Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Luty 2015 (strona 1 z 3)

Filary Johanssona

Gdy patrzę na popularną ostatnio fotografię, przedstawiającą most, autorstwa Erika Johanssona (ilustracja poniżej), widzę, jak wszyscy inni, iluzję. Nie jestem jednak pewna, czy iluzję tego samego typu. Widzę przede wszyskim bowiem dwa filary, na których ów most się opiera. Pierwszym filarem jest Rene Magritte, a drugim Maurits Cornelis Escher. Bez dwudziestowiecznych artystów most Johanssona nigdy by nie powstał.

Czytaj dalej

Upaśruti

Noc. Leżysz w łóżku. Jeszcze przed chwilą spałaś, lecz coś wybiło cię ze snu. Myślisz, że dobrze się stało, bo sen nie był przyjemny. I wtedy wkraczam ja:
– Czy śnił ci się samolot? – pytam głośno – W czerwonym słońcu rozpadł się na kawałki?
– Ktoś tu jest? Przestań! – wołasz i zrywasz się z łóżka. Bielejesz na twarzy. Biegasz po mieszkaniu. Sprawdzasz nawet w szafach, ale jesteś sama.
– Twój sen… znam go – nie przestaję mówić – To moja sprawka.
– Czego chcesz ode mnie? – wołasz i wciskasz się w kąt pokoju. Mówię ci, że prawdziwy samolot rozbije się niebawem. Przykrywasz głowę. Nie chcesz mnie wysłuchać. Włazisz pod kołdrę, lecz w jednej chwili jestem znowu z tobą.
– W samolocie są ludzie – szepczę ci do ucha – i zginą wszyscy. Nikt się nie uratuje.
Lepisz się od potu. Zrywasz z siebie przykrycie. Sprawdzasz telewizor, wyłączasz z kontaku radio, otwierasz lodówkę. Ale ja nie milknę. Chodzę razem z tobą. Na krok cię nie odstępuję. Widzę, jak trzęsąc się włączasz komputer. Wpisujesz hasło: „głos w mojej głowie”. Widzę, jak czytasz:
„Upaśruti – tajemniczy głos, który niektórzy słyszą w środku nocy. Głos przepowiada przyszłe katastrofy”.
Wreszcie śmiejesz się głośno. Wieszczący głos z wierzeń hinduskich to tylko iluzja. Kładziesz się spać zadowolona. Myślisz, że przede mną uciekłaś. Że ja i przepowiednie jesteśmy tylko bajką. I przez jedną krótką chwilę jesteś pewna, że żaden samolot nie rozbije się już nigdy.

Gerjis

Zwierzęta stały i patrzyły na ziemię pod ich nogami, pozbawioną trawy. Przez ostatnie pół godziny uklepywały ją kopytami, racicami i łapami, żeby mieć pewność, że to, co spoczęło pod warstwą piasku, nigdy się już na wierzch nie wydobędzie. Pod nią leżał martwy Gerjis z rozłupaną przez słonia czaszką. Nikt go nie żałował. Stwór był potwornych rozmiarów, tygrys o okrutnym, krwiożerczym usposobieniu, który terroryzował malajski las i na którego sposobu jego mieszkańcy szukali od tak dawna. Pokonać go siłą nie można było, jedynie podstępem. Tygrys sam przyszedł do wykopanego na polanie dołu i sam wszedł do niego, pewny, że ratuje życie. Zwierzęta podniosły łby i spojrzały z wdzięcznością na jelonka. To on zdołał przekonać Gerjisa, że niebawem niebo z łomotem spadnie na ziemię, grzebiąc i rozgniatając wszystkie istoty. Jedynym ratunkiem jest ukrycie się wewnątrz dołu.
– Ja cię do niego zaprowadzę – mówił rano tygrysowi jelonek – zaufaj mi.
I tygrys zaufał. Zwierzęta były wreszcie wolne.
– Możemy się rozejść – powiedział słoń i odszedł a inni podążyli jego śladem. Na polanie pozostał jedynie jelonek. Wiedział, że on od tygrysa nie uwolni się już nigdy.

Kuku Lau

Przychodzicie do mnie, kłaniacie się i mówicie:
– Jesteś piękna Kuku Lau, cóż za uśmiech!
Wyznajecie, że podziwiacie, wielbicie i miłujecie. Chcecie się przyjaźnić. Potem jednak ta przyjaźń przeradza się w interesy, prośby, niezrealizowane plany, które tylko ja mogę wam ziścić. Proszę, chcecie odnaleźć drogę do idealnego miasta? Zaprowadzę was do niego. Chcecie dotrzeć do domu nad jeziorem? Mogę wam go udostępnić. Szukacie nieodkrytych jeszcze wysp? Wskażę ścieżkę do każdego marzenia. Jednak będzie ono tak samo trwałe, jak wasza przyjaźń. Będzie jedynie fatamorganą. Bo ja jestem Kuku Lau, bogini miraży.

Żaba

Lądowanie na księżycu. Rok 1969. 21 lipca. Neil Armstrong wychodzi z rakiety. Wielki dzień dla ludzkości. Niezwykła chwila. Miliony przed telewizorami. I ileż kontrowersji. Ileż nieufności. Ileż oskarżeń. I wszystkie słuszne! Wiem, co mówię. Zauważyliście, że zdjęcia nie pokazują panoramy księżyca? A ja wiem dlaczego. Bo na jego powierzchni siedzi mała, brzydka, trójnoga żaba, którą za wszelką cenę Neil Armstrong stara się ominąć. Ta brzydka żaba to ja. Chang E, niegdyś chińska pani, co oszukała męża i odebrała mu dar niesmiertelności. Bogowie nie chcieli wpuścić mnie do nieba. Ukarali za zdradę i zamienili w ropuchę. Nieśmiertelności nie mogli mi odebrać, lecz skazali na samotne życie wśród księżycowych skał. Zapytajcie zresztą Neila, on wam i tak nic nie powie. Każdy chce zachować niebo tylko dla siebie.

Smok i Esfandiar

Gdy wstaję rano i patrzę w lustro, widzę swoją twarz, a raczej pysk, a z nim wszystko to, co jest ze smoczym losem i charakterem związane. Mam skórę twardą i oczy surowe, lecz przenikliwe, a wewnątrz smoczego worka, zakończonego ostrymi zębami, noszę wszystkie układy odpowiedzialne za trwanie. Żeby smocze ciało mogło iść, ja muszę jeść, słuchać, węszyć, gryźć, połykać. Nie różnię się w tym zresztą od rycerza. On działa bardzo podobnie. Wstaje rano, patrzy w zwierciadło. Potem musi gryźć, przeżuwać, popijać. A potem myśli o mnie i idzie. Wiem, że Esfandiar jest już w drodze. Za dzień lub dwa, przy wejściu do jaskini ustawi swój wóz, zaprzężony w siwe konie. Sam schowa się we wnętrzu drewnianej skrzyni, uzbrojonej w kolce sterczące wysoko. Ja będę musiał skrzynię połknąć i to razem z wozem. Żadna przyjemność, bo gdy skrzynia utknie mi w gardle, kolcami raniąc śluzówkę, wojownik wychynie z niej i wbije mi miecz w mięso od środka. Zły smok zginie, dobry rycerz ujdzie z życiem i zostanie bohaterem. Każdy musi odegrać przeznaczoną mu rolę. Czasem jednak patrzę w lustro i zastanawiam się, co by było, gdyby ten jeden jedyny raz jakiś smok się nie zgodził. Ciekawe, co wtedy zrobiłby mój rycerz?

Żuraw

Starzec skończył pracę i podniósł oczy. Zbliżał się zmierzch i trzeba było wracać do domu. Zasiedział się bardzo. Droga przed nim daleka a chciałby z żoną spędzić czas przy kolacji. Mężczyzna uśmiechnął się na wspomnienie rodziny. Wstał i zebrał swoje rzeczy, przewiesił torbę przez ramię i wyszedł z jaskini. Góry przed zachodem słońca były jeszcze czarniejsze niż zwykle. Kamienie pod stopami były twarde, ale nie przeszkadzały mu, raczej pomagały. Szedł, biegł, pędził. Czasem zdawało mu się, że nie ma nóg, lecz skrzydła. Na skrzydłach wracał do rodziny. Tego wieczora czuł za wszystkimi wielką tęsknotę, jakby ich od tysiąca lat nie spotkał. Już widział swoje miasteczko, najpierw otaczające je łąki, potem domy aż wreszcie ulice. Jeszcze jeden zakręt i stanie u drzwi, otworzy mu żona i zaprosi do środka. Ostatnie metry przebywał z wielkim trudem, bo niecierpliwość wydłużała je w nieskończoność. Oto one, drzwi. Zatrzymał się i zapukał. Wyobrażał sobie, jak żona wstaje, woła dzieci, zaraz podejdą do progu, nacisną klamkę i drzwi się otworzą. Usłyszał szuranie, klamka drgnęła, drzwi skrzypnęły, lecz w progu nie stała ani jego żona, ani jego dzieci, tylko obcy mężczyzna. Chciał coś powiedzieć, jednak słowa uwięzły mu w gardle. Mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu, aż ten, który zszedł z gór odwrócił się i odszedł.
– Kto to był tato? – zapytał chłopiec, który siedział przy stole.
– To tylko zaklęty w żurawia mędrzec szuka swojego domu.
– Odnajdzie go?
– Według legendy tysiąc lat spędził w górach, więc jego rodzina dawno już odeszła. On przybył za późno, żeby przeminąć razem z nią. Słyszysz śpiew żurawia? Dopiero teraz zrozumiał, co stracił.

Wrota piekieł

Ponieważ od kilki dni pracuję nad ostatnim rozdziałem księżycowego projektu, w głowie pojawiło mi się hasło zamykania. Zamykam, czyli łączę nitki z wcześniejszych rozdziałów, wiążę je w supeł, tak żeby się opowieść nie rozsypała. Zamykanie trochę mechanicznie kojarzy mi się z otwieraniem, a tym, co można otworzyć i zamknąć są drzwi i okna. Pomysł pisania o drzwiach jest ryzykowny, przecież nie są w sztuce tym, co najważniejsze. Przez chwilę nawet zastanawiam się, czy ma sens ciągnąć temat i postanawiam urwać nitkę skojarzeń już teraz.

Czytaj dalej

Chichevache

Tyle jest smacznych kąsków, przechadzających się po świecie: pulchni księgowi, cycate ladacznice, wielkobrzuche kucharki, zadowoleni z życia rzeźnicy, smakowite kobiety w sile wielu, apetyczne cukierniczki, pachnący chlebem piekarze… Ślinka leci. Przebiegam koło nich ulicą, czasem ocieram się o ich chrupiącą skórę i w uniesieniu podążam za ich zapachem. Ależ ucztę bym sobie sprawił, cóż za rozkosz bym miał, używanie, kuchenne spełnienie. Ale nie! Mnie jednemu nie wolno! Waruj! Zostaw! Nie rusz! Bo ja jestem skazany na brak wyboru, na kuchnię postną, żylastą, potrawy bez smaku. Żywię się tylko kobietami cnotliwymi, więc wiecznie chodzę głodny.

Lin

Chciałbym być anonimową, szarą rybką, nijaką, nieokreśloną, bez właściwości. Chciałbym być kimś niewidzialnym, kimś kogo nie ma. Ale skoro już muszę być, chciałbym być kimś od kogo się nie wymaga, na którego widok macha się ręką i mówi znudzonym głosem:
– To tylko lin płynie.
Niestety, gdy ja płynę, w oczach zapala się nadzieja, na rzęsach osiada łza wzruszenia, bo:
– To lin uzdrowiciel! Lin bohater, lin szczęściarz, lin, co się chorób nie boi, bo żadna się go nie ima, lin wybawca.
Od chwili więc, gdy otwieram oczy jestem lekiem na całe zło. Stykam się z trądem, z czarną ospą, dżumą i cholerą. Przyprowadzają do mnie kulawe zwierzęta, które machają łapą w strumyku, żebym otarł się o nie. Przychodzą ludzie z miasta, wyciągają mnie z wody i pocierają o swoje chore członki, skórę, nosy, policzki, brzuchy i stopy. Dotykam dziennie setek narośli i żylaków. Czuję za nie wielką odpowiedzialność. Tłumaczę, że jestem tylko rybą, nie potrafię ich wyleczyć. Ale ludzie machają tylko znudzeni rękami i mówią, że nie szkodzi, bo to nie ja, lecz ich wiara czyni cuda.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial