazdrości. Nie zdążył. Chciał pomyśleć, że złamali umowę. Nie miał już czasu. Poczuł tylko zimny dotyk, lepkie, miękkie mięso przyklejało się do jego ciała ze wszystkich stron. Stopy straciły grunt. Chrzęstu już nie usłyszał. I grzechoczących kawałków swojego ciała także nie. Po kilku minutach na ulicy zrobiło się całkiem cicho. I nagle w tej ciszy odezwały się dziesiątki głosów, buczenie głodnych monstrualnych żab, które chcą więcej.

Nic

Mężczyzna stał w drzwiach sklepu i starał się wyrwać z rąk dwóch napompowanych strażników, którzy ściskali jego napięte przedramiona.
– Puśćcie mnie, proszę – zaciskał zęby, żeby nie krzyczeć. – Nic złego nie zrobiłem.
Przed sklepem zbierał się tłum. Wszyscy patrzyli na niego z wyrzutem.
– Niech się odsunie – powtarzała pani w bordowej garsonce stukając drobnymi obcasami i ocierając kolanem o kolano w cielistych rajstopach. – Niech się odsunie, bo zawadza.
Mężczyzna wyrównywał oddech i starał się uśmiechnąć. Nie do garsonki, ale do strażników. Skrzywił się tylko brzydko. Oni ścisnęli mocniej.
– Przykro mi – powiedział jeden z nich, ten z lewej, który trzymał w ręku czujnik. – Puścić to wbrew przepisom.
Spojrzał jeszcze raz na pomiar i pokręcił głową.
– Nieprzepisowe przymiotniki. Myśli zakazane. Nie wpuszczę tu pana. Ja sam… nie uważam, ale… Mam obowiązek zawiadomić policję. Z takimi myślami nie przejdzie pan przez miasto.
Podsunął mu pod nos kartkę z rozporządzeniem i wykaz słów niedozwolonych. Mężczyzna odwrócił głowę na znak, że nie będzie czytał. Już nie szarpał się i przestał napinać mięśnie.
– Zachowuje się pan jak dzieciak – jeden ze strażników złapał go za policzek, jak niemowlę. – Przecież to dla pańskiego dobra i nas wszystkich, żeby ludziom żyło się lepiej. Wyobraża pan sobie, że ktoś mija pana i coś sobie myśli? Ani pan by tego nie chciał, ani my.

Parawan

W słowniku przeczytacie, że chroni przed wiatrem. Że składa się ze skrzydeł, że może być z laki czerwonej lub czarnej, zdobiony drogimi kamieniami lub drewnem, że pierwszym europejskim państwem, w którym się pojawił była Francja, i że miało to miejsce w XVI wieku. Ale nie przeczytacie, że w Chinach, skąd parawan pochodzi, chroni nie tylko przed silniejszymi podmuchami wiatru, lecz że wędrującym po liniach prostych duchom bohatersko przecina drogę

Jajka Parmenidesa

Pewnego poranka Vader obudził się bez imienia. A ponieważ nie miał imienia, nie znał go. A ponieważ nie znał go, nie wiedział, czy sam w ogóle istnieje. Bo przecież wszystko, co istnieje musi mieć imię. A co jeśli nie ma imienia? Jeśli nie ma imienia, nie istnieje. Obudził się więc Vader nie istniejąc i bez imienia. A skoro nie istniał i nie miał imienia, nie mógł się obudzić. Nie mógł się obudzić i nie powinien nawet, bo nie istniał. Skoro jednak się obudził, oczywiste stało się dla niego, że musiał istnieć i musiał nosić jakąś nazwę. Musiał, ale jej nie znał. Nie znał jej, bo jej nie miał. A skoro nie znał swojej nazwy, bo jej nie miał, znaczy, że nie mógł istnieć, bo…
– Dość! – krzyknął Vader i nie zwlekając sam sobie nadał imię. Od tej chwili Vader istnieje i wreszcie może jeść na śniadanie jajka, które także istnieją, ale tylko do chwili w której zostają przez Vadera zjedzone. Chyba, że…

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial