Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

„Smutek mamuta” w Domu nad Łąkami

– Wilk – chłopiec ma pewność. – Wilk myślą stworzył świat. Najpierw wymyślił skałę i wodę. Tylko, że na skale nic nie mogło rosnąć, więc stworzył warstwę ziemi, którą przykrył kamień. A potem stworzył ludzi, którzy się kłócili. Żeby ich rozdzielić wymyślił różne kraje i pozamykał ludzi za wysokimi murami, żeby nie mogli się spotykać.
– Albo – mówi inny chłopiec – najpierw istniał tylko jednorożec. Jednorożec stworzył lamorożca a że obaj byli bardzo głodni, wspólnie stworzyli pączki, coca – colę i gadającego pomidora. I ten gadający pomidor wymyślił ludzi. Ale ludzie nie umieli już latać jak jednorożec, lamorożec i pomidor, więc zrobiło się całkiem nudno.
– Nie wiem, czy powinnam opowiadać – kilkunastoletnia dziewczynka niepewnie wzrusza ramionami – moje stworzenie świata będzie głupie.
– Żadne nie będzie głupie – zachęcam i razem z innymi dziećmi słucham jej opowieści o trójkątnym nachosie, który zbudował ziemię.
– O, rany, jesteście niesamowite – mówię wreszcie, bo naprawdę tak myślę. Na spotkanie z dziećmi w Muzeum Nałkowskich w Wołominie przywiozłam dziś książkę Nisza, Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata, a z nią opowieści o dawnych bogach, o mamucie Szeli, który wyciął Ziemię kłami z błota, o motylu, który stworzył człowieka z własnego potu, albo o zapominalskim zającu, który przez roztargnienie sprawił, że istnieje śmierć. Dzieci wysłuchały moich opowieści i odpowiedziały całkiem nowymi, takimi, które pasują do świata, jaki one znają. Nie mogłabym być dziś szczęśliwsza, bo właśnie po to powstała książka, Smutek mamuta, żeby wspólnie dzielić się opowieściami i słuchać siebie nawzajem. I nie ma do tego lepszego miejsca niż Muzeum Nałkowskich – Dom nad Łąkami. Bardzo pięknie dziękuję za zaproszenie!

Okulary

Nie wiem, jak to się stało, ale dziś wprost na ulicę spadły mi z nosa okulary. Pierwszy raz zobaczyłam świat bez nich. Świat bez nich w pierwszej chwili wydawał się magiczny, bo nie miał granic. Na przykład wydawało mi się, że idę po asfaltowej ulicy a to jednak była rzeka, tylko, że nie dostrzegłam różnicy pomiędzy nimi i brnęłam po kostki w wodzie a później po szyję. Gdy utonęłam i woda wyrzuciła mnie na brzeg, rozwiesiłam przemoczone ubranie na łodydze krzaka, ale to wcale nie był krzak, tylko ogień, który spalił mnie razem z ubraniem. Popiół po nas wiatr rozsypał na trawę i zasilił pewne drzewo. Wydawało mi się, że wyrosłam z niego w całkiem mocną gałąź, ale jednak byłam trąbą należącą do słonia. Pojechałam razem z nim aż na Mokotów, bo czemu by nie, skoro nie ma granic. Tylko, że na Mokotowie słoń okazał się głazem narzutowym. Narzucił mi się z siłą przytłaczającą. Zrobiłam się pod nim taka cienka, że prawie mnie wcale nie było. Wypełzłam spod niego pod postacią cienia, dopiero, gdy zaszło słońce. Ale wtedy mrokiem mogłam otulić już pół Ziemi, czyli pół wszystkich pustych okien na całej. Dzięki temu odnalazłam te dwa, najbardziej puste, moje okulary.
– Świata poza Tobą nie widzimy. – powiedziały, gdy wreszcie otworzyłam oczy.
– A ja poza wami.

Ilustracja: Jan Młodożeniec.

Słów kilka o Smutku mamuta!

„Nie jest to tylko opowieść o mitologiach i wierzeniach ludzi rozsianych po całym globie. Jest to też rozmowa matki z synem. Dialog między protoplastką a latoroślą, próba znalezienia wspólnego języka. W warstwie fabularnej bowiem przenikają się dwa wymiary: rzeczywistość i fikcja literacka. W warstwie wizualnej te dwa plany rozpoznajemy dzięki użytej czcionce i jej barwie. Czy będzie to próba udana dopiero czas pokaże, teraz wydaje się, że nić porozumienia jest zawiązana i jest to silna więź, więc chcemy mieć nadzieję, że z biegiem lat nie tylko przetrwa, ale wzmocni się i wzbogaci o nowe sploty. Ale jest to też opowieść o języku, a właściwie o opowiadaniu. Autorka zdaje się mówić ustami Mamy, postaci będącej jej książkowym alter ego, że najważniejsze tak naprawdę nie jest odtwarzanie, ale tworzenie, nie opowiadanie tego samego po raz kolejny, ale wymyślanie na nowo.” Takimi słowami Przemysław Jakub Hinc opisał książkę, „Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata”, pięknie wydaną przez Wydawnictwo Nisza. Całą recenzję można przeczytać o o o tu: Zupełnie inna opowieść, do czego serdecznie namawiam szczęśliwa i wdzięczna za dobre słowa o książce.

W szybie

Dzień jest słowem zwartym i sklejonym. Ma początek o poranku, zakończenie o zmierzchu i wielogodzinne wnętrze pełne różności. Pełne lub puste. Jest lub nie jest. Dziś jest wszystko. Wszystko rozpadło się na części najdrobniejsze. Wymieszało się i zagubiło. Najpierw rozpadł się poranek a po poranku mieszkanie podzieliło się na drewniane klepki minut. Przeskakiwałam z jednej do drugiej i w każdej klepce pozostałam i z każdej wyszłam podzielona. W pozostałych pozostałam, więc o dwunastej jest ręka a o trzynastej oko. Stopa pojechała metrem pomiędzy pasażerami z dziesiątej i szafą z ubraniami stojącą zwykle przy wejściu do mieszkania. Na stacji wysiadły spodnie, ale szalik się położył. Próbowałam zebrać w warkocz włosy wyrosłe o świcie, lecz dziewczynka przy której zgubiłam uśmiech uwięziła go w szybie wagonu. Jadę więc i nie patrzę na siebie, lecz na nią, aż dziś oddzieli się od jutra.

Cień

Że wszystkich cieni pół człowiek pół jeż mógł wybrać każdy inny. Śpiewny cień sikorki za oknem. Cień liści. Cień kota, cień fotela, cień stołu i krzesła. Cień skoku z krzesła na stół. Cień miękkich łap. Cień z uwagą postawionego ucha. Cień uchylonych drzwi, przez które można wyjść. Cień ciszy i ulgi, że sikorka znowu śpiewa. Ze wszystkich cieni pół człowiek pół jeż wybrał cień wysychajacego kaktusa z doniczki na półce. Jego niegdyś białe kolce zrudziały a pożółkła łodyga skuliła się. Pochylając się pół człowiek pół jeż rzucał cień, spod którego nie widać innych.

W mieście

W mieście jest łatwiej. W razie turbulencji głowy ciągnę za ramię plecaka i uruchamiam spadochron. Otwiera się natychmiast i gwałtownym ruchem porywa z chodnika. Nie unosi, lecz wciąga pomiędzy cegły, wciska w przestrzenie strychowe, wyciera mną tynki, zaczepia o klamki, obija o framugi. Strzępki tęsknoty powiewają na gwoździach drewnianych rusztowań. Niespełnione sny wrzucam w bramy starych kamienic i pękniete okna piwniczne. Na ścianach blokowisk ścieram żal. Spłukany przez deszcz spłynie do studzienek podziemnego miasta. Gdy oddam mu smutek, powrócę na chodnik ze spadochronem w plecaku. Poza miastem jest trudniej. W zieloności się tonie.

Kołyszesz

Stajesz na trawie boso. Niebo jest bezchmurne. Słonce pali. Stopy zakorzeniają się w chłód. Unosisz ramiona. Zamykasz oczy. Nie dzieje się nic. Nagryzasz uśmiechem sacrum oczekiwania. Ty wiesz, co się zaraz wyświęci. W kościach czujesz cud. Uszy masz pełne wiatru. Szum przechodzi w dudnienie. Chmury kładą się na oczach cieniem. Kołyszesz chmurami. Kołyszesz drzewami. Kołyszesz deszczem, który odrywa się od chmur. Korzenie odrywają się od ziemi. Ty odrywasz się od trawy. Zające w locie wyjadają maliny. Podniebne jeże pogubiły igły. Igły spadają ci na twarz kroplami, wiec ty spadasz na trawę deszczem. Jesteś czysta.

Smutny Mamut na pikniku

A w sobotę, 29 czerwca, a w sobotę na Imieninach Jana Kochanowskiego w Warszawie było pięknie! Do Wydawnictwa Nisza i do Smutnego Mamuta przyszły dzieci poznawać mity starego świata i wymyślać nie tylko nowe, ale i nowy, lepszy świat. I dzieci były w tworzeniu bardzo skuteczne. Na przykład Aniela narysowała dom pełen chorych, więc Helena natychmiast stworzyła dla nich świat bez chorób. Ponieważ Grześ martwił się losem zanieczyszczonej planety, stworzył kredkami przyszłość czystą, zieloną i beztroską. Leon wyobraził sobie świat ulepiony z mgły przez nordyckich bogów. A Tymek pięknie opowiadał o wymyślonym przez siebie świecie we wnętrzu słonia. Nie muszę chyba mówić, że Smutny Mamut był zachwycony!
Za możliwość tworzenia nowych światów z dorosłymi i dziećmi a przede wszystkim za cudowny, wspólny czas książkowego święta dziękujemy, Jedrek i ja, wspaniałemu Wydawnictwu Nisza.

Ohmmmmm

Nauka medytacji. Dzień pierwszy. Siadam. Łączę palce. Zamykam oczy. Nic. Staram się myśleć nic. Tylko oddycham. Powoli. Oddech głęboki. Czyste, krystaliczne powietrze wpływa do płuc. Wpływa czyste, ale wypływa już inne, ciężkie, zmęczone, gorące. Ogień. Parzy. Zieję ogniem. Gaszę go krystalicznym powietrzem, które ponownie zasysam do płuc i głębiej, głębiej, jeszcze głębiej ciągnę je z wysiłkiem do przepony, cząsteczka za cząsteczką, bo ono wyraźnie nie chce tam dotrzeć. Uparta ta przepona. Gdzie ona jest, czy tam, gdzie wystaje brzuch i nie chce się schować nawet w czasie oddychania? Cisza! Karcę się. W czasie medytacji nie wolno myśleć. Zupełny brak. Czuję go, czuję brak i pustkę doskonałą. Ile to już minut minęło? Uchylam powieki. Zielone cyferki zegarka wyraźnie śmieją się ze mnie. Dwie minuty. Niezrażona zapadam się ponownie. Wciągam krystalicznie czyste powietrze. O, robotnicy już przyszli. Dym z ich pięciu papierosów wypełnia mi przeponę. Robotnicy coś sobie opowiadają w piwnicy, jednak ja, zanurzona w stanie medytacji słyszę ich głos jako odległe mruczenie. Prawie, że ohmmmmm. Ohmmmm, odpowiada na wysokich obrotach pralka sąsiada z pierwszego piętra. I nagle powstaje czarowny wielogłos, bo do pralki dołącza silnik koparki za oknem. Ale ja jestem ponad nimi, nie wiruję, oddycham głęboko. Oddech dociera do najdalszych zakamarków ciała. Czuję, jak pod jego wpływem rozluźniają się mięśnie. A nie, jednak się nie rozluźniają, tylko mocniej zaciskają. Jestem kłębkiem nerwów. Nie myślę tego oczywiście, bo w czasie medytacji nie wolno. Nie muszę myśleć i bez tego wiem. Kłębek nerwów. Kłębek nerwów, powtarzam jak mantrę i nagle po ciele rozlewa się zachwyt nad językiem polskim, jego pięknem i ukrytą w nim mądrością przodków. Piękno słów, znaczeń, zdań do napisania. Otwieram oczy. Z piersi wyrywa mi się bardzo niskie ohmmm, które można by pomylić z wrrrr.
– Rany boskie! – zakrywam usta, żeby nie wyleciał ten najgłębszy oddech, ale jest za późno – Muszę pisać. Mam dwa tygodnie spóźnienia!
I tak, całkiem już zrelaksowana, usiadłam dziś do pracy.

Ogłoszenia drobne

W naszym mieście odbyło się doroczne uszczelnianie. Do worków na śmieci mieszkańcy wyrzucili kilka ton niezarejestrowanych szczelin, dziur, szczerb i rozpadlin. W ciągu jednego dnia, od rozszczelnienia do uszczelnienia powiek, mieszkańcy wyszukiwali szpary powstałe w wyniku osiadania gruntów, odkształcania się drzwi, rysy biegnące pod presją czasu, dziury wynikłe z korozji, wiatru, ognia, powietrza, wody, wady wzroku, słuchu, dotyku i smaku. Zaklejone zostały otwory powstałe w czasie ewolucji, przejścia pomiędzy budynkami, dziury w zębach, niedomknięte związki i uczucia nienazwane. Wycieki feromonów, melancholii i ulewającej się tęsknoty należy zgłaszać do zakładów kanalizacyjnych bezzwłocznie. Ekipa naprawcza grzeje silnik w garażu.

« Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial