Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Czerwiec 2015 (strona 1 z 4)

W drogę!

Artykuł w Tygodniku Podhalańskim poświęcony międzynarodowemu festiwalowi Barokowe Eksploracje oznacza, że czas już najwyższy wyruszyć na Południe. Powyższy folder został przygotowany specjalnie na szczawnickie warsztaty. Dzięki niemu wszystkie dzieci, które 2 lipca przybędą na „Spacer z Berninim”, będą mogły wędrować po barokowym Rzymie.
Szczawnica – Dworek Gościnny, godz. 11.00
Niedzica – Pawilon Informacyjny na Zaporze, godz. 16.00

List od czytelnika

Szanowana Pani, do której szacunek usuwam co dzień z żołądka razem z nadmiarem włosia.

Dziękuję za Pani listowną odpowiedź. Nie spodziewałem się z jej strony serdeczności i proszę ją sobie darować. Ani jej pożądam, ani potrzebuję. Proszę mi patrzeć na włochatą mordę: nie życzę jej sobie. Powtórzę to raz i więcej nie. Z perspektywy worka, proszę mi wierzyć, nie istnieją przyjaciele. Już dawno straciłem w nich jakąkolwiek wiarę. Wokół mnie pełno jest złudzeń, oddaję na nie mocz codziennie rano. Sama Pani zresztą wie, jak pachną kocie szczyny, skoro pisze mi Pani, że kiedyś miała kota. Cóż, przebrnąłem przez nudną lekturę Pani odpowiedzi. Proszę pozwolić, że wyrazy przyjaźni posłużą mi za papier do kuwety. Zbyt wiele krzywd mnie w życiu spotkało, żebym mógł wierzyć jeszcze w cokolwiek, co jest pozbawione własnego interesu, więc Pani list także trafia na listę podejrzanych. Mam nadzieję, że sama Pani nie wierzy w to, co do mnie napisała o wsparciu i pomocy, których mi udzieli, gdybym ich potrzebował. W głębi worka wierzyłem, że nie jest Pani aż taką kretynką. A jednak. Nie mam Pani nic więcej do dodania. Czekam na honorarium za publikację moich listów. Chyba nie spodziewała się Pani, że będę ją opluwał za darmo?

Z głębi wora.
Kot.

Pustka

Vader obudził się pewnego ranka i go nie było. Nie było go na łóżku, w cieple kołdry. Prześcieradło nie było brudne jego brudem. Nie było go w łazience, na ścianach, gdzie skrapla się para. Nie było resztek jego moczu na muszli klozetowej, ani odcisków jego palców na szybach, ani śliny na stole wymieszanej z resztkami jedzenia. I drobinek jego skóry w kurzu nie było też. Pustka była zamiast niego. Tylko, że Vader nic o niej nie wiedział. Mówił, ale nikt go nie słuchał. Pluł, nikogo jednak nie dosięgał. Złorzeczył i nikogo nie ranił. Kochał, ale nikt nie czuł się przez niego kochany.

Dotyk Vadera

Vader od dziecka tak ma, że jego skóra pamięta każdy dotyk. Każdy. Przyzwoity i nieprzyzwoity. Silny i muskany. Szczery i pełen podtekstów. Vader nosi je z pokorą, ale są też one dla niego codziennym wyzwaniem. Najlepszy jest dotyk mocny. Taki, który mówi, że nie kocha i nie pożąda lub nie kocha i pożąda lub kocha i nie pożąda albo po prostu silnie pożąda i wcale tego nie ukrywa. Vader lubi te silne, bo one wszystkie są uczciwe. Można od razu na nie odpowiedzieć i z łatwością się z nimi porozumieć. Vader nie przepada jednak za dotykiem słabym. Za zdradzieckim głaskaniem. Po pierwsze dlatego, że na końcu takiego dotyku zawsze stoi znak zapytania, ale Vader nie zawsze wie, jak brzmiało pytanie. A po drugie dlatego, że zwykle zbyt późno orientuje się, że muśnięcie pozostało na jego skórze. Na przykład dwie godziny, czternaście godzin, a czasem nawet czternaście lat za późno, bo i tak się Vaderowi zdarzyło. I Vader nigdy nie wie, czy pytanie, które go dotykiem dręczy wciąż jeszcze wymaga odpowiedzi.

Bogong Vader

Jest taka jedna noc każdego roku, gdy Vader budzi się i idzie. Długo idzie a potem długo się wspina. Skupiony jest, nie rozgląda się, tylko na cel patrzy. Żeby go osiągnąć musi wejść pomiędzy szare skały i musi pochylić się nad czarnymi szczelinami. Tysiącami ukrywają się w nich tłuste ćmy Bogong. Vader palcami w rękawiczkach wydłubuje je spomiędzy kamieni, ściska, do ust wkłada i je. Tak długo je aż ma dość i wtedy przestaje. Syty sam wciska się na miejsce tych zjedzonych, w jedną z czarnych szpar schodzi. Owija się szczelnie płaszczem, głowę bezpiecznie składa na ramieniu i śpi. A gdy się budzi, wydobywa się na zewnątrz, rozpościera dwa skrzydła brązowe z czarną kropką na każdym z nich. Wznosi się. Przez krótką chwilę balansuje, starając się nie stracić równowagi. A potem długo leci. I za każdym razem, gdy wstaje rano, znowu jest Vaderem.

Zawiść

Musiała się zatrzymać. Co za hałas! Miasto, centrum. Trzeba było zostać w domu. Przyjechać w sobotę albo w niedzielę, nie w poniedziałek i to w samo południe. Pot ściekał jej wzdłuż ramienia. Duszno.
– Przepraszam – powiedziała, chociaż to ją potrącono.
– Stoi pani na środku.
Odsunęła się, odwróciła. Przytuliła prawie do szarej ściany budynku. Za nią było miasto. Przed nią, na wysokości jej kolan, niewielkie okno. Nie prowadziło do piwnicy, było czyste, z koronkową firanką wydzierganą na cienkim szydełku. Nie widziała, kto jest w środku. Schyliła się i uklękła na chodniku. Wszystko jedno, co pomyślą ludzie. Kolana wytrzymają. Przysunęła się do okna. Wewnątrz zobaczyła biały stół, krzesło, na krześle kobietę. Niemłodą. Chyba w podobnym wieku. Stał przed nią talerz, na talerzu mięso. Nic więcej, tylko szeroki, gruby puc. Kobieta przy stole spojrzała jej prosto w oczy. Podniosła widelec i wbiła go. Mięso trysnęło sokiem. Kobieta przed oknem poczuła ból, jakby to jej ktoś wbijał widelec. Zakwiliła. Ta przy stole zamknęła usta i żuła. A potem kolejny kawałek. Jadła wciąż patrząc za okno. Kroiła, nadziewała i wkładała do ust. I patrzyła jak postać chwyta się za serce, osuwa się, jak opiera policzek o szybę, zjeżdża na płytę chodnika, jak usta nie łapią więcej powietrza i pozostają otwarte a dłonie trzymają się za serce, którego pod koszulą już nie ma. Starsza pani wstała od stołu. Wytarła dłońmi krew z brody, odwróciła się od okna i spokojnie poszła umyć talerz.

Obłuda

Mężczyzna przystanął. Pozbawione ruchu spodnie wyprostowały się w kant. Były mu doskonale posłuszne. Podobnie marynarka i jej gładkie połacie. Wąs pod nosem, okulary, laska, kapelusz. Mężczyzna patrzył na idealne miasto. Idealne spodnie, długie spódnice, dystyngowanych przechodniów, skórzane buty. Kształty przesuwały się pod zawiniętymi z gracją latarniami, wspierały się na rzeźbionych balustradach, opuszczały stopy po profilowanych stopniach. Drewniane drzwi skrzypnęły, potem schody. Lampa witrażowa oświetliła ciepłym światłem wnętrze jego mieszkania. Pod skórzaną podeszwą mężczyzna poczuł miękki dywan. Drzwi pokoju zamknęły się. Jęknął rozsznurowując but. Ulga. Jęknął rozsznurowując drugi. Podwójna ulga. Wstał i odstawił buty do szafy, na najniższą półkę. Zdjął marynarkę, lecz zanim powiesił ją, stał. Stał i pozwalał stopom odpoczywać. Spojrzał w dół i już sam sobie współczuł. Jutro będzie musiał znowu zwinąć pazury i dwie wilcze łapy wcisnąć w wąskie i twarde trzewiki. Ale dziś nie musi. Zadzwonił na służącego i już po chwili rozchlapywał krople krwi po jasnym obrusie. I jęczał. Tym razem z rozkoszy.

List od czytelnika

Szanowna Pani, która burzy mój spokój i szacunek jej się nie należy.

Droga moja opętana. Nalegam i mam prawo, ponieważ jestem współtwórcą tego bloga i moje listy czynią go w najmniejszym stopniu ciekawym, żeby porzuciła Pani nierealne marzenia. Miałem dzisiaj wątpliwą przyjemność myślenia o Pani, gdy mój worek otarł się o jeden ze sklepów największej sieci księgarskiej w kraju. Zamiast delektowania się upadkiem i rozkładem myśli ludzkiej, myślałem o Pani godnej pożałowania głupawej działalności, która, niech pani zechce chociaż uczciwie przyznać, nie służy niczemu i nikomu. Gdyby Pani życie ludzkie ratowała, gdyby Pani w imię sprawiedliwości działała, to co innego. Ale Pani może równie dobrze stanąć na środku placu i zwracać pod nogi przechodniów kolację. Tak właśnie widzę pani pracę i przemyślenia.

Z dojmującym, głównie dla mnie, bo wolałbym o Pani jak najszybciej zapomnieć, brakiem poważania.
Z głębi wora.
Kot.

Ps. Pozwoliłem sobie zilustrować list do Pani swoim autoportretem, który nosi tytuł „Rzygam trawą do worka myśląc o Pani”.

Prysznic

Noc parna. Powietrze stoi, więc Vader pod prysznic. Odkręca kurek i szczęście, bo woda płynie a pomysły jak to pod prysznicem. Do głowy przychodzą i jak wszy swędzą. Ale co to? Vader w dół patrzy i widzi, że pospadały. Jego najlepsze pomysły pomiędzy nogami woda obraca. Schyla się po nie, ale nie nadąża i pomysły porwane z nurtem w korkociąg wpadają i po kilku okrążeniach wprost do odpływu. Znikają. Vader jęczy z rozpaczy i myśląc niewiele dłonie jak do modlitwy składa i wskakuje za pomysłami wprost. W kanale ciemno, mokro i ślisko. Kilometry całe Vader przepływa. Ale gdy wreszcie pod prysznic wraca, pustych rąk nie ma. Nie tylko swoje pomysły wyciąga i na podłodze rozkłada. Suszy się miłość do żony, bardzo dawno spłukana, więc nie pierwszej świeżości, pragnienie sąsiadki, matematyczne równania, wiara w boga i w szatana, miłość bliźniego, melodia, która mogła stać się przebojem, ale się nim nie stała, rym przyzwoity i nieprzyzwoity, plany rozbudowy kilku przedsiębiorstw, wiele smutków całkiem uzasadnionych. Nieuzasadnionych bardzo niewiele. Ale najwięcej na podłodze leży win nieujawnionych. Vader je wszystkie na sznurku rozwiesza i patrzy jak na słońcu płowieją.

Remanent

Pewnego pamiętnego dnia Vader obudził się rano i był. Ucieszył się, że jest, co zdarzało mu się nieczęsto, postanowił więc przeprowadzić remanent swojego ciała. Sprawdzał, dotykał, zagłębiał się w zakamarki, do których dostępu zwykle sobie bronił. Miał więc przełyk, trudny do pokonania w rękawiczce, żołądek, wątrobę, płuca, bo w międzyczasie także o nie postanowił zahaczyć. Miał narządy wewnętrzne, o których nie zechciałby opowiadać. Dość, że ich dotykał. Gdy wreszcie wyciagnął dłoń z inspekcji, na zewnątrz, w miejscu niespodziewanym, poniżej pleców, powyżej uda, trafił na niewielki przycisk, guzik, jak sądził na początku, a tak naprawdę zatyczkę, jak się okazało niebawem. Sprawdzał jej wielkość, naciskał, kręcił nią i w końcu musiał pociągnąć. Gdy już pociągnął i zaspokoił ciekawość, okazało się, że zatyczka nie miała jedynie funkcji dekoracyjnej. Była niezwykle użyteczna. Vader szarpnął, zatyczka się zerwała i przez otwór zaczęło uchodzic powietrze. Zanim się Vader obejrzał, na czym naprawdę mu zależało, bo zatyczka znajdowała się z tyłu, uszło z niego całe powietrze. I wtedy zaczął się żmudny proces dmuchania.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial