Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Jedynie

Vaderowi śniła się ściana lasu. Przed lasem rosła czarna łąka, na której leżała biała kołdra. Pod kołdrą prześcieradło a pomiędzy nimi Vader pogrążony w czarnym śnie. Gdyby sen był biały może by je zauważył, ale że był czarny, Vader nie zwrócił uwagi na białe rękawiczki, które dusiły go do utraty tchu. Własnej utraty, bo Vader tylko ziewnął, przekręcił się na drugi bok i zasnął spokojnie. Dotknąć może go jedynie to, co z nim jednakie.

Poranek

Każdy poranek zaczyna się od tego samego. Majtki, skarpetki, koszula, spodnie, śniadanie, kawa z mlekiem, buty. Zanim jednak majtki, trzeba wejść do łazienki i obejrzeć ciało. Od góry do dołu. I od dołu do góry… Jest. Na brodzie jest. Odrasta codziennie, chociaż się go łapie pęsetą i wyrywa ciągnąc razem ze skórą. Czarny włos. Po wyrwaniu włosa nie ma. Broda gładka. Ale o kolejnym poranku znowu jest. Chciałoby się tak pęsetę rzucić w kąt. Co by wtedy było, gdyby się rzuciło? Raz się już o nim zapomniało, raz się już włosa nie wyrwało, bo się za bardzo spieszyło. Po brodzie pojawił się taki sam na nosie, po nosie na uchu, po uchu na plecach, po plecach na nogach, po nogach na pępku, na dłoniach, na szyi, na czole, na dłoniach, na piersiach, na udach, na plechach, na uchu, na nosie, na bokach, na łydkach… I już nawet śniadania jeść się nie chciało. Kawę się nietkniętą na stole zostawiło. Tylko mleko się ze spodka językiem wychłeptało, na parapet się wspięło i na dach z wywiniętym ogonem dumnie się skoczyło. I do pracy już się tego dnia nie poszło.

Kamienie

Wychodzę z domu rano. Codziennie rano wychodzę z domu. Poprawiam włosy, nakładam na twarz krem, żeby skóra była elastyczna. Na nogi zakładam trampki, które w zetknięciu z asfaltem są sprężyste. Dzięki nim ja także jestem sprężysta. Odskakuję od twardego chodnika i sięgam wysoko, coraz wyżej gumowego nieba. Źródło jest tuż tuż. Czuję jego zapach. Jeszcze jeden skok. Jestem kauczukową piłką, ale źle stawiam stopę, która wygina się, kładzie i wpasowuje w przerwę. Kamieniem się nie skacze, więc następnego ranka znowu wychodzę z domu i kamienieję na tej samej płycie. Jutro trzeba będzie się za siebie nie oglądać.

Starość

Vader już kiedyś był siwy. Był mędrcem z białymi włosami. Wiedział, co jest dobre i co jest złe. Potrafił znaleźć pomiędzy nimi przedziałek, więc czesał się symetrycznie. Z upływem lat siwe włosy zaczęły wypadać a na ich miejsce wyrastały nowe, czarne, które nie tylko wystawały spomiędzy siwych buńczucznie, ale kręciły się wprowadzając chaos. Vader zagubił więc przedziałek. Szukał go, lecz ten wywijał się na wszystkie strony tak bardzo, że stracił swe właściwości. Od tego czasu Vader wcale się nie czesze, ale czasem śni mu się jeszcze, że znowu jest stary.

Poeta

Nie pamiętam jaki miał głos, bo nigdy nie wypowiedział do mnie ani jednego słowa. Mijaliśmy się tylko. Zawsze w tym samym miejscu, zawsze w ten sam sposób. On się uśmiechał. Był blondynem, ślicznym chłopakiem. Gdy skończył liceum przefarbował włosy na czarno i skądś już było wiadomo, że jest poetą i że studiuje w Krakowie, że pisze wiersze i że bardzo obiecujący. Słowa nie mówił, gdy się na chodniku przed blokiem mijaliśmy, ale uśmiechał się zawsze. Że umarł też wiem nie od niego.

Konrad Magrzyk, Magdalenka Literacka, numer 13-14, 1995

Czternasta

Metro godzina czternasta. W wagonie pustki. Zaledwie kilka czerwonych siedzeń zajętych. Do pracy nikt się tu nie spieszy. Na stacji Świętokrzyska drzwi się otwierają i wchodzi starsza pani, matka, z dwójką dorosłych synów. Każdy z nich ma czapkę z daszkiem na głowie i śmieje się do drugiego serdecznie. Mężczyźni mają kurtki dżinsowe i kolorowe bluzy pod spodem. Chociaż jest ich dwóch siadając zajmują trzy miejsca. Starsza pani stoi i patrzy na nich z góry, ale z czułością. Oni z dołu patrzą na nią z nie mniejszym rozczuleniem i nagle obaj wyciągają w jej stronę długie ramiona i wciągają pomiędzy siebie. Przez chwilę stopy starszej pani obute w brązowe pantofle i obciągnięte cielistymi rajstopami znajdują się na wysokości jej twarzy. Cała trójka śmieje się. Ich szerokich dwóch oraz ona jedna i cienka. Dwie stacje dalej kobieta wstaje i z jednym z mężczyzn podchodzi do wyjścia. Pożegnaniom nie ma końca. Mężczyźni, ten, który jedzie dalej i ten, który zaraz wychodzi, machają do siebie rękami wysyłając sobie pocałunki. Nie kończą rozmowy:
– Ale pamiętaj, Ewa ma na ciebie ochotę! – woła jeden.
– Na ciebie ma ochotę Ewa! – woła wysiadając drugi.
– Ewa obu nas chce – mówi ten pierwszy i obaj śmieją się do siebie. Jeszcze długo machają dłońmi, chociaż metro dawno już odjechało. Ten na peronie macha i ten w wagonie też. A kobieta patrzy na nich szczęśliwa.

Liście babki

Pewnej nocy Vader obudził się z brakiem. Zaczęło się od palca wskazującego. Nagle, nieoczekiwanie, z dnia na dzień, z chwili na chwilę i ot, bez powodu wąski pasek skóry znikł i odsłonił wnętrze jego ciała. Kropla ciemna wysunęła się ze szczeliny. Może suwak, może ostry bilet, może portfela ciasna przegroda, nóż w czasie mycia naczyń zahaczył i zadrasnął. Vader nie rozumiał, nie pamiętał, nie wiedział. A skoro nie wiedział i nie rozumiał, czekał, aż się dowie. Cykady za oknem cykały, komary brzęczały, księżyc świecił. Pusto na ulicach było. Kołdra kleiła się. Krople ropy skapywały na prześcieradło. Brzuch Vadera był ze skóry obrany, nogi nagie, dłonie i twarz. Poszedł Vader na mokrą trawę o poranku i leżał tak długo, aż kiełkując skóra mu się zazieleniła, z palców liście a z brwi kwiaty wyrosły. Dopiero wtedy Vader sobie przypomniał, więc do domu wrócił i zasnął szczęśliwy.

Chmury jesienne

Jest taki moment w ciągu roku, gdy na niebie pojawiają się chmury jesienne. Niby nic, ale różnią się odrobinę od tych wiosennych, letnich i zimowych. Chmury jesienne są delikatniejsze, są rozciągnięte w czasie, bo wcale nie chcą odrywać się od lata i nie spieszy im się do zimy. Wyciągają się więc pomiędzy nimi na niebie, ziewają i przewracają na drugi bok prosząc o ostatnie pięć minut drzemki. Ponieważ zanurzone są w snach, nie mają czystej bieli, lecz jesienną, wymieszaną. Ale wcale nie z liśćmi jesiennymi, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać, a z żółtkiem, bo chmury jesienne, chociaż ulepione zostały z pół kilo białego sera, muszą zawierać dwa żółtka. Lekkość nadaje im ubita ubijaczką piana. Mąka działa odwrotnie i przybliża je odrobinę ku ziemi, aby całkowicie nie odleciały. Wrzuca się je pocięte nożem do czerwonego garnka, z którego one same wypływają leniwie kierując się w stronę otwartego na oścież nieba.

Wierzba

Rosła tuż nad jeziorem. Wierzba o rozłożystych gałęziach, którymi prosto do wody płakała. Czemu ona ciągle płakała, nikt nie potrafił zrozumieć. Od dawna wierzba zwieszała witki tak żałośnie, tak rzewnie, że się podróżującym po rzecznym trakcie serce krajało. Ileż rezygnacji w niej, ileż żalu za czymś lub za kimś. Gdybyż to drzewo mówić umiało, gdybyż wytłumaczyło. Milczało jednak. Tak się przynajmniej wszystkim zdawało, bo też wysłuchać go nie potrafili. A ono, gdy wieczorem wiatr ustał, liśćmi szumiało. Nad ranem gałęzie po wodzie przesuwało i pluskało. I w południe, pomimo gorąca, woda z niego na ścieżkę kapała. Do tych kropli dzieci biegły, bo one tajemny język wierzby rozumiały. W jednej chwili zapiaszczonym uchem historię wierzby podchwycały i z rozwartymi ustami słuchały opowieści o dobrych i czułych wędrowcach, którzy do samotnego drzewa pomiędzy gałęzie wchodzili, żeby drzewom nieść pocieszenie. I nie było dziecka, które by wzruszone opowieścią, nie doczekawszy jej końca, do posmutniałego drzewa nie podeszło i dłoni mu na pniu nie położyło, żeby mu serdecznie i czule potowarzyszyć. Każde przychodziło, każde pomiędzy liście wbiegało i każde, gdy koniec opowieści wybrzmiewał, na dno jeziora spadało. I dopiero, gdy toń się ponad nim zamykała i ratunku dla niego nie było, zakończenie opowieści rozumieć zaczynało. I drzewo znowu płakało, witki w wodzie maczało i żałośnie w niej kogoś szukało. I nikt znowu go nie rozumiał. Aż przechodziło drogą dziecko, które życzliwe ucho na szum spłakanych witek nadstawiało.

Daleko

Pewnego dnia Vader obudził się wcześnie rano. Powinien gotowy być do dalekiej drogi, jaką sobie na dzisiejszy dzień zaplanował. Jednak oczy jego, wciąż zaszłe poranną mgłą, nie rozróżniły i zamiast czarnej kawy Vader za uszko uniósł studnię bez dna i połknął bezkresną. Zamiast do wyjścia udał się więc do łóżka. Nie musiał już przecież daleko jechać, zamknął się w sobie i zasnął szczęśliwy.

« Starsze wpisy

© 2016 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial