Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miesiąc: Styczeń 2015 (strona 1 z 3)

Sam nie

A w Annamie to ludzie powiadają, że gdy na bagna pójdziesz, możesz na nich spotkać demona zielonego, który otoczywszy Cię ciasno, skórę wrzodami Ci zarazi i niechybną śmierć przyniesie. Demon ciało ma ludzkie, łeb węża, lecz w istocie jest jedynie oparem, który łatwo dźwiękiem zaczarowanego fletu rozwiać można. A zatem bez złotego fletu żółwia, który mieszka w wodospadzie Ma Cho, lepiej się sam na bagna nie zapuszczaj.

Simurg

Nie. Nie lubię. Nie zgadzam się. Ile razy musi się to jeszcze powtórzyć. Jestem zrozpaczony. Na granicy wytrzymania. Nie śpię. Nie jem. Serce mi wali. Tylko piję. Sam, bo nie chce spotykać nikogo. Po co? Co mi powiedzą? Że wiedzą, że czują, że zrobią to za mnie? Że wezmą na siebie? Dzwonią. Nie odbieram. Drzwi zamknąłem. Listonosz wali co rano. A niech idzie. Szlag by go. Siadam i piję. Lustro omijam, nie chcę patrzeć na cudaczną mordę. Znowu dzwonią z apteki, że niby miałem dostarczyć zapas tego, zapas tamtego. Ogrodnicy dzwonią. Zalegam z nasionami a wiosna się zbliża. Nie chce mi się nawet wstawać, a co dopiero iść do ogrodu, gdzie rośnie to cholerne drzewo. Będę tu sobie leżał, nie odbierał i czekał. I świetnie wiem na co czekam. Mam dar wieszczenia. Wieszcze swoją śmierć i zmartwychwstanie. Ptak cudak będzie znowu płonął. Żebym chociaż mógł spłonąć w spokoju. Zaraz się zlecą, już się za oknami zbierają, wiedzą, że Simurg, perski ptak, trochę paw, trochę pies, trochę lew i gryf, strażnik Drzewa Wszystkich Nasion, o leczniczych piórach w ogonie, spłonie niebawem. Taki dzień zdarza się tylko raz na tysiąc siedemset lat. Nie ma co liczyć, że go przegapią. Będą łapać resztki, gdy płomieniem odrywane będą krążyć nade mną. Przybiegną popiół do torebek zbierać. Lecz ja będę sam, zawsze jestem. A potem, gdy już z popiołów powstanę, będę mógł obejrzeć siebie na youtubie.

Słoniotygrys

– Mówiłem ci przyjacielu, że to się źle skończy – westchnął słoń i położył trąbę na grzbiecie tygrysa, który płakał rzewnie. Z czułością przesunął po piaskowej sierści w dół i w górę,
– Mówiłem, żebyś nie głaskał mnie pod włos!
– Phi! – żachnął się słoń urażony. – Królewna ma fochy.
– Nie gniewaj się – mruknął tygrys. – Denerwuje mnie ta sytuacja… Coś gryzie mnie pod lewą łopatką. Słoniu, szybko, podrap mnie proszę.
Słoń rozwinął trąbę i zanurzył w tygrysim futrze.
– Lepiej?
– Lepiej – odparł tygrys. – Denerwuje się – mówił dalej – A jeśli nam nie uwierzą?
– Nie rozumiem. Mówiłeś przecież, że zrobią dla nas wszystko… – słoń zaczął szarpać się i po chwili obaj, tygrys i słoń, przewrócili się na bok.
– Co ty wyprawiasz?! – jęknął tygrys.
– Noga mi ścierpła. Musiałem ją rozruszać.
– No to rozruszałeś i teraz leżymy – ryknął trygrys. – Może zapomniałeś, że utknęliśmy razem w sieci, na samym dnie dołu!
– Może zapomniałeś, czyj to był pomysł? – warknął słoń. Tygrys skulił uszy i westchnął:
– Nie zapomniałem. Myślałem, że będą się nas bać jeszcze bardziej, gdy będziemy udawali słonia z głową tygrysa.
– I bali się – zaśmiał się słoń – pamiętasz, jak uciekali, gdy pierwszy raz zobaczyli nas na polanie. „Słoniotygrys!” krzyczeli. Ale z nich głupki! Nic się nie martw tygrysie. Przyjdą do dołu, zobaczą, że w sieci nie ma słonia z łbem tygrysa, lecz jest słoń z głową słonia i zwykły tygrys ze zwykła głową, głupią, ale…
– No! Uważaj słoniu – mruknął tygrys.
– Chcę tylko powiedzieć – wyjaśniał słoń – że nas wypuszczą.
Tygrys, słysząc naiwne słowa przyjaciela tylko przymknął oczy:
– Ty ich nie znasz, tak jak ja. Król Phan chciał nas złapać na swoją chwałę…
– Nie nas, tylko słoniotygrysa – poprawił słoń.
– Słoniotygrysa chciał złapać na swoją chwałę – tygrys kręcił głową – pomyśl jednak, jak będzie się czuł król pozbawiony swojej chwały? Nie dopuści do poniżenia królewskiej osoby. Nigdy nie przyzna się, że mityczne zwierzę, o którym trąbi cały pałac, nie istnieje. Przyjdzie tu, stanie na brzegu dołu, popatrzy na nas i powie: „Wielka jest władza króla Phana na ziemi, skoro pojmał mitycznego stwora, słoniotygrysa!”.
– Nie wierzę ci.
– Tak powie. Słyszysz tętent orszaku? Już się zbliża.
Tygrys miał rację, królewski orszak szedł przez las. Król Phan siedział na słoniu i puszył się. Ciekawość wprawiała go w drżenie. Strażników w drżenie wprawiał strach, na myśl, który pierwszy z nich zginie, gdy król zobaczy, co naprawdę wpadło do królewskiego dołu. Gdy znaleźli się blisko, król, przy pomocy sług, zszedł na ziemię. Pochylił się nad dołem nisko. Spojrzał w oczy tygrysowi. Spojrzał w oczy słoniowi. I pewny siebie zakrzyknął:
– „Wielka jest władza króla Phana na ziemi, skoro pojmał mitycznego stwora, słoniotygrysa!”.

Japoński biały wąż

Zapłaczcie dzisiaj nade mną, jako i ja płaczę nad swoim losem. Żyłem samotnie a teraz samotnie umieram. Mieszkam na dnie oceanu, w ciemnej jaskini, gdzie wieczną noc rozświetla mi jedynie wspomnienie pięknych pereł, których zobaczyć nie mogę z powodu ciemności. Nie znam swojego imienia, nikt mi go nigdy nie zdradził, a ja zbyt nieśmiały byłem by kogokolwiek pytać. Ile razy chciałem wyjść na brzeg, wygrzać na słońcu wężową skórę, ludzie pierzchali z krzykiem, mówiąc, żem potwór. Gdy wynurzałem łeb z wody, prosząc, by zabrali perły i posąg, co mi w jaskini niczemu nie służą, tyle razy przysyłali do pożarcia czternastoletnie dziewczę. Jakże żal mi było jej drżacego ciała. Ludzkie mięso mi wcale nie służy, mam po nim zgagę i straszne boleści, które męczą mnie tygodniami. Jednak daru odrzucić nie wolno. Obraziłbym tylko darczyńców i sprowadził na siebie ich gniew. Choć tyle dla nich zrobiłem, nigdy mnie nie pokochali. Ile razy wyłem, nikt nie zszedł w głąb morza z pomocą. Nikt z nich nie wstawił się za mną przeciw mej samotności. Nie chciałem już żyć, gdy więc dzisiejszego ranka, do mojej jaskini wśliznęła się zwinna jak wąż kobieta, pozwoliłem jej na to. Bez trudu podkradła się do mnie, a ja czekałem na nią, wiedząc, że nic dobrego mnie z jej dłoni nie spotka. Otworzyłem ślepia szeroko, by w jedno z nich mogła z łatwością wbić sztylet. Mimo bólu paszczę zamknąłem, oczu nie mogłem, bo tkwiło w nich ostrze. Posłusznie drugi cios przyjąłem, wymierzony w serce. Przede mną ostatnie minuty. Zaraz wyciągną mnie na brzeg, żeby świętować zwycięstwo nad złym duchem, zamkniętym w białej skórze węża.

A ludzie gadają

Ludzie od zawsze gadają. Już to mają w swojej naturze, że nawet niewinnego pomówią. Na przykład tę nieszczęsną żonę chińskiego cesarza, która wprawdzie dawno znudziła się mężowi, ale syna powiła. Mówiła, że od lekarstw, cesarz jednak wierzyć nie chciał. Oddał więc żonę mędrcowi pod opiekę, na próbę tak, żeby wierność swoją udowodniła. Na bezludnej wyspie ze świętym najcnotliwiej żyła. I co? I ludzie i tak gadali. A co się działo, gdy mędrzec ulepił z ciasta i ożywił drugiego chłopca? Ludzkie języki tak się w mieleniu rozpędziły, że zatrzymać się nie mogły. I cesarz usłyszał plotki, i zaraz wyruszył mścić się na niewiernej małżonce i na jej opiekunie. Ufności w nich żadnej nie miał. Wojska nacierały, śmierć była coraz bliżej, ale mędrzec nie bez powodu był mędrcem. Trawy zerwał, które dookoła rosły, rozrzucił je a wtedy z traw wojacy powstali, którzy armię cesarza w proch rozbili. Po bitwie trawiaste zastępy, o włosach koloru mongolskich stepów, wzięła pod swoją komendę cesarzowa i w podróż z nimi wyruszyła. Wspólnie na północy osiedli i naród rosyjski razem stworzyli. Nie wiem, czy to prawda, ale tak ludzie gadają, tak mówią Chałchasi.

Sroka

– Sroka wysiada! – Noe uchylił drzwi i pokazał sroce wąską szparę – już, a kysz sroko, pomiocie szatana, ptaku marny!
Sroka dziobem dotknęła drewnianej podłogi Arki i odwróciła nieznacznie łebek, żeby sprawdzić, czy wszystkie zwierzęta zgromadzone w łodzi, usłyszały słowa człowieka. Usłyszały wszystkie, bez wyjątku. Słonie, żyrafy, lwy, pawiany, żuki gnojarze… Wszystkie gapiły się na nią.
– Ale wiewiórka… – zaskrzeczała sroka i wyprostowała się z godnością – i ona powinna. Skoro ja wychodzę, wyjść musi wiewiórka i mysz, co mają diabelskie moce.
– Ty skarżypyto! – wiewiórka skoczyła do sroki i drapnęła ją pazurem w ogon.
Noe tracił już cierpliwość. Szarpał brodę, kręcił głową i cmokał ze złością.
– Powiedziałem „wylatuj” i nie będę tego więcej powtarzał. Nie potrzebujemy tu chorób, a ty sama wiesz, co o srokach gadają.
– Możesz przecież zdjąć kapelusz – zakwilił ptak potulnie – zdjęcie czapki pomoże, czar zły choroby przegoni.
– Tylko, że ja kapelusza nie noszę.
– Mógłbyś zacząć. Do twarzy by ci było – sroka kiwała głową, szukając w oczach myszy potwierdzenia i ratunku, ale ta odwróciła się tylko ogonem.
– Nie, kochana, pluć na ciebie nie będę, chociaż mówią, że trzeba. Wiem, co powiesz, ale cebula szybko się skończy i co wtedy złą moc pochłonie? Musiałbym ci łeb urwać. A tego robić nie chcę. Uciekaj więc sroko. Deszcz padać zaczyna! – Noe tupnął nogą.
– A ja słyszałam, że Chińczycy… – pisnęła, bo nie widziała, że Noe już pięści zaciska.
– Won sroko na deszcz! Chińczykom opowiesz, co uważają, a ja paplania twojego dłużej nie zniosę!
Drzwi trzasnęły. Słonie opuściły trąby. Sroka otrząsnęła piórka i wzbiła się w powietrze.
– Skoro Noe chce, opowiem Chińczykom, że przynoszę szczęście.
Od tego dnia Chińczycy cieszą się, gdy ujrzą srokę, bo dla nich znakiem widomym jest pomyślności.

Tsuchigumo

Jak zaczarowany szedł za kobiecym śpiewem, wyobrażając sobie wszystkie przyjemne chwile, które czekają go, gdy tylko dotrze do śpiewającej piękności. Jej nogi długie i gładkie, jej szyję łabędzią, pochylającą głowę skromnie, oczy pokorne i posłuszne, skórę delikatną. Myślał o zakrytych jej partiach, które śpiew obiecywał przed nim odsłonić. Jeszcze tylko kilka kroków i zaspokoi pragnienie. Stanął przed nią, kobieta zamilkła i wyciągnęła w jego stronę śnieżnobiałe dłonie. Nie podnosiła oczu, lecz on nie bał się patrzeć. Stała przed nim skromność, czystość i delikatność. Szyja, szczelny szlafrok, wysuwające się spod niego kostki. Chciał coś powiedzieć, lecz ona rozchyliła usta pierwsza…
Zamarł. Powstrzymał odruch. Cóż to za zapach wydobywa się z jej pięknego ciała. Te gnijące resztki to nie może być ona! Odwrócił się do drzwi. Gdyby tylko miał chwilę na zastanowienie, gdyby tylko jej ręce nie wpijały się w jego ramiona tak mocno. Może wtedy zdołałby pomyśleć, ale myśl przez oddech się nie przedarła. Jej łabędzia szyja zamieniała się już w owłosiony odwłok, oczy w czarne, błyskające ślepia, nogi w monstrualne odnóża, usta w ostre szczęki, które pożerały właśnie jego głowę. Tsuchigumo, japoński pająk, powrócił do swej naturalnej postaci.

Pierścionek z Ar-Rakka

Historia pierścionkiem się toczy. Ta, którą mam na myśli, zaczyna się w 2002 roku, we wrześniu, w Syrii. Rok 2002 był ostatnim bezpiecznym momentem, żeby zobaczyć ten niezwykle stary, piękny i gościnny kraj. Minęło właśnie dwanaście miesięcy od zamachu na World Trade Center i Stany Zjednoczone szykowały się do uderzenia na Irak, na wiosnę 2003 roku. Wiadomo było, że już niebawem, w regionie zrobi się nerwowo. Nerwowo zresztą było już wcześniej, bo gdy w Damaszku zapytaliśmy o dzielnicę żydowską, mało nie zastrzelono nas na miejscu. „Niech pani nigdy, przenigdy nie mówi w Syrii, że ma przyjaciół z Izraela!” krzyczała kobieta w chrześcijańskiej dzielnicy Damaszku, wymachując nad głową rękami i przykładając nam palce do skroni, jakby były pistoletem, „o nic więcej nie będą pytać, od razu zastrzelą!”.

Czytaj dalej

Biały Demon z Persji

Rustam zatrzymał się przed jaskinią i przymknął powieki. Nie musiał patrzeć, żeby wiedzieć, że w jej wnętrzu śpi Dew-e Sepid, Biały Demon. Za chwilę wskoczy do ciemnego środka i będzie bił się z nim do upadłego. Nie swojego, lecz demona. Ten mu łatwo skóry nie sprzeda. Będzie musiał Rustam odciąć mu ramiona i białe nogi, a potem okrakiem siądzie i ciałem przygniecie, na końcu sztyletem wykroi diabelską wątrobę. Na prędkiego jak wiatr rumaka z nią siądzie i do chorego króla błyskiem zaniesie. Trzy krwi krople wystarczą, żeby ślepotę odjąć. Ale teraz Rustam jeszcze u wejścia do jaskini stoi i dopiero oczy otwiera.

Stonoga

Hidesato stał z łukiem w dłoniach. Nie spuszczał wzroku z potwora, równego górom, w których zresztą mieszkał. Monstrum także dostrzegło wojownika. Skrzywiło paskudną mordę. „Aha!” zakrzyknęło złowieszczo i wysunęło w stronę Hidesato pierwszą nogę, potem drugą, trzecią, a potem czwartą, piątą, szóstą, siódmą i ósmą… Japoński bohater nie czekał aż na drodze pojawią się dziewięćdziesiąt dwie pozostałe nogi. Chwycił łuk, poślinił strzałę i zabił gigantyczną stonogę, zanim ta zdołała pożreć jego.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial