Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Kwiecień 2015 (strona 1 z 3)

Wiradha

Powietrze się kończy i czuję ból w płucach. Do nosa wciągam już tylko piasek. Ziarenka szczelnie zalepiają mi oczy. Niedługo cały wypełnię się ziemią, lecz nie mogę powiedzieć, żebym umierał. Ja zdycham jak zwierzę, którym zresztą jestem. Nie skarżę się. Zasłużyłem na wszystko, co mnie dziś spotkało. Na głęboki dół i piasek nad głową. Nie zliczę ilu w swoim życiu zabiłem. Nie byłem miły, ludziom i zwierzętom niosłem śmierć okrutną, ból i udrękę. Ścierwo nadziewałem na pikę i obnosiłem po świecie strach na chwałę zła wrzeszcząc wniebogłosy, ubrany w tygrysią skórę rzeźnik większy niż największa góra, który nie traci czasu na pranie fartucha ani mycie twarzy, że już o dłoniach nie wspomnę. Okrucieństwem dorównywałem jedynie własnej matce, krwawej bogini Kali. I mogłem robić wszystko. Byłem całkiem bezkarny. Całkiem, dopóki nie obraziłem bogów. W obronie swojej czci Rama i Lakszmana, boscy bracia zakopali mnie żywcem. Udeptali ziemię. Podobno, gdy już zdechnę, co jest kwestią chwili, wyjdę z grobu inny, całkiem odmieniony, podobny do boskich młodzieńców, piękny i przyzwoity. Taki sam przyzwoity jak oni.

Niewinność

Wiatr hula po hali. Tu o świerk zahaczy, tam barani ogon poderwie i owcze futro przeczesze. Bawi się, czego nie można powiedzieć o dwóch baranach patrzących na siebie w skupieniu. Już pochylają łby, już celują w siebie rogami i mierzą się wzrokiem. Barany tylko stoją i tylko gapią się na siebie, ale nawet wiatr przycicha i przysiada, żeby popatrzeć. Atmosfera na górskiej polanie gęsta. A barany już nogi przednie rozstawiają, już łby niżej zwieszają. Kilka sekund jak wieczność. I nagle tryk. Raz i drugi. Z kopyta ruszają na siebie i rąbią rogami. Klinują się tak, że z baranim cielskiem przednie kopyta do góry podrywa. Drugą wieczność w klinczu stoją. Żaden nie odpuszcza. Będą tak stały póki im rogi się nie wyłamią. Jeszcze trzymają i jeszcze. Aż wreszcie zmęczone spadają wszystkimi kopytami na trawę. Rozłączają się i tyłem na wcześniejsze pozycje odchodzą, ani na chwilę rywala z oka nie tracąc. Rozpędzają się i znowu po hali stuk rogów się niesie. Dwakroć mocniejszy niż wcześniej, bo aż wiatr z czubka świerka spada i echo o góry uderza.
– Już przestańcie! – krzyczy do nich wiatr błagalnie – Proszę! Skoro żaden z was nie chce, nie musicie symbolizować walki. Obaj możecie oznaczać niewinność!

Musubi-no-Kami

Starałeś się jak mogłeś. Doceniam to. Spotykałeś kobiety, lecz nie dawałeś się im podporządkować. Zakochiwałeś się lecz nie kochałeś. Korzystałeś po prostu z okazji, z uroku, z nadarzającej się możliwości. Miało być przyjemnie i bez zobowiązań. Żadnych wiązań. Dlatego unikałeś mnie jak ognia. Widziałem wszystko bardzo wyraźnie. Rozglądałeś się i przemykałeś chyłkiem, bokiem, dokoła. Górą, jeśli było trzeba. Każdą ścieżkę najpierw zaplanowałeś, przemyślałeś kroki, ile ich postawić i którą nogą. Trzeba cię należycie docenić i pochwalić, bo dużo pracy włożyłeś, żeby mnie nie spotkać. Bardzo słusznie. Gdybyś tylko pojawił się w moim pobliżu, otarł o moją korę, stanął pod kwitnącą koroną, zaraz bym cię złapał. Niejedna z twoich kobiet planowała spacery tak, żeby trafić na mnie mieszkającego w drzewie wiśni. Wiedziała, co robi, bo przepadłbyś na zawsze zakochany i kochający, oddany wybrance na wieczność. Tak działam, jestem przecież Musubi-no-Kami, bóg miłości i małżeństwa. Dzisiaj więc mogę powiedzieć z podziwem, że wygrałeś. Jesteś sam.

Jizo

Drzwi zatrzasnęły się. Wokół zrobiło się cicho i chłodno. Jizo stał w korytarzu i nie mógł się poruszyć. Przed nim pięły się schody. Za nim było już tylko piekło. Kręcił głową. Tak bardzo nie lubił tej chwili. Prawdę mówiąc, nie znosił wszystkiego, co było za drzwiam od momentu, gdy je otwierał aż do chwili, gdy je za sobą zamykał, czyli do teraz. Nie cierpiał strażników, którzy szydzili ze wszystkiego i ze wszystkich, ani jęków, ani krzyków, ani wyrzutów sumienia, ani wymyślnych tortur, ani w ogóle idei kary, ani gorąca, ani ciemności, którą tylko on potrafił rozświetlić swoim nimbem. Był jak latarka w piwnicy. Ale do piwnicy z latarką schodzi się przecież rzadko. Panuje w niej zwykle nieprzeniknione ciemno. Jizo wiedział, że gdy on opuszcza piekło, tylko tyle pozostaje bez niego za drzwiami. Mrok. Co z tego, że schodzi na samo dno piekła, że trzyma za ręce dusze potępione, że wspiera je, oświetla im mroczną wieczność, skoro musi potem wyjść, zabrać ze sobą światło i wszystkich tych nieszczęśników pozostawić w cierpieniu i braku nadziei. Jizo wytarł z potu łysą głowę. Zajrzał do pustych rękawów, do których zaraz wskoczą dusze małych dzieci, zbyt małe, żeby trafić do nieba, i westchnął:
– Może oni są więźniami piekła, ale ja jestem niewolnikiem miłosierdzia.
I czarne drzwi prowadzące do otchłani ponownie zamknęły się za mnichem.

Mada

Właściwie mógłbym powiedzieć wam prawdę, że stworzył mnie Chyavana, że miałem pokonać boga Indrę, że miałem cztery kły i byłem demonem, zabójczą bestią. Albo mógłbym też skłamać i powiedzieć, że miałem dziesięć kłów i dwanaście nóg, że powstałem z grudki błota wydobytej z wody przez boga Śiwę. Albo, że jestem świnią z dwiema głowami i mam tak ostre kopyta, że rozgniatam na miazgę każdego, kto sprzeciwi się woli mojej śnieżnej pani. Albo, że mam ostre szpony i żelazny dziób, tak precyzyjny jak chirurgiczne nożyce. Wyjmuję nim ofierze wątrobę a potem dopiero serce. Albo mógłbym jednak zdecydować się na prawdę i przedstawić siebie jako bohatera eposu hinduskiego Mahabharaty, który ma szczęki tak mocne i rozłożyste, że mógłby połknąć cały wszechświat. Lub mógłbym powiedzieć jednak, że jestem tygrysem napadającym we śnie i zatapiającym w kobietach kły. Cztery kły, dziesięć kłów, sto. Albo, co sobie będę żałował! Powiem, że mam ich tysiąc. Bo prawda jest taka, że mogę powiedzieć wszystko. Tylko po co? Zabijam błyskawicznie. Nie zdążycie spostrzec, jak wyglądam.

Wirabhadra

Kolejny już dzień muszę patrzeć na wasze zdziwione twarze. Zdejmujecie buty i płuczecie stopy. Wchodzicie do świątyni przestępując próg, wąchacie zapach kadzideł i curry, kłaniacie się Śiwie, kucacie i jecie przygotowane przez kapłanów jedzenie rozłożone na zielonych liściach. Tacy jesteście cisi i posłuszni. Tacy zwyczajni. Macie dwie ręce, dwie nogi, oczy i nos. Macie w sobie wszystkiego po trochu, złości, miłości, pretensji i zazdrości. A ja z moim tysiącem ramion, z tysiącem oczu, z tysiącem stóp, z ostrymi rogami wystającymi z tułowia budzę waszą grozę. Patrzycie na mnie i wspominacie, jak zanurzyłem palce w oczodołach boga słońca i rozgniotłem mu gałki, jak obciąłem ramiona boga ognia, jak stanąłem stopą na bogu księżyca, aż pękł pod moją podeszwą i musiałem wetrzeć go w podłogę. Zerkacie na mnie ze strachem, bo stworzył mnie sam bóg Śiwa i przelał we mnie całą swoją złość. Jestem tak wielki, że gdybym się wyprostował rozwaliłbym dach i całą świątynię. Powyłapywałbym was jak pchły. Dopóki się jednak bóg nie gniewa, jego złość nie jest mu potrzebna. Dopóki Śiwa jest spokojny, wy jesteście bezpieczni i patrzycie na mnie z góry. Patrzycie jak Wirabhadra zamiata w świątyni podłogi, w każdym z tysiąca ramion trzymając szufelkę a wy rzucacie mu pod tysiące stóp resztki jedzenia, żeby miał co sprzątać.

Kirata

Kobieta przymknęła oczy. W lesie panował przyjemny spokój. Nie było cicho, bo szumiały liście i ćwierkały ptaki. Było błogo. Kobieta wędrowała i podziwiała beztroski poranek. Już za chwilę wróci do wioski, ale jeszcze przez chwilę pochodzi po lesie. I nic nie szkodzi, że jej długa suknia zaczepia o krzaki i na każdym z nich pozostawia jedną różową nitkę. Kobieta uśmiechnęła się. W takim lesie mogłaby spędzić wieczność. Wtem ptaki ucichły. Zatrzymała się i obróciła w miejscu, zastanawiając, kto jedzie za nią przez las, bo że jechał słyszała na pewno. Głosy zbliżały się, aż pojawili się jeźdźcy. Musieli podążać jej śladem, bo każdy z nich w dłoni trzymał nitkę z jej sukni. Okrążyli ją. Zeskoczyli z koni, odarli z szat i zachwyceni jej pięknością użyli. Każdy po kolei.
– Jak masz na imię? – zapytał ostatni.
– Kirata – odpowiedziała. Dopiero wtedy mężczyzna puścił jej nadgarstki i pomógł wstać. Podobno do dzisiejszego dnia po okolicznych lasach błąka się samotna kobieta. Łasi się naga do mężczyzn, uwodzi tych cnotliwych a potem pożera ich niespodziewanie. I nikt nie rozumie dlaczego.

Zając

Słońce jeszcze nie wstało, ale wróble ćwierkały już wesoło. Zając obudził się wcześnie rano w swojej leśnej norze i ziewnął przeciągle.
– Jakże one drą mordy – podrapał się łapą za uchem i wyrzucił z nory pająka krzyżaka.
– Wybacz stary – powiedział – to moja nora. Idź w cholerę i znajdź sobie własną.
Zjadł wczorajszą kupę, która została mu po kolacji. Zbita ze słabo przetrawionej trawy będzie służyła mu jeszcze przez kilka dni. Wysikał się w kąt norki i westchnął ciężko. Wróble nie milkły. Zającowi zdawało się nawet, że krzyczą coraz głośniej. Jakby spotkały się po latach niewidzenia i musiały prosto do ucha wyćwierkać sobie wszystkie ptasie historie. Ale on wiedział, że widziały się przecież już wczoraj i przedwczoraj a nawet przedprzedwczoraj. Nie rozumiał, dlaczego muszą o wszystkim opowiadać sobie tak głośno. Dlaczego w ogóle muszą sobie o wszystkim opowiadać.
– Ile ich jest? – pytał sam siebie – chyba z tysiąc.
Wróble kąpały się w kałuży, jadły nasiona, wydziobywały muchy.
– Teraz dziobię komara – przedrzeźniał je zając. Wyszedł przed norkę i schował się za krzakiem. – Teraz podfruwam do ciebie. Teraz skaczę po trawie. Głupie te wróble i głupi ci ludzie. Żeby z wróbla zrobić symbol samotności, trzeba w życiu zająca nie widzieć.

Samebito

Samebito siedział samotnie na rozstaju. Los chciał, że jedna z dróg prowadziła prosto do zamku Totaro, bohatera o sercu szlachetnym i uczciwym. Gdy Totaro ujrzał Samebito, jego kolczastą brodę, świecące, zielone oczy i łeb rekina, pewny był, że czas żegnać się z życiem. Potwór jednak nie zaatakował go wcale, lecz padł przed wojownikiem na kolana.
– Jak można ci pomóc? – zapytał wtedy Totaro a gdy poznał już historię potwora, ofiarował nieszczęśnikowi wszystko, o co ten poprosił. Także swoją przyjaźń. Właściwie opowieść można by zakończyć w tym właśnie momencie, gdyby nie sam Samebito, który wciąż siedzi i płacze.
– Czemu jesteś nieszczęśliwy? – pyta Totaro, widząc smutek towarzysza. – Czy nie otoczyłem cię opieką, gdy król morza pozbawił cię domu? Czy nie dałem mieszkania i jedzenia, gdy go potrzebowałeś? Czy nie poprosiłem o przysługę w zamian, żebyś nie musiał więcej czuć się dłużnikiem i żebyś widział moją wdzięczność? Co jeszcze może cię trapić przyjacielu?
Słysząc słowa bohatera, Samebito unosi łeb, ociera łzy, które spadają mu do stóp pod postacią rubinów i mówi:
– Jestem w połowie człowiekiem i w połowie rybą. Mogłem cię zabić, jak rekin lub ocalić, jak człowiek. Mam wybór, ale i tak każdego będę żałować.

Iki Ryo

Niech poderwą się z miejsc małoduszni, małostkowi, zawistni, ambitni, cholerycy targani zazdrością, nienawistni pragnący zemsty i teściowe hodujące obrazę. Iki Ryo jest właśnie dla was. Dostępny, pojawi się na wezwanie. Niematerialny, tłok na ulicach go nie powstrzyma. Czuły, w lot pojmie wasze intencje. Bezlitosny, nie pochyli się nad swą ofiarą. Schludny, nie pozostawi śladów. Dyskretny, nigdy nie ujawni źródła. Iki Ryo, duch złości i zazdrości na każdą okazję i na każdą miarę. Działa błyskawicznie. Upokorzenie, obłęd i zgon są w pakiecie. Ten duch nie potrzebuje reklamy. Ty wiesz, że będzie skuteczny, gdy w czyn wprowadzi twe najskrytsze pragnienia.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial