Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Marzec 2015 (strona 1 z 3)

wilk

Zapada noc i w lesie słychać tylko wycie wilka. Siedzicie w gospodzie przy ogniu i słuchacie mojego głosu z lękiem i podziwem. Mówicie, że boicie się, ale i kochacie mnie, bo jestem dziki i wolny. Zazdrościcie mi i naśladujecie, bo chcielibyście być tacy sami jak ja. Opowiadacie sobie wszystkie te niesamowite historie, w których wilk jest pomocnikiem boga Odyna, pożera słońce i księżyc, rozszarpuje dusze, ale też opiekuje się myśliwymi po ich śmierci, bo jest władcą krainy umarłych. A potem spokojnie wstajecie od ognia, idziecie do lasu i zastawiacie wnyki. Gdy w nie wpadnę odcinacie mi ogon, bo on leczy wasze obżarstwo. Z wilczego ciała wyjmujecie jeszcze ciepłe serce. Bo ono dobre jest na epilepsję. Nożykiem wydłubujecie moje prawe oko. Według znachora ustrzeże was przed strachem. Spuszczacie mi krew, bo ona chroni przed głuchotą. A na koniec zdzieracie ze mnie skórę tylko po to, żeby naciągnąć ją na siebie i z miłością odtańczyć taniec wilka. Tylko trudno mi tę waszą miłość odróżnić od nienawiści.

Ammut

Moja praca jest naprawdę bardzo dobra. Przede wszystkim jest stała, co bardzo sobie chwalę. Nasz resort jest potrzebny i z pewnością nie zostanie w najbliższym czasie zlikwidowany. Nikt mnie więc z dnia na dzień etatu nie pozbawi, bo też trudno byłoby znaleźć odpowiednie zastępstwo. Warunki fizyczne predestynują mnie do wykonywania tego typu zajęcia. Ostre zęby krokodyla, ciało drapieżnego lwa i tył hipopotama są moimi niekłamanymi atutami. Czuję się więc bezpiecznie. Mam też zapewnione uznanie przełożonych i zadowolenie z wykonywanych obowiązków. Zasady są z góry ustalone i funkcjonują nienagannie. Skutki działania są szybko widoczne i zapewniają, jakże ważne w życiu, nawet pozagrobowym, poczucie sensu. Z Ozyrysem pracuje się nadzwyczaj sprawnie. Nie trzeba czekać na zakończenie procesu latami ani na odwołanie adwokata. Sędzia waży serce zmarłego na odpowiednio skalibrowanej wadze. Uczynki dobre otwierają drogę do krainy umarłych. Uczynki złe oznaczają natychmiastową śmierć duszy. Wyrok jest wykonywany bezzwłocznie, co z mojego punktu widzenia jest bardzo korzystne. Nie muszę robić przerwy obiadowej. Jedno kłapnięcie pyska, kilka godzin trawienia i po sercu nie ma ani śladu. Zaletą zajmowanego przeze mnie stanowiska jest jego miejsce w systemie. Jestem częścią systemu, więc nie muszę się nad niczym więcej zastanawiać.

Tapairy

Robi się to tak. Się staje w pozycji kuszącej niedaleko brzegu sadzawki. Podciąga się spódnicę, wystawia opalone kolano, wypina się pierś do przodu, dłonie na biodrach opiera. Można poruszać nimi, można ramionami na przemian z biodrami potrząsać. Grunt, żeby wędrowca oko zanęcić. Niech idzie ku nam, niech patrzy, niech się napawa, zachwyca licem pięknym i zdrowym rumieńcem. Gdy już w odległości głosu będzie, warto stopę w wodę zanurzyć, pochylić się nad taflą, dłonie zamoczyć, brodę i szyję zrosić. Niech się krople na pierś swobodnie stoczą. Ważne, aby w parach się nie pojawiać tylko samotnie wartę pełnić. Bo gdy już podróżnik ślinę przełykając do wdzięku lezie i spragniony wspólnej kąpieli sam się do sadzawki wpycha, wtedy może nam dla pewności pytanie zadać:
– Czy ty, piękna pani, jesteś Waiora, bogini zdrowia, co zaklętym jeziorem rządzi i zdrowiem na życie obdarza?
Nie należy odpowiadać mu słowem. Prawdy w żadnym razie nie zdradzać, lecz dłonie z obu stron we włosy mu wsunąć i uśmiechem spotkanie przypieczętować. Niech nasz zapach poczuje. Teraz już się nieszczęśnik nie wymknie. Nie należy go jednak ani na chwilę z objęć wypuszczać. Trzeba w głąb wody wprowadzać, głaskać, dobruchać, od brzegu coraz dalej odchodzić. Niech zanurzy się cały. Kurz niech spłucze i spocone ciało odświeży a wtedy śmiało można inne nimfy Tapairy do zabawy zapraszać. Głowę pod wodę mu schować i na dno ciągnąć, gdzie do krainy umarłych sekretne przejście prowadzi.

Przyczyna zła wszelkiego

Jeśli mierzyć potwora wielkością strachu, który budzi, to ja jestem potworem najpotężniejszym. Żaden inny nie może równać się ze mną. Jestem bezwstydnym monstrum, które po wielekroć łamie wszelkie przykazania. Jestem przyczyną i skutkiem każdego złego. Każdego, a zwłaszcza tego, które jeszcze się nie wydarzyło, bo przerażenie budzą nie tylko moje czyny dokonane. Największą panikę sieją te, które wciąż nie nadeszły, ale przecież mogłyby nadejść. Ile ja potrafiłbym zniszczyć, ile złego wyrządzić, ile niewinnej krwi napsuć a potem przelać, ile spraw skomplikować. Sam nie odważyłbym się ofiarowywać sobie takiej mocy i wpływu, jaki mi się przypisuje, ani myśleć o sobie takich rzeczy, jakie wyobraźnia ludziom podsuwa. W ich głowach jestem demonem. Wcale nie dziwię się więc, że chcą się mnie pozbyć. Chcą. Muszą. Nie mają innego wyjścia. Gdybym był nimi, także bym siebie nie chciał. Bałbym się siebie i miał pewność, że im śmiertelnie zagrażam, dopóki tylko żyję. A skoro jeszcze żyję, powinienem umrzeć. Sam o tym wiem najlepiej. Przecież słyszeliście do jakich rzeczy byłbym zdolny. Mógłbym być bestią. I chociaż nią nie jestem, zgadzam się z nimi. Kozioł ofiarny musi umrzeć.

Ulupoka

Wyobraźcie sobie worek, do którego możecie włożyć wszystko, co złe. Zawiązać na supeł, odwiesić w szafie lub schować w piwnicy. Prątki gruźlicy? Proszę bardzo. Odra, dżuma, polio? Siedzą w środku. Katar sienny? Czemu nie. Kto by lubił katar sienny? Do wora go. Mogą być bakterie, grzyby, szaleństwo, opętanie, strach, złość, zawiść, śmierć nagła i powolne umieranie. Co tylko zechcecie, wrzucajcie śmiało. Gdy worek gotowy, buch go do szafy i drzwi na kłódkę. Ale co jeśli worek nie będzie chciał zostać w zamknięciu? Co jeśli z całym tym świństwem wylezie? A ja wiem, że nie zechce, wiem, że się wyswobodzi, bo ten worek to ja. Nazywam się Ulupoka. Jestem bogiem. Niecałym, bo w niebiańskiej bitwie odrąbano mi ciało i z boga pozostała mi jedynie głowa. Nie jest to jednak byle jaka głowa. Mieści się w niej wszystko, co najgorsze. Wszystko, co chcielibyście schować jak najgłebiej i odwiesić w szafie, ja rozrzucam po piaszczystych drogach. Tu uchem zawadzę, tam nosem przytrę, tego i owego zębem zahaczę. I toczę się tak od domu do domu i biada temu, kogo w nim zastanę, bo worek wciąż mam pełny.

Tu Di Gong

Drzwi chałupy rozsunęły się i staruszek w żółtym płaszczu przekroczył próg, stuknąwszy laską ze złością w podłogę.
– Gdzie je schowałaś? Gdzie je schowałaś, niedobra kobieto?
Kobieta w różowej sukni i białych, związanych w kok włosach wybiegła naprzeciw staruszkowi. Dobrotliwie złożyła dłonie i zapytała:
– Gdzie co schowałam, mój mężu?
Mężczyzna nie zatrzymał się nawet tylko zmarszczył groźnie siwe brwi i spojrzał kobiecie w oczy w taki sposób, że ona natychmiast opuściła swoje. Minął ją i szedł dalej od kąta do kąta, zaglądając we wszystkie izby. Żona odwróciła się i podreptała za mężem.
– Laską stukaj, ale chociaż brody sobie nie wyrywaj, bo ani jeden włos z niej nie pozostanie.
Mężczyzna zatrzymał się i rąbnął kijem w podłogę z taką siłą, że kobieta zadrżała.
– Ja się pytam, gdzie modlitwy schowałaś, bo ludzi od rana spotykam i żaden z nich mojego błogosławieństwa dziś nie dostał. Gdzie one są?
Staruszka podeszła do męża i wyjęła z rękawa różowe zawiniątko, chustkę zawiązaną na kokardkę.
– Oddam ci je, ale wiedz, że nie możesz wszystkich zachcianek ludzi spełniać. Na ziemi muszą być i biedni, i bogaci, szczęśliwi i nieszczęśliwi. Inaczej szczęścia ani bogactwa nie docenią.
Staruszek wygładził zmierzwioną brodę. Odłożył laskę i ostrożnie usiadł na podłodze, poprawiając żółty płaszcz.
– Jak ty nic nie rozumiesz, Tu Di Po – powiedział smutno – Mówisz, jak urzędnik z banku. Ja nie latam i nie zieję ogniem. Nie staczam bitew i nie pluję perłami. Jest wielu innych bogów na niebie, do których ludzie mogą głowy zadzierać i patrzeć na nich z podziwem lub strachem. Jednak ja jeden znam każdy krok i każdą myśl człowieka. Karmię go a gdy on umiera trafia do mnie. Wszystko, co bóg ziemi mu uczyni i wszystko, co bóg ziemi mu ofiaruje, prędzej czy później do boga ziemi powróci. Odmawiając człowiekowi sam sobie odmawiam.

Praga rozkłada

„Obrazy na warszawskiej Pradze nie przetrwały!” wołają do mnie nagłówki gazet i szczerze wyznam, że już ich czytać ze spokojem nie mogę. Sprawa dotyczy francuskiego artysty, Juliena de Casabianca, który jeździ po świecie i odwiedza najważniejsze miejskie muzea. Robi zdjęcia obrazom i ich odbitki przykleja na ścianach rodzimego miasta. Podobnie stało się w Warszawie. Nie dalej jak kilka dni temu francuski artysta porozwieszał wielkie naklejki na kamienicach, na drugim brzegu Wisły. Naklejki nie przetrwały, odkleiły się, smagane wiatrem, deszczem, a także dłońmi praskich przechodniów. W polskiej prasie podniósł się natychmiast wielki krzyk, że nawet dwóch dni nie wytrzymała sztuka na Pradze, że wstyd, że wandale, że nie docenili.

Czytaj dalej

Lu Ban

O tym wydarzeniu na Ziemi nikt się nigdy nie dowie. Obiecali mi to i dotrzymają słowa. Jest to przecież sprawa mojego honoru a dla Chińczyka honor jest najważniejszy. W żadnych sprawozdaniach ani relacjach nie odnajdzecie informacji o moim pobycie w kosmosie. Wszystkie notatki zostały przez NASA utajnione. Byłem zresztą w kosmosie już wcześniej z Rosjanami. Pozwolenie wydał sam Sergei Korolev, ale śladu dokumentów nie starajcie się szukać w archiwach sowieckich, bo to bardzo niebezpieczne. Wyśmieją was a potem powiedzą, żeście obłąkani. Oni to potrafią. Musicie jednak wiedzieć, że wychodziłem w przestrzeń kosmiczną, okrążałem po orbicie Ziemię, a nawet pomagałem wylądować na Księżycu, gdy Amerykanom kończyło się paliwo. Koszty mojej podróży w rakiecie są minimalne. Nie jem, nie piję, miejsca nie zabieram, problemów ze skutkami nieważkości w ciele nie odczuwam, bo i ciała nie mam. Mam ze sobą jedynie skrzynkę z narzędziami, które wynalazłem dwa i pół tysiąca lat temu. Jestem Lu Ban, patron inżynierów i musicie wiedzieć, że ja o nic sam nie prosiłem. Wszystkim agencjom kosmicznym na świecie zależy, żebym regularnie przechodził gruntowne szkolenie. Oni tam, w górze zawsze potrzebują dobrych inżynierów.

Surja

Mężczyzna siedzi w kącie stajni. Nogi podkulił, głowę pomiędzy nimi schował i płacze. Zawodzi rzewnie. Od czasu do czasu zaciska pięści ze złości, głowę opiera o ścianę, szczęki zwiera, aż zęby zgrzytają. I z całych sił bije dłońmi w podłogę, aż złociste siano na boki pryska. Już i na jasnych włosach ma źdźbła i na brodzie.
– Jak śmiała! – krzyczy – Niewdzięczna, bez serca, zimna po prostu!
Łamiącym się głosem tłumaczy koniowi, który ze współczuciem łeb w stronę pana wyciąga:
– Nazywają mnie rozdającym dobro, ojcem ludzkości. Słyszysz? Ojcem ludzkości jestem!
Krzyk roznosi się po stajni, wzburzając resztę koni. Ich rżenie dołącza do głosu mężczyzny, jakby konie chciały okazać mu męskie wsparcie. On słyszy ich niepokój. Świadectwo zwierzęcej wierności ponownie zamienia jego złość w żałość:
– Tylko wy mnie rozumiecie – mówi cicho – wierzyć się nie chce. Siedem koni mknących po niebie mam. Boski rydwan, który od świtu do zmierzchu po nieboskłonie przeganiam. Wieczorem do mojego własnego miasta o nazwie Wiwaswati, czyli Miasto Słońca, zjeżdżam. Modlitwy i ofiary przyjmuję, które unoszą się ku mnie z miłości dla Surji, boga Słońca. Ludzie wielbią mnie za życiodajne promienie. A żona mówi mi, że znudziło ją moje gorąco…

Loha-mukha

Dzień pochmurny, deszczowy. Błoto pod nogami wciska się pomiędzy palce, oblepia pięty i wysycha na łydkach. Koszula lepi się do ciała. Dreszcze przebiegają pod nią jak mrówki. Drogę wypełnia ciężka borowina, która przywiera do sandała ze wszystkich stron i ciągnie nogę w dół, do ziemi. Stopom przybywa kilogramów i to akurat w chwili, gdy powinny poruszać się szybciej, bo na horyzoncie pojawiają się czarne kształty loha-mukha. Jednonogie stwory skaczą pociesznie. Ale tylko w pierwszej chwili nie budzą grozy. Gdy druga chwila nastaje, przed grozą nie można już uciec. Nogi oblepione torfem ciążą i ślizgają się. Loha-mukha skaczą wysoko, jak spężyny. Idą polem, więc nie zatapiają się w błocie. Ich żelazne twarze nie mają wyrazu. Rysuje się na nich tylko pewność, że dogonią z łatwością, że przywrą ustami, że zębami rozedrą a potem upiją krwi, żeby ukoić pragnienie. Zmęczyły się przecież skacząc. W ich oczach nie będzie widać współczucia, tylko głód i pogardę dla łomoczącego ze strachu, miażdżonego ich szczękami serca. Lecz gdy będą je już od ciebie odrywać, ty pamiętaj, że życie, które właśnie kończysz, jest tylko Mają, jedynie iluzją życia.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial