Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Lek

Instrukcja była prosta. Aplikować maść na objęte chorobą fragmenty ciała. Odpadły palce. Już. Nie ma tu nic więcej. To jest zakończenie. Chociaż można by przedłużyć opowieść. Rozciągnąć ją. Zahaczyć. Powiesić na micie którymś tam z kolei. On utrąci głowę, odczepi ramiona, zgubi nogi i w akcie litości zmiękczy historię odsłaniając coś, co kryje się wewnątrz zainfekowanego ciała. Nieoswojone, pierwotne, dzikie, wzruszające ujmującym i nieporadnym niedostosowaniem. Jednak nie. Odpadły tylko palce. Niepotrzebne skreślić.

Ilustracja: Max Ernst, Human Form, 1931.

Nie ma

Dziwnymi ścieżkami wędruje pamięć. Na przykład moja cofnęła się dziś o trzydzieści sześć lipcowych miesięcy do lasów niedaleko Głowna. Wspólnie z innymi dziećmi przemierzałam je tamtego lata. W tych lasach przeżyłam pierwszy leśny zmrok i strach. Opowiadaliśmy sobie w nich niesamowite historie, które powracały później w snach, bo w tych lasach kryło się dużo niespodzianek. Wiszące na drzewach zagubione ubrania, zardzewiałe, wojskowe samochody, druty kolczaste pod nogami i łąka porośnięta najzieleńszą trawą jaką widziałam. Czuję tę łąkę i trawę, widzę jak przenika ją światło wydobywając zieloność wczesnego lata. Trawa jest miękka i sięga mi do kolan. Idziemy poprzez nią razem. Dziś już nie pamiętam, dlaczego z całej dziecięcej grupy tylko ja ześlizguję się po zarośniętym brzegu do dołu pełnego szamba. Mój tęczowy, wełniany sweter zatapia się aż po granatowy golf. Nie wiem, jak wydostaję się z dołu, ale już wyraźnie rysuje mi się samotna droga powrotna do siedziby kolonii i przestronna łazienka na parterze klasycystycznego domu dziecka. Stoję w niej sama piorąc ubranie w jednej z umywalek. Wiele elementów tego wspomnienia musiałam po drodze wyprzeć i nigdy nie traktowałam go jak traumy. Przeciwnie, pozostała mi po nim świadomość szczęśliwego zakończenia i poczucie, że nie ma takiego gówna, z którego byśmy nie dali rady się wygrzebać.

Droga

Mam stałą trasę pieszej wędrówki. Z Mokotowa do Śródmieścia i z powrotem. Szłam tą drogą w pierwszych tygodniach marca, kilka dni po wprowadzeniu ogólnonarodowej kwarantanny. I tydzień później. A potem znowu tydzień później. I ponownie szłam nią po tygodniu. I w takim kwietniu jak dziś poszłam nią także nadziwić się nie mogąc, że za każdym razem droga jest inna. W marcu nikt nie nosił na niej maseczek. Mało kto był wtedy na ulicy. Ci obecni szli całkiem nieobecni. Zapatrzeni w chodniki przemykali chyłkiem. Coś jakby światem rządziły już zombie. Trudno było liczyć na kontakt wzrokowy. Ten łapali jedynie wariaci opowiadający głośno o wspaniałym lub złym świecie a jeden naśladował pulsujący sygnał karetki. Tydzień później droga do Śródmieścia zmieniła się nie do poznania. Wypełniła się życzliwością i uśmiechem. Wciąż nieliczni przechodnie schodzili sobie z drogi i w dziwnej, pandemicznej i pozaseksualnej otwartości życzyli wszystkim nawzajem wszystkiego najlepszego. Tydzień później kontakt wzrokowy zanikł a serdeczność wróciła do chłodnej, polskiej normy. Na twarzach widać było strach i zmęczenie. Obchodziliśmy się szeroko irytując brakiem wyczucia u innych i niemożnością wejścia na skwerek. Było, minęło. Z poniedziałkiem, otwarciem parków i lasów na ulicach nastała fiesta. Rowery, hulajnogi, skracanie dystansu i wiosna. Zaglądają sobie do oczu przechodnie. Już nie trzeba błagać o kontakt. Ulica ożyła. Flirt dzieje się ponad maskami. Ileż przygodnych spojrzeń rzucanych z roweru, mimochodem przez chłopaka trzymającego dziewczynę za rękę, przez kobietę mijaną na przystanku, ponownie przez rowerzystę. Droga ze Śródmieścia na Mokotów wypełniła się zmysłami. Ale nie tylko. Stało się coś jeszcze, czego nie rozumiem. Prócz flirtu na drodze zapanowała siła. Przechodnie manifestują ją pokazując, że mogą iść środkiem chodnika. I wcale nie ci bez maseczek, choć ci zdarzają się także. Oni idą zawadiacko, bo rzucają wyzwanie całemu światu, systemowi, innym. Ale to ci w maseczkach pokazują moc agresywnie zawłaszczając chodnik. Tak jakby wstydzili się, nie tylko maseczek, ale tych ostatnich prawie dwóch miesięcy słabości i strachu. Wychodzą na ulicę i przejmują władzę tam, gdzie mogą, spychając na bok niższych i słabszych. Czyli u nas już wszystko wróciło do normy.

Jak dobrze

Jak dobrze, że sobie dobrze radzę. Przede mną stoi młoda kobieta a za mną starszy mężczyzna. Kolejka jest długa i zdyscyplinowana. Czekamy i jeszcze postoimy. Jak dobrze, że jestem silna, gratuluję sobie w ogonku na pocztę. Maską zakrywam twarz, trzymam właściwy dystans i nerwy na wodzy. Nie każdy radzi sobie w sytuacji pandemii tak dobrze. Na przykład ten mężczyzna nie ma maseczki i przeklina głośno. On sobie dobrze nie radzi i idzie prosto na mnie. Mówi mi niemiłe rzeczy. Ustępuję mu ze strachu. Uff, nareszcie podszedł do okienka. To nic, że poza kolejnością. Nikt nie śmiał go zatrzymać. Odwracam się do sąsiadów. Oni także są zadowoleni. Starszy pan jest tak szczęśliwy, że podchodzi do mnie blisko.
– Ależ, proszę pana – protestuję, ponieważ twarz mężczyzny pojawia się tuż przy mojej – trzymajmy dystans, tak będzie bezpieczniej.
Ho, ho – myślę sobie – starszy pan wcale sobie dobrze nie radzi. Nie tylko on. Raptem cała kolejka się załamuje. Wszyscy się do siebie zbliżają i opowiadają sobie o facecie, który nie wytrzymał. Jak dobrze, że ja wciąż wytrzymuję.
– Rzeczywiście, ty radzisz sobie wyśmienicie. – mówi ośmiornica obejmując mnie ósmym ramieniem. Siódmym nie może, bo trzyma w nim list a w szóstym znaczek. – Jestem z ciebie bardzo dumna.

Talenty

Każdy ma jakieś talenty. Mam i ja. Choć nie nazywam ich talentami a darami najwspanialszymi. Nacieszyć się nimi nie mogę. Z nich wszystkich najwyżej cenię słaby wzrok. Wchodzę do łazienki, zdejmuję okulary i podłoga czysta, czyściuteńka lśni jak gwiazda. Patrzę w lustro a na nim nie para i ślady po paście, lecz droga mleczna rozpościera się. Porywa spod prysznica i pcha z głazami na zakrzywione ścieżki. Nie jestem na nich sama. Widzę kształty, to chyba ludzie. Tak! Widzę Was. Coś do mnie mówicie wędrując po spirali. Lecz nie dosłyszę, bo objawia się właśnie drugi z najwspanialszych dar. Nachylam się, wciąż dźwięk jest niewyraźny. Mogłabym a nawet powinnam prosić o powtórzenie, jednak nie reaguję, przechodzę i Wy odchodzicie. A że trzecim najwspanialszym darem jest nieśmiałość, latami świetlnymi powracając do czystej łazienki wyrzucam sobie, że się do Was w odpowiedniej chwili nie odezwałam. Szczęśliwie zdążył już swą siłę pokazać czwarty dar, ponieważ to wcale nie byliście Wy a mnie jedynie zdawało się, że Was spotkałam. Choć mnie więc nie znacie lub bardzo słabo, nie zdajecie sobie sprawy jak skomplikowane łączą nas relacje.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Tablice

Trias, jura, kreda.
Piasek w nerkach, wapnienie kości, wielkie wymieranie.
Tablice geologiczne zawsze noszę przy sobie.

Budowa zegarka

Pierwszy zegarek miał kremowy pasek. Składał się ze sprężyny, kółek zębatych i nieruchomych wskazówek. Sprzączka uciskała skórę. Drugi zegarek trafił do tej samej szuflady. Był kwarcowy. Wyobrażałam sobie jak ścierają się w nim dwa kamienie. Wysypywał się z niego piasek i zdzierał skórę nadgarstka. Trzeci zegarek zbudowany został z elektronicznych kresek na baterie. Wydawał się zabawką, bo nie miał tarczy i jego czas był ograniczony. Plastikowa bransoletka alergizowała skórę. W szufladzie razem z nim leży czwarty zegarek. Tarcza słoneczna ma wskazówki z cienia. Nie da się ich zapiąć.

Dwa sposoby

Takie czasy, że człowiek na każdym kroku spotyka się ze śmiercią. Ja także się dziś o nią otarłam. Kupowałam mianowicie w aptece jednorazowe rękawiczki. Podczas, gdy ja stałam przy jednym okienku, do drugiego podszedł elegancki, starszy pan:
– Szanowna pani – mężczyzna skierował do aptekarki słowa – poproszę coś na alergię, ponieważ mnie męczy.
– Nie dość, że wirus męczy, to jeszcze alergia? – współczująco zagadnęła druga aptekarka.
– Tak, pani magister – odpowiedział mężczyzna – postanowione zostało, że ludzie w moim wieku mają umierać. Ale ja…
Starszy pan zawiesił teatralnie głos i odwrócił się, żeby popatrzeć na tę moją aptekarkę i na mnie:
– … ale ja postanowiłem sobie, że odejdę tylko na dwa sposoby. Pierwszy przy kobiecie.
Ponownie zrobił przerwę:
– Zwróćcie panie uwagę, że nie mam na myśli „przy”. To pierwszy sposób. A drugi – śmierć przy barze.
– Właściwie można by połączyć oba.
Zacisnęłam usta, ale było już za późno. Słowa wyskoczyły, zanim się nad nimi zastanowiłam. Przez dłuższą chwilę mężczyzna z rozbawieniem podziwiał rumieniec wędrujący mi od szyi po twarzy. Wreszcie uniósł dłoń i wskazał palcami drzwi:
– W takim razie, gdzie jest ten bar? Niech pani prowadzi!

Édouard Manet, Śliwka, 1877, National Gallery of Art, Waszyngton.

Zdezynfekuj

Zdezynfekuj mnie wielokrotnie. Zaciągnij się z filtrem. Unieś taśmą nadgarstki. W polipropylenowym skafandrze rękawiczka z lateksu rozłożyła nogi. Drży troczek maseczki. Fizelinowy wątek. Strużka izosolu pociekła po pleksi. Jałowym uśmiechem foliowej torebki rysuje się krzywo nasza anomalia. Jednorazowa przyjemność.

Rękawiczki

W czasach pandemii każda wyprawa do sklepu jest wyzwaniem, bo – wiadomo – do sklepu chodzą ludzie a każdy człowiek inaczej przeżywa zarazę i ma inną filozofię postępowania. Na przykład ta kobieta przede mną ma na sobie maseczkę, okulary przeciwsłoneczne, kaptur i gumowe rękawiczki na obu rękach. Trzyma dystans półtorametrowy i tak naprawdę nie wiem, czy jest kobietą czy mężczyzną, ponieważ głęboko skryła się w luźnym ubraniu. Jej przeciwieństwem jest kobieta, która stoi za mną. Ona jest z pewnością kobietą, ma długie blond włosy, którymi dotyka mojego ramienia. Stoi tak blisko, że mogłabym poczuć jej perfumy. Nie myślę jednak o perfumach, lecz o odległości a raczej bliskości. Odwracam się niespokojnie i zastanawiam się jakby tu dać jej do zrozumienia, żeby się trzymała z daleka. Kątem oka zauważam, że kobieta żuje kosmyk nakręcając go jednocześnie na palec wskazujący. Nie ma gumowych rękawiczek. Zupełnie inaczej niż ja, która stoję gdzieś w połowie pomiędzy kobietami. Ja trzymam dystans, ale nie mam maseczki, za to mam jednorazowe rękawiczki. To znaczy jedną rękawiczkę założoną teraz na prawą dłoń. Wszyscy klienci sklepu, a jest ich ze mną pięcioro, więcej osób do środka podczas epidemii nie wejdzie, widzą moją jedyną rękawiczkę, ponieważ właśnie podnoszę ją do góry. Koszyk postawiłam przed kasą i teraz nie wiem, którą ręką powinnam wyjąć z niego zakupy: tą bez rękawiczki, czy tą w rękawiczce. Przypominam sobie, że mam drugą rękawiczkę w kieszeni, ale nie wiem, którą ręką powinnam ją wyjąć a potem założyć. Zostawiam rękawiczkę w kieszeni i wykładam wreszcie zakupy z koszyka dłonią bez rękawiczki a potem portfel chwytam dłonią w rękawiczce. Aha, więc teraz mam już brudny i portfel, i kartę kredytową. Na wszelki wypadek sprawunki chowam do torby dłonią w rękawiczce, bo nie pamiętam, którą dłonią dotykałam ich wcześniej. Zresztą dłonią bez rękawiczki dotykałam już koszyka. Teraz powinnam go odstawić. Trzeba by go złapać, ale którą ręką? Tą, którą trzymałam go wcześniej, czy tą, którą złapałam go później? Ponieważ już wszystko mi się pomieszało zdejmuję rękawiczkę, chowam do kieszeni, odstawiam koszyk, wychodzę ze sklepu. Spokoju jednak nie daje mi myśl o tamtej pani, co żuła włosy. Stała tak blisko, że powinnam poczuć jej perfumy, ale ich nie poczułam. Albo ich nie użyła, albo ja jestem już zarażona koronawirusem, bo jednym z objawów jest nieodczuwanie zapachów. Prawie wpadam w panikę, jednak w ostatniej chwili przypominam sobie o drugiej, czystej rękawiczce, którą mam ciągle w kieszeni. Zakładam ją błyskawicznie i ufff, jestem bezpieczna.

« Starsze wpisy

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial