Tekst ukazał się na stronach portalu Polskiego Radia w 2006 roku. Inspirowany był Kolekcją Guggenheima pokazywaną w Kunstmuseum w Bonn od 21 lipca 2006 do 7 stycznia 2007 roku.

Marcel Duchamp mawiał, by sztuki nie brać zbyt serio. Jemu, który bawił się nią jak kostką rubika, przestawiając jej pojęcia z miejsca na miejsce, na pewno spodobałby się labirynt ustawiony w największej sali ekspozycji w Kunst-undAufstellungshalle w Bonn. Zabawa z czasem, z własną świadomością, która wie, że z labiryntu można wyjść, a która mimo to wewnątrz niego truchleje – przednia. Przecież to on w 1912 roku zadecydował, że malarstwo umarło, on jako pierwszy zamiast postaci graczy w szachy namalował ideę szachów, czyli proces, który dzieje się w umyśle gracza. On wreszcie, wprowadzając pierwsze obiekty ready-made, zmienił sposób pojmowania sztuki skazując ją na formę w jakiej objawił się dadaizm, pop-art czy konceptualizm. Nie musiał nawet malować, choć był malarzem. Ostatni obraz, jaki zrobił, zrobił w 1918 roku, w wieku trzydziestu jeden lat. I już wtedy nie miał on dla niego żadnego znaczenia. Znaczenie miała myśl. A ją stworzył dużo wcześniej. Po co się powtarzać mawiał. Prace Duchampa to rarytas, nie można więc winić Salomona Guggenheima, że w swojej kolekcji ich nie miał. Ale już twórcom wystawy „The Guggenheim” można zarzucać, że ich nie inspirowały. I właśnie ta nieobecność Duchampa jest na wystawie w Bonn najbardziej obecna.

Czytaj dalej