Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Maj 2015 (strona 1 z 3)

Złość

I znowu jej się to przytrafiło. A tak się starała. Każdego wieczora piła melisę, słuchała nagrań ze śpiewem ptaków, zapalała kadzidełka a nawet smarowała skórę wonnymi olejkami. Zamykała oczy i myślała o trawach na wietrze. „Spokój” powtarzała i zwalniała oddech. „Relaks” szeptała i wciągała powietrze głęboko do płuc a potem wypuszczała je niespiesznie. I zasypiała w jedwabnej pościeli, bez ubrania, żeby nic nie krępowało jej ruchów. Czego by jednak nie zrobiła wieczorem i jakiego ukojenia by nie doznała, rano i tak budziła się w klatce, z rogiem pomiędzy kratami i ciężkim, zakurzonym ciałem nosorożca. Przez godzinę nacierała nim na ściany i drzwi, darła ziemię i tupała nogami aż trząsł się budynek i spomiędzy cegieł sypała się zaprawa. Dopiero wtedy odzyskiwała swoją kobiecą postać. Ze wstydem przepraszała dyrektora ZOO i obiecywała, że więcej się to już nie powtórzy. Że następną noc z pewnością prześpi spokojnie, bo nie ma w niej więcej złości.
– Oczywiście – dyrektor z pobłażliwym uśmiechem ściskał jej dłoń i dodawał – do jutra.
A ona czuła, ze znowu zaczyna wzbierać w niej wściekłość.

Piżmoszczur

Piżmoszczur zanurzył brzuch. Stał przez chwilę bez ruchu i nasłuchiwał, czy na brzegu nie czai się lis. Nie czaił sie, więc piżmoszczur uniósł tylne łapki do góry, pozwolił sierści nasiąknąć wodą i dopiero zanurkował. Dno rzeki było muliste i niewiele było widać. Ale on nie musiał patrzeć, musiał dotykać. Złapał błoto i zaczął formować z niego kulę. Wypłynął z nią na powierzchnię. Lisa wciąż nie było, więc ułożył ją na brzegu. Wrócił do rzeki i ponownie zanurkował. Wypłynął z następną garścią mułu i powtórzył tę czynność tyle razy, aż usypał z błota spory pagórek. Wyszedł na brzeg, otrzepał się z wody i zaczął rzeźbić, uklepywać i wygładzać zapominając o niebezpieczeństwie.
– Co robisz? – zapytał lis.
Piżmoszczur skulił się. A jednak lis przyszedł. Był blisko, właściwie tak blisko, że trzymał łapę na karku zwierzaka. Ucieczka nie była już możliwa.
– Co robisz? – powtórzył lis – a właściwie, co robiłeś?
– Lepiłem Ziemię.
– Ziemię? Przecież jest już gotowa – odparł kpiąco lis.
– Ale wciąż nie jest doskonała – odparł piżmoszczur wiedząc, że są to jego ostatnie słowa.

Koliber

Koliber zawisł w powietrzu i patrzył. Nie patrzył jednak na dzieci, które biegały po ogrodzie i krzyczały, że koliber z pewnością przyniósł im radość. I nie na kochanków, którzy ukryci w parku prosili, aby rzucił na nich miłosne zaklęcie. Nie patrzył na szczura wystawiającego nos z nory, który życzyłby sobie, aby ptak zatańczył magiczne tańce, dzięki nim biali ludzie odeszliby bezpowrotnie a na ich miejsce, na zawsze powróciły zwierzęta. I nie patrzył na rolników na polu, którzy wierzyli, że koliber przyniósł na ziemię pierwsze ziarna.
– Czy masz dla nas coś w darze?
Nie patrzył w stronę staruszki umierającej w chacie niedaleko, z utęsknieniem czekającej na tego, kto poprowadzi ją w zaświaty.
– Będziesz nim ty, kolibrze? – pytała cicho.
Lecz koliber nie odpowiadał. Nie patrzył na nią, tylko z niepokojem zerkał do wnętrza dzbanecznika. Chwilę jeszcze zwlekał a potem wleciał wprost w otwartą paszczę mięsożernej rośliny, która miała trawić jego ciało przez najbliższe dni. Nie szamotał się nawet. Pozwolił enzymom spokojnie pracować. Pozostaną po nim jedynie niespełnione obietnice, bo koliber, o czym on sam wie najlepiej, jest ptakiem prawdy, tylko że prawdy od niego nikt nie oczekuje.

Kubera

Mój ulubiony bohater filmowy? Jabba. Bez dwóch zdań. On i tylko on. Żaden arogancki Han Solo, żaden włochaty Czubaka, mydłkowaty Luke Skywalker, czy przeintelektualizowany Vader. Jabba jest gruby, bo jest bogaty a jest bogaty, bo jest obrotny. Znaczy rządzi. Gdybym miał wybierać, powiedziałbym, że Jabba do „Gwiezdnych Wojen” ma się tak jak Kubera do mitologii indyjskiej. Kim jest Kubera? Kubera to oczywiście ja. I to ja rządzę. Mam wszystko, czego ciału i duszy potrzeba: złoto, srebro, klejnoty. Mam żonę Jakszi, mam królestwo własne, mam szacunek i poważanie wśród ludzi. I mam władzę nad duchami, i władzę nad śmiercią. Jedno, czego nie mam, to zachwyt. Lecz ja braku jego zupełnie nie rozumiem. Brzydota nie szpeci. Jestem mały, jestem brzydki, jestem gruby, ale jakiż piękny zarazem.

Dusza rozumna

Niebo błękitne, chmury ani jednej i tylko dusza rozumna unosi się ponad polami. Na wietrze porusza się jej sukienka, woal na twarzy pulsuje. Z dołu można by pomyśleć, że to meduza wędruje po niebie. Skórę ma delikatną jak mgła, dwa skrzydła składa i rozkłada. Do motyla jej blisko, do anioła. Sam spokój i szczęśliwość od niej bije, bo dusza rozumna jest także duszą szczęśliwą. Kto jednak na dłużej zadrze głowę i nie odwróci od duszy wzroku zobaczy, że z naprzeciwka ku pierwszej podąża druga szczęśliwa i rozumna dusza. I zobaczy, że spotkają się zaraz. Że podążają do siebie ponad ludzkimi sprawami. Że są już blisko. Dwie woalki trzepoczą na wietrze, dwa ciepłe, szczęśliwe oddechy. Gdy już są na wyciągnięcie białych ramion, dłonie nagle wpijają w siebie pazurami. Nogi splatają, kopią piętami, wbijają kolana w nerki. Skrzydła łapią i najpierw drą pióra a potem kości pneumatyczne łamią i dźwięk pękania się niesie w powietrzu. Żadna nie jest mocniejsza i każda przegrywa. Ledwo się ponad ziemią z ułamanymi skrzydłami utrzymują Jeszcze ramieniem jedna drugiej zęby wybija. Jeszcze pazurem drapie ciało wystające spod porwanej szaty. I już ani niebo nie jest błękitne ani sukienki białe ani dusze rozumne. I obie w piach na ziemię spadają.

Kojin bogini lalek

Czekam, bo ramionami nie sięgam. Z daleka na nie tylko patrzę. Pień w ich stronę wyginam, wietrzykiem lekkim za uchem dmucham. Proszę, żeby podeszły. Cichutko ich wolę naciskam. Ale dzieci nie chcą. Dzieci dobrze czują. Dzieci świetnie wiedzą. Matki jednak głuche są na nie i to mnie ulegają. Mój podmuch uszy im łechce. Mój zapach wokół nich krąży. Wabię je i czekam, a one same dzieci namawiają i same je do mnie prowadzą. A gdy już pod wiązowcem siądą, gdy dziecko z kolan zdejmą, gdy wzrok odwrócą, gdy rękę puszczą, wtedy ja moje ręce wokół dziecka owijam. Delikatnie gałęziami do siebie przysuwam, usta liśćmi zapycham i do wnętrza drzewa wciągam. Będą się miały moje lalki z kim bawić.

Rawana

Opowiem wam o chwili, która odmieniła moje życie. Czy jej żałuję? Wiedząc, że za chwilę umrę, widząc strzałę Bramy, jedyną, która zdoła mnie zabić, co stanie się już za chwilę? Nie, nie żałuję, chociaż byłem kimś. Kimś niezniszczalnym. Demonem o dziesięciu głowach, ramionach dwa razy liczniejszych, zębach ostrych jak sztylety. I byłem niepokonany. Głowy odrastały a ja mogłem przybrać każdą postać, jaką chciałem. Dymu? Rozwiewałem się. Kamienia? Twardniałem. Martwego? Na chwilę umierałem. Władcą demonów byłem, wszystkie rakszasy miałem na swe zawołanie. Kobiety brałem, ludzi mordowałem. Byłem królem. Ani człowiek ani bóg nie mogliby odebrać mej potęgi. Aż pewnego dnia zobaczyłem ją… Nie. Nie kobietę. Kobietom nic do tego. Zobaczyłem puszpakę, pojazd, latające marzenie. I chwila, w której pokochałem maszynę stała się początkiem mojego końca.

Kot demon

Nie było dużego ruchu. Miasto w lecie pustoszało. Most stał w słońcu, asfalt pachniał, rudy kot w krzakach siedział. Lato na całego. Kobieta z synem szła krokiem niespiesznym, bo jej się nie spieszyło. Drugi syn, starszy, przyglądał się niebu wypłowiałemu. Coś go zainteresowało na nim tak bardzo, że nie zauważył tego, co kobieta wchodząca z dziećmi na wiadukt także przegapiła. Barierki stały, owszem, lecz nie od strony przepaści a od samochodów. Krzyknęła, ale za późno. Nogą nie trafił. Zachwiał się i poleciał. Ręce tylko rozłożył. Matka drugie dziecko mocno chwyciła i z wiaduktu zeszła. Przepaść wysoka. Kobieta po zboczu na dół biegła. Jej syn leżał. W głowie liczyła szybko ile metrów leciał. Dwadzieścia, więc zginął. Podeszła do niego. Drugiego syna ani przez chwilę z dłoni nie wypuszczała. Uklękła przy leżącym na żwirze. A tu zza niego rudy kot się wyłania, ten sam, który na górze w cieniu się chował. Krew z ucha chłopca zlizuje, policzek pęknięty śliną przykrywa. Matka oddech wstrzymuje. Chce kota przegonić, lecz jej zmarły syn nagle głowę podnosi, kolana ze żwiru otrzepuje, twarz z piasku czyści, bordową kroplę spod nosa wyciera. I na nogi staje, ale nie na dwie wcale, tylko na cztery. O spódnicę matki się ociera, głowę pod rękę brata wsuwa i odchodzi za rudym kotem więcej się na matkę nie oglądając.

Bujang Sembelih

Prawda jest taka, że nikogo nie interesuję. Trudno się dziwić, bo jestem niewidzialny. Powinienem się już przyzwyczaić, powinienem się wreszcie pogodzić, ale nie potrafię. Czuję się taki pominięty, taki niezauważony a przede wszystkim taki samotny, że po prostu muszę przychodzić do was w nocy. Przyglądam się jak śpicie. Jak zawija się wam kołdra, przesuwa poduszka. Poprawiam ją, przykrywam, chowam wasze zziębnięte stopy. Siadam sobie na szczycie łóżka i udaję, że się znamy od lat i że się przyjaźnimy. Wyobrażam sobie, że budzicie się rano i że mnie widzicie. Wiem, że to niemożliwe, ale wciąż mam taką nadzieję. Patrzycie na mnie i mówicie:
– Miło cię widzieć, Bujang. Masz ochotę na jajecznicę?
A ja wtedy odpowiadam, że chętnie i siadam naprzeciwko was, jem tę jajecznicę i jestem szczęśliwy. A potem przypominam sobie, że to się nigdy nie wydarzy, że nigdy mnie nie zobaczycie, że nigdy nie zjem waszej jajecznicy i na zawsze pozostanę przez was niezauważony. I dopiero wtedy was zabijam. Z tęsknoty. Ale w słowniku napiszecie tylko: Bujang Sembelih – demon podrzynający ludziom gardła.

Ambicja

Dzień był ciepły. Lipiec miał się ku końcowi, więc zapach zboża niósł się po wiejskich cichych drogach. Na drewnianym ganku siedziała kobieta i słuchała ptaków, bo tylko ptaki było słychać. Nie słychać było samochodów ani traktorów. Kombajny nie wyjechały jeszcze na pola. Przed kobietą w całkowitej ciszy stał kot. Tuż przy nim leżało zakrwawione skrzydło sikorki. Kawałek jej żółtego brzuszka odczepił się od piór i potoczył aż pod pantofel pani. Ona patrzyła na kota a kot patrzył na nią. Nagły szelest liści odwrócił ich uwagę. Niewielki ptak zerwał się z drzewa owocowego rosnącego tuż przy ganku. Kot podniósł uszy, jednak kobieta była szybsza. Odbiła się dwiema nogami od deski, zwinnie skoczyła ponad ganek i ponad dach, złapała ptaka w zęby i w locie przegryzła mu kręgosłup. A potem spadła na cztery łapy, przełknęła łepek sikorki, wstała, otrzepała fartuch i z powrotem siadła w fotelu na ganku, na drewnianej podłodze kładąc drugie ptasie skrzydło.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial