Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Lipiec 2015 (strona 1 z 4)

Pokora

Oparte o struny palce czekały na sygnał. Muzyka rozbrzmiała i rozpłynęła się w parkowym parnym powietrzu. Z potem ściekała widowni po czołach i karkach. Z fortepianem zbierało się na burzę, bo powietrze w napięciu gęstniało jeszcze bardziej i niebo wisiało stalową barwą ponad drzewami. Kobieta w białej koszuli i opiętych spodniach patrzyła na mężczyznę obok. Ubrany na szaro i zasłuchany siedział w pierwszym rzędzie. Kącikiem oka uśmiechnął się do niej. Nie przestawała patrzeć. Razem z kontrabasem wędrowała po jego policzkach. Zajrzała do nosa, pomiędzy rozchylone wargi, w górę na spocone czoło i na czubek wyłysiałej głowy. Nagle dźwięk trąbki zabrzmiał na alarm. Masywny owoc arbuza toczył się niebem i trafił z góry prosto na głowę mężczyzny, który zachwiał się, złapał kobietę w białych spodniach za rękę, lecz wytrwał. Kobieta zmrużyła oczy i już zielony parasol osadzony na białej, długiej nodze zrywał się z niedalekiego balkonu i leciał ponad ulicą i parkiem, ponad sceną, ponad widownią i wbijał się w głowę sąsiada, który jedynie przymknął oczy i mocniej chwycił kobietę za palce. Krople krwi zasłoniły mu oczy, ale się nie poddawał. Kobieta także nie, więc na mężczyznę poleciał talerz perkusji rozcinając rantem szyję i uwalniając cienki strumyk krwi. Pałeczki wytrącone muzykowi z dłoni wbiły się w lewe oko, które galaretowatymi łzami opuściło już na zawsze oczodół. Instrumenty zabrzmiały nagle wszystkie razem a potem ucichły. Publiczność zerwała się z miejsc i ciasno otoczyła kobietę. Oklaskom nie było końca.
– Wspaniała! – krzyczeli.
– Bezwględna!
– Cóż za pojedynek!

Rakieta

Vader budził się co rano i stawał na Ziemi szczęśliwy, chociaż nieświadomy. Nie zdawał sobie sprawy z siły swojego przywiązania do niej. Chodził po niej, siadał, spał na niej i rozrzucał po niej kawałki siebie. Jego drobinki unosiły się w atmosferze i krążyły dookoła Ziemi. O sobie zawsze myślał w kategoriach kosmicznych: Vader gwiezdny, Vader międzygalaktyczny, Vader spoza układu. Dopiero, gdy rakieta już była gotowa. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że siła przyciągania jest trudna do przezwyciężenia. A jednak trzeba było ruszać. Odwiedzić odległą planetę i nie wrócić już więcej na Ziemię, tylko umrzeć z daleka. Z braku powietrza, z doskwierającej odległości, która skropliła się na jego czole pod postacią tęsknoty w chwili, gdy wysychał poza układem. Następnego ranka obudził się bardziej świadomy, lecz chyba już nie tak szczęśliwy.

Filiżanka pełna mleka

Chłopiec włożył łyżeczkę i zamieszał. Nachylił się jeszcze bardziej, aż szyja go zabolała. „Jakaś ciemna kropla, jakaś czarna kropka pływa pośrodku szklanki. Pewnie paproch”, pomyślał i w tym momencie z mleka wypełniającego filiżankę, nad którą Kaj zawiesił twarz, wydobyły się dwa szpony i czarne skrzydła. Szpony złapały Kaja za ramiona i pociągnęły w dół. I w ciągu jednej sekundy chłopiec zanurzył się głową w mlecznym oceanie. Wokół niego zrobiło się całkowicie biało bielą nieprzeniknioną. Kaj zachłysnął się i poczuł mleko nawet w nosie. Gdy wreszcie udało mu się wystawić głowę ponad powierzchnię, poczuł na ramionach te same szpony, które wrzuciły go do mleka, a teraz unosiły wysoko ponad białą taflę, ściskając ciało chłopca bez litości. Kaj jęknął i rozejrzał się, starając się zrozumieć, co się właściwie dzieje. „Czy ja wpadłem do filiżanki z mlekiem? Wpadłem do filiżanki!” Chciał spojrzeć w górę i zobaczyć, kto go niesie, jak wygląda orzeł, który go porwał, ale nie mógł. Szpony chwytały ramiona w taki sposób, że chłopiec nie mógł unieść głowy, mógł tylko patrzeć przed siebie. Szczęśliwie widok rozciągający się przed nim był imponujący. Kaj zaniemówił. Na horyzoncie widział wysokie góry, a pod nimi wspaniałe doliny spływające rzekami i porośnięte wysokimi, falującymi na wietrze trawami. Ale kraina, w której się znalazł, nie była zwykłą krainą z błękitnym niebem, była biała, od pni drzew przez czubki śnieżnych szczytów po chmury i niebo nad nimi.– Mleczna kraina? – szepnął zaskoczony. – Trafiłem chyba do mlecznej krainy… Ała – syknął, bo koszulka przebita pazurem zaczęła się drzeć i Kaj zawisł na jednej tylko orlej łapie. Orzeł, starając się złapać chłopca mocniej, wpił się w jego różową skórę, przecinając ją. Kropelka krwi spłynęła po ramieniu. Kaj wytarł ją i spojrzał z ciekawością na dłoń. Spodziewał się czerwonej kropli i pomyślał nawet, że na jej widok zemdleje. Ale gdy podniósł palce do oczu, zamiast czerwonej kropli zobaczył białą. – Mleko – szepnął, liżąc rękę. – W moich żyłach płynie mleko…

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.

Konflikt

Kobieta zatrzymała się cieniu i oparła o mur plecami. Mur był z cegły i chłodny. Plecy były mokre. Kobieta spocona. Włosy czarne i kręcone. One także dotknęły ściany. Kobieta zamknęła oczy i opuściła ramię z telefonem. Wisiało swobodnie przez chwilę krótką. Krótką, bo zaraz wahnęło się i zderzyło z murem. Aparat pękł dopiero przy piątym uderzeniu. Pierwsze dwa były zbyt słabe. Trzecie i czwarte zbyt świadome. W piątym wreszcie złości było wystarczająco dużo. Zdeformowany telefon spadł na chodnik kilkoma, czarnymi kawałkami. Kobieta poczuła ulgę, że pękł i wstyd, że go rozbiła. Chciała schylić się, pozbierać części, nie była jednak w stanie. Coś trzymało ją przy ścianie za włosy, coś przytrzymywało spódnicę i przysysało się do pleców. Walczyła. Bez skutku. Ciało słabło wciągane pomiędzy cegły. Końcówki włosów wrastały w zaprawę. Skóra twardniała a krew tężała i zmieniała kolor na ceglany. Po kilku minutach na chodniku leżał już tylko zniszczony telefon i czerwone sandały.

List od Czytelnika

Szanowna Pani, o której myśl towarzyszy mi co rano w kuwecie!

Oczom zaropiałym nie wierzę. Nic więcej nie ma Pani do napisania? Nic więcej do przemyślenia? Nie szkoda Pani miejsca i czasu na bzdurne opowieści o szarym, nihilistycznym zabarwieniu? Nie chciałaby Pani zająć się wreszcie czymś pożytecznym? Przecież trwa wielka wojna o wartości. Powinna Pani bronić tych, w których została wychowana. Dziwię się Pani i gardzę nią. Jak można tak marnować życie? I na co? Na sny, na artystowskie wizje wyssane z palca i wyrzygane z trzewi? Czemu nie pisze Pani o tym, co jest dla nas wszystkich ważne? Dla nas zgromadzonych wokół jednego Worka? Worka dziadów i pradziadów? Vader i popkultura, kobiecość, przemiana, symbole i mary… doprawdy na wymioty się zbiera. Kim Pani jest? Czemu nie działa na rzecz jedynie słuszną? Nie rozumie Pani, że w naszym kraju nikogo nie interesują sny? A sny o inności tym bardziej? A sny o symbolach już w ogóle? Mało ma Pani dowodów na to? Mało flar ostrzegawczych zostało wystrzelonych w stronę „Nienas”? „Niemy” to wszyscy ci, którzy myślą i czują inaczej. Dla nich nie ma miejsca w naszym Worku. Niech się do nas dostosują, bo my wyznaczamy kierunek, my wyznaczamy normę. Niech siedzą w swoim własnym worku. Od mojego wara! Won najlepiej z niego. Śmierdzieć mogą nam nasze własne szczyny. Oparów „Nienas” wdychać nie będziemy.

Przesyłam pozdrowienia wylizane z tyłka.

Z głębi Wora.
Kot.

Wstyd

Stała już w drzwiach, z kluczem w zamku i chłodem klatki schodowej wpadającym do mieszkania. Spodnie od garnituru opierały się na obcasach i wydłużały jej nogi. Nie wyjmując klucza, lewą ręką poprawiła jasne włosy, przejechała dłonią po piersiach i brzuchu, żeby sprawdzić, czy bluzka gładko leży. Leżała, ona więc mogła wyjść. Uniosła prawą nogę, żeby przestąpić próg, jednak on był szybszy. Śliską macką owinął się wokół obcasa i wślizgnął pod nogawkę.
– Zostaw!
Nie cofnął odnóża. Złapał szybko drugą nogę. Nie ciągnął. Nie nalegał. Kobieta nie walczyła. Położyła dłoń na szyi i po chwili zamykała już drzwi i tyłem przesuwała się w stronę pokoju rękami szurając po ścianach, żeby zachować równowagę. Macki wciąż nie puszczały jej kostek. Pokój był ciemny. Pomiędzy zasłonami wąska szczelina przepuszczała światło, które padałoby na podłogę, gdyby podłoga była. Podłogi jednak nie było. Zamiast niej ziała szeroka dziura z której wysuwały się brunatne, bezkształtne i pozbawione palców ramiona. Kobieta ukucnęła na brzegu dziury i wyjęła z czarnej torebki białą chustkę, pęsetkę i lusterko. Chustkę położyła sobie na kolanach. Zdjęła perukę. Przez chwilę patrzyła sobie w oczy. Nie była w stanie unieść lusterka wyżej. To nigdy nie było przyjemne. Wreszcie wzięła głęboki wdech, jakby chciała zanurzyć się pod wodę. W lusterku pojawiła się jej głowa, króciutkie, nierówno porastające ją włosy i bordowe strupy. Podniosła pęsetkę i zaczęła wyrywać a potem strzepywać włosy do wyrwy w podłodze. Ze środka wydobył się pomruk. Kobieta kiwnęła głową, na znak, że zrozumiała. Zacisnęła oczy, zdarła jeden ze strupów i rzuciła go do wnętrza przed sobą. Łzy i krople krwi wytarła chustką. Zamknęła torebkę, wytrzepała perukę i wyszła.

Sen Kaja

Zasnął. Najpierw przyśniła mu się babcia, która na drutach robiła wieżowce. Była wielka, a wieżowiec sięgał jej zaledwie do kolan. Zamiast włóczki u jej stóp turlał się księżyc, z którego nić nawlekała na druty. Gdy już cały wysoki budynek był gotowy, babcia nie odcięła wcale księżycowych sznurków, tylko złapała je mocno i zaczęła biec, nie wypuszczając ich z rąk. Zaraz więc cały wieżowiec, ciągnięty na linkach, uniósł się na wietrze i łopotał teraz jak latawiec na tle chmurnego nieba.
Kaj nie widział siebie we śnie, bo obserwował go z zewnątrz, jak film. Latawiec widział jak na ekranie, ale gdy wieżowiec przechylił się na wietrze, tak odrobinę tylko, wysypały się z niego gwiazdy i jak konfetti posypały na głowę chłopca, skaczącego z radości jak dziecko, którym przecież był. Gwiazdy nie chciały zatrzymać się przy Kaju na dłużej. „Nie mamy czasu, nie mamy czasu”, szeptały. „Śpieszy nam się bardzo, bardzo nam się śpieszy”. I w jednej chwili wszystkie zamieniły się w strugę i wpadły do wnętrza wielkiego dzbana stojącego tuż przed Kajem. Dzban był pękaty, brązowy, dopiero co wypalony. Gdy Kaj spojrzał w prawo, zobaczył wielki piec przypominający warującego smoka, tak długi był i szeroki. Przez ceglane drzwi do smoczego cielska wchodzili ludzie i wyciągali z niego gliniane dzbany…
– Pewnie przypomniał mu się we śnie warsztat ceramiki i wielki, tradycyjny chiński piec, który rozpalano niedawno – szepnęła istotka siedząca w nogach śpiącego Kaja. – Widzę, jak w jego śnie gwiazdy wpadają do ostygłego dzbana…
– A ja widzę… – zaczęła druga istotka siedząca przy głowie śpiącego Kaja. – A ja widzę, jak na dnie dzbana skrada się tygrys.
– Nie wchodź do dzbana! – krzyknęła trzecia istotka. – Nie wchodź!
Ale czwarta uciszyła pozostałe, kiwając głową i wyciągając dłonie na znak, że tamte powinny zatrzymać się w swoich zapędach i zamierzeniach.
– Nie przerywajcie mu! Niech śni!

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie Karol Jałochowski

Lwem

Vader obudził się pewnego ranka lwem. Matka wylizała go z krwi, zębami zdjęła resztki łożyska. Przydusiła łapą, żeby wiedział, kto rządzi. Nosiła go ze sobą w pysku. Otulała i karmiła. Taka była jej rola. Jego zadaniem było życie w stadzie pośród innych zwierząt. Spełniał swoje zadanie skrupulatnie i nieświadomie. Pozostawanie nieświadomym także należało do jego obowiązków. Gdyby było inaczej, musiałby dostrzec słabość przywódcy stada. Lecz jej nie dostrzegł. Musiałby dostrzec, że samiec zdechł. Ale jego śmierci nie zauważył. Musiałby zobaczyć rządy nowego samca. Na nie jednak był ślepy. I musiałby zrozumieć, dlaczego matka nie broni go przed zagryzieniem. Do ostatniej chwili nie zrozumiał. Następnego ranka Vader obudził się poza stadem i postanowił, że tam już pozostanie.

Dziura

Vader obudził się pewnego ranka do podróży. Wyszedł. Minął. Nie zatrzymywał się. Daleko szedł, w nieznane. Zapach pól mu się marzył i powietrze wilgotne od ziemi. Zaczerpnął więc wilgoci i szedł. Po trawie. Po piasku. Po glinie. Aż w butach piasek zaczął szeleścić, piętę mu głaskać i pomiędzy palce wskakiwać. Siadł Vader i but zdjął. Wysypało się z niego sporo ziaren, niespełnionych obietnic, słów niewypowiedzianych, myśli niedojrzałych. Przyjrzał się sobie Vader bacznie. Nieszczelny musiał być. Dziurę znalazł. Nie nową. Jej brzegi wypłowiałe i starte. Musiała od dłuższego czasu wnętrze Vadera po polnych drogach rozsiewać. Dlatego od tak dawna pusty był. Wstał i schylając się szedł. Kłosy, kapsle, szkiełka przez wodę wymyte, pudełka stare, kamyki i płatki maku przez dziurę wpychał, żeby pustkę zapełnić. Do domu powrócił, dziurę w stopie zacerował i spać się położył. I całą noc maki mu się śniły ceglasto kwitnące.

Lep

Kobiety lgną do nich, jak niedźwiedzie do miodu. I nie ma się co dziwić, przecież boscy kochankowie znają tajemnicę nieba. Znają recepturę nie tylko somy, niebiańskiego wina, lecz także licznych napojów miłosnych. Prócz afrodyzjaków uwodzą głosem, śpiewają i mają gadane, które wyssali z mlekiem hinduskiej bogini mowy. I nie ma szansy – gandharwom, narodzonym z Brahmy, żadna kobieta oprzeć się nie zdoła.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial