Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Rękawiczki

W czasach pandemii każda wyprawa do sklepu jest wyzwaniem, bo – wiadomo – do sklepu chodzą ludzie a każdy człowiek inaczej przeżywa zarazę i ma inną filozofię postępowania. Na przykład ta kobieta przede mną ma na sobie maseczkę, okulary przeciwsłoneczne, kaptur i gumowe rękawiczki na obu rękach. Trzyma dystans półtorametrowy i tak naprawdę nie wiem, czy jest kobietą czy mężczyzną, ponieważ głęboko skryła się w luźnym ubraniu. Jej przeciwieństwem jest kobieta, która stoi za mną. Ona jest z pewnością kobietą, ma długie blond włosy, którymi dotyka mojego ramienia. Stoi tak blisko, że mogłabym poczuć jej perfumy. Nie myślę jednak o perfumach, lecz o odległości a raczej bliskości. Odwracam się niespokojnie i zastanawiam się jakby tu dać jej do zrozumienia, żeby się trzymała z daleka. Kątem oka zauważam, że kobieta żuje kosmyk nakręcając go jednocześnie na palec wskazujący. Nie ma gumowych rękawiczek. Zupełnie inaczej niż ja, która stoję gdzieś w połowie pomiędzy kobietami. Ja trzymam dystans, ale nie mam maseczki, za to mam jednorazowe rękawiczki. To znaczy jedną rękawiczkę założoną teraz na prawą dłoń. Wszyscy klienci sklepu, a jest ich ze mną pięcioro, więcej osób do środka podczas epidemii nie wejdzie, widzą moją jedyną rękawiczkę, ponieważ właśnie podnoszę ją do góry. Koszyk postawiłam przed kasą i teraz nie wiem, którą ręką powinnam wyjąć z niego zakupy: tą bez rękawiczki, czy tą w rękawiczce. Przypominam sobie, że mam drugą rękawiczkę w kieszeni, ale nie wiem, którą ręką powinnam ją wyjąć a potem założyć. Zostawiam rękawiczkę w kieszeni i wykładam wreszcie zakupy z koszyka dłonią bez rękawiczki a potem portfel chwytam dłonią w rękawiczce. Aha, więc teraz mam już brudny i portfel, i kartę kredytową. Na wszelki wypadek sprawunki chowam do torby dłonią w rękawiczce, bo nie pamiętam, którą dłonią dotykałam ich wcześniej. Zresztą dłonią bez rękawiczki dotykałam już koszyka. Teraz powinnam go odstawić. Trzeba by go złapać, ale którą ręką? Tą, którą trzymałam go wcześniej, czy tą, którą złapałam go później? Ponieważ już wszystko mi się pomieszało zdejmuję rękawiczkę, chowam do kieszeni, odstawiam koszyk, wychodzę ze sklepu. Spokoju jednak nie daje mi myśl o tamtej pani, co żuła włosy. Stała tak blisko, że powinnam poczuć jej perfumy, ale ich nie poczułam. Albo ich nie użyła, albo ja jestem już zarażona koronawirusem, bo jednym z objawów jest nieodczuwanie zapachów. Prawie wpadam w panikę, jednak w ostatniej chwili przypominam sobie o drugiej, czystej rękawiczce, którą mam ciągle w kieszeni. Zakładam ją błyskawicznie i ufff, jestem bezpieczna.

Upić się

– Dzień dobry – mówię wchodząc do dawnego mokotowskiego warzywniaka, dziś handlującego wyłącznie alkoholami. – Czy jest Ballantine’s?
– Jest – odpowiada przemiła pani właścicielka – jest zero siódemka.
– Czy zero siódemka jest największa? – upewniam się.
– Nie, są jeszcze litrowe butelki. Tylko u nas akurat ich nie ma
– W takim razie – tłumaczę przepraszająco – ja jeszcze poszukam w innym sklepie tej większej. Bo wie pani…
– robię krok do przodu, żeby się przybliżyć, lecz zaraz sobie przypominam, że nie wolno – Wie pani, na trzeźwo się nie da.
– Żeby pani wiedziała! – wykrzykuje pani właścicielka ze zrozumieniem – Wie pani, ilu klientów, takich, których znam od lat, takich, którzy nigdy alkoholu do ust nie brali, przychodzi i kupuje, żeby zacząć pić teraz? Ludzie nie dają rady.
I dlatego właśnie postanowiłam codziennie upijać się wesołymi piosenkami, zalewać się kilkuminutowymi haustami wyparcia, pomiędzy strachem, pracą, smutkiem i złymi wiadomościami będę pompować w siebie hektolitry muzyki, sponiewieram się basami, zbetonię rytmami aż zerwie się film.

Gwint

Nie umiem pisać wierszem. Pocieszam się jednak, że niewiele plastikowych zakrętek potrafi. Przypadkowo rzucono mnie daleko od szkła. Potoczyłam się po chodniku na sąsiednią ulicę. Stoi przy niej niewielka szkoła. Akurat zadzwonił dzwonek i wokół mnie pojawiły się nogi. Ocknęłam się wiele obrotów zakrętką później gdzieś, gdzie nie ma butelek. Stałam się pokrywką pozbawioną gwintu. W tej samej chwili zyskałam świadomość. Szkoda, że nie umiejętność pisania wierszem.

Max Ernst, La Lune en bouteille, 1955, Tate Gallery

Eksperyment

Siedziałam dziś po południu ze znajomymi i rozmawialiśmy. I wcale nie o koronawirusie. O filmie, teatrze, literaturze, pedofilii, podróżach a potem o koronawirusie. I jeden znajomy powiedział, że koronawirus jest genialny, bo potrafi przebiegać bezobjawowo i dzięki temu przetrwa i że ewolucja ciągle próbuje różnych ścieżek i niektóre z jej eksperymentów są udane a niektóre są nieudane i muszą umrzeć. I wtedy pomyślałam sobie, że to ciekawe, bo zupełnie inaczej jest ze sztuką. W sztuce także potrzebne są eksperymenty, ale nie ma znaczenia czy są udane, czy nie, bo same w sobie stanowią istotę sztuki. Ale potem pomyślałam sobie, że nie ma ewolucji bez eksperymentowania, więc jednak istotą ewolucji, prócz przetrwania jest, tak samo jak w sztuce, eksperymentowanie, bo ono zapewnia przetrwanie. A potem przyszło mi do głowy, że przecież ja jestem eksperymentem ewolucji. Nie lubię o tym pamiętać, bo jest mi wtedy niewygodnie. Wygodnie jest nie myśleć. Wygodnie jest się przyzwyczaić, choć się nie powinno. Powinno się być eksperymentem świadomie uczestniczącym w eksperymencie. Czy jeśli człowiek podlega ewolucji, może w niej uczestniczyć świadomie? Skoro jestem tworem ewolucji, czy powinnam zachowywać się jak proces i ewoluować? Mogłabym, tylko, że ja się nie bardzo lubię ruszać. Lubię siedzieć w wygniecionym fotelu, nosić ułożone do nogi buty i mieć spokój. I najpierw pomyślałam sobie wtedy – a był to moment, w którym właśnie żegnaliśmy się ze znajomymi nie podając sobie zresztą rąk – że spokój nie może być częścią eksperymentu, bo jest sprzeczny z rozwojem. A potem jednak pomyślałam sobie, a szłam wtedy po ulicy szukając przystanku autobusowego, że spokój, owszem, jest częścią eksperymentu. Jest jego zakończeniem. Był to zresztą moment, w którym zdecydowałam nie jechać autobusem, którego trasy nie znam i wsiąść do tramwaju, żeby dojechać do metra, bo metrem lubię jeździć najbardziej. Tak – pomyślałam wtedy przejeżdżając na moją stronę Warszawy – przyzwyczajenie zabija eksperyment. I wtedy przypomniałam sobie o sztuce, że jednak ze sztuką jest tak samo jak z ewolucją. Eksperyment ją rozwija, jest jej istotą, i w dodatku eksperyment nawet najbardziej udany przestaje być dość szybko nowy, ponieważ staje się przyzwyczajeniem. W ten sposób eksperyment zostaje zniszczony i potrzebny jest nowy eksperyment, który będzie przeciwdziałał osłabiającemu przyzwyczajeniu. Czyli sztuka działa podobnie jak ewolucja. Ewolucję także osłabia przyzwyczajenie.
Na wysokości słowa „przyzwyczajenie” zjechałam schodami ruchomymi do metra i weszłam na peron. Wokół pełno było ludzi. Wstawali z ławek i podchodzili do wagonów. Przedzierałam się przez tłum, żeby dotrzeć do ukochanego ostatniego wagonu, jeżdżę tylko ostatnim wagonem. I nagle zobaczyłam znajomego. Bardzo ucieszyliśmy się na swój widok i natychmiast uścisnęliśmy sobie ręce, choć z powodu koronawirusa nie powinniśmy. I właśnie wtedy przyszło mi do głowy pytanie: czy na pewno było to przyzwyczajenie a może jednak był to eksperyment?

Pomiędzy

Na stole leży książka. Litery wspinają się do głowy po prostej, bezpośrednio. Wślizgują poprzez gałkę oczną bez drapania rogówek. Ale zaraz. Co tu się dzieje? Coś mi przeszkadza. Koło głowy wyrosło mi coś dziwnego. Coś jakby siadło na niej. Do kogo należy? A, nie. To jest moje. Mam palce. Mam palce i głowę. I jeszcze mam oczy. A w głowie uszy. Szumi za oknem. I nos. Ale pachnie! Pachnie i przez ten zapach mam chyba coś jeszcze. Pomiędzy palcami a głową pojawiają się barki i z nich sterczą ramiona. Palce oddalają się. Umiem je zginać. Dotykają szyi i żeber. Z każdą chwilą jest mnie coraz więcej. Palce przesuwają się. Rozrastam się pod nimi, wydłużam. Poza ramionami, piersiami, płucami, żołądkiem i tymi flakami pomiędzy, mam też dwie nogi. Najniżej są stopy, wyżej łydki, kolana i uda. A pomiędzy udami… Wiosna. Dziś już nie dam rady pracować.

Onanizowanie się Van Goghiem

Kilka lat temu napisałam coś tam o Van Goghu, że cała ta sława i jego dzisiejsze powodzenie jest zaprzeczeniem wszystkiego, co robił i że przy wykluczeniu Van Gogha w jego czasach dzisiejsze uwielbienie jest złem. Nie zmieniam zdania, tym bardziej, że zobaczyłam dziś film przygotowany przez BBC. Kilkuminutówka. Do współczesnego muzeum wchodzi Vincent incognito i ogląda salę ze swoimi obrazami. Wzruszony roni łzy widząc swoją ekspresję zakutą w złote, ciężkie ramy. Całuje po policzkach jakiegoś przemądrzałego historyka sztuki oddającego cześć Van Goghowi. Czarująca scenka ma przekonywać właściwie nie wiem do czego. Mnie się raczej widzi samooszukiwaniem, nazwałabym je nawet dosadniej, onanizowaniem się Van Goghiem. I tak właśnie nazwę. Bo film BBC niczego nie otwiera, nie uwrażliwia na wszystkich pomijanych dzisiaj, na pomijanych w czasach Van Gogha, na zapomniane kobiety, na odrzuconych facetów, na tych, których niszczyli zazdrośni przyjaciele albo jedynie pomijali, milczeli o nich nie rozumiejąc i nie dając szansy na cokolwiek. Ta scenka nie walczy z kastowością ani nie tłumaczy, że należy zwracać uwagę na tych niechcianych, lecz jest wstępem do powszechnego samozadowolenia:
– Patrzcie, jacy jesteśmy otwarci! Patrzcie, jak się przejmujemy odrzucanym za życia artystą.
A kto go odrzucił?
Otóż, gdyby Van Gogh wszedł dziś do takiego muzeum, o ile zostałby wpuszczony – bo niedomyty, ze śmiesznymi natręctwami, unikający ludzi – być może najpierw zostałby zatrzymany przez ochronę a potem przesiedział 48 w areszcie. Ale gdyby się dostał do takiego muzeum, wtedy krzyczałby, szalał, zatrzymywał ludzi nie potrafiąc opanować emocji. Skakałby, zaczepiał, szczypał. Czyli jednak zderzyłby się z ochroną a potem z policją, bo dzisiaj przecież nie okazujemy złości. To nie wypada. Mamy ją tłumić i udawać, że ona w nas nie istnieje. Dobrze, spróbujmy raz jeszcze. Vincent, do dzieła! Gdyby jednak mu się udało się wejść do sali z obrazami i pozostać w niej dłużej, wydarłby z ram wszystkie swoje płótna, za hipokryzję i za wykorzystywanie do budowania iluzji otwartości społeczeństwa, które jest tak samo kiedyś jak i dziś zamknięte na każdą inność odrobinę trudniejszą do sprecyzowania. Van Gogh siedziałby dziś na bezrobociu albo z kredytem frankowym, albo skompromitowany za żywy temperament byłby pośmiewiskiem prasy. Tak samo jak wtedy. Nic się nie zmieniło. Dziś też by nie pasował, bo jego ekspresjonizm był niezgodą. Dziś też by się nie zgadzał i dlatego zostałby odrzucony. Bo dzisiaj jeszcze bardziej nie ma zgody na niezgodę.
– Uspokój się, chyba przesadzasz. Nie będę z tobą rozmawiać w takim stanie. Porozmawiamy później.
Już ja go widzę, biednego Van Gogha, jak tnie nożem te płótna.

Stanisław Gabriel Żeleński

W pierwszym momencie go nie polubiłam. Nie mój typ bohatera. Zbyt pewny siebie. Postawny, przystojny, o głębokim głosie, z łatwością korzystał z darów natury. Tak intensywnie z nich korzystał, że Gabriela Zapolska uczyniła go pierwowzorem bohatera swej powieści „Wodzirej”, bo w czasach studiów lwowskich Stanisław Żeleński, no cóż, żadnej nie przepuścił. Nie każdy tak umiał, jego młodszy brat, Tadeusz, nie bardzo. Nieśmiały w stosunku do kobiet milczał przy nich wstydząc się niewyjściowego głosu. Zresztą przy Stanisławie nie tylko głos Tadeusza wypadał blado. Boy jeszcze wtedy był bardzo słabo zarysowany. Nie wiedział, co chce robić w życiu. Studiował medycynę, ale bez przekonania, bo z przekonaniem grywał tylko w karty. Jego starszy brat nie miał takich dylematów. Wiedział czego chce i kogo. Skończył politechnikę we Lwowie, wybrał piękną narzeczoną i zaczął pracę na stanowisku architekta. Nuda. Ciekawie robi się dopiero, gdy okazuje się, że podobno nieprzyjemnie wykłócał się z braćmi. Awanturowali się we trzech: Stanisław, Tadeusz i jeszcze najmłodszy z nich, Edward, przyszły urzędnik bankowy, współtwórca Zielonego Balonika. Dorastający Żeleńscy tak zajadle ze sobą walczyli, że pomieszkujący z nimi poeta, Kazimierz Przerwa -Tetmajer, ich brat cioteczny, planował w czasie ich awantur przeprowadzkę do innego mieszkania. I proszę, Stanisław od razu staje się bardziej ludzki a jeszcze bardziej uczłowiecza go fragment listu jego ojca. Władysław Żeleński, ceniony kompozytor, skarżył się synowej, Izabeli, że wprawdzie otrzymał pocztę od Stasia, ale ani słowa nie potrafi z niej zrozumieć, tak Stanisław bazgrze. Może i pisał niewyraźnie, ale dbał. O Tadeusza po śmierci Dagny Przybyszewskiej, o ojca po śmierci matki, a potem znowu o ojca po śmierci najmłodszego Edwarda, który zmarł na serce chore z miłości. Trochę sercu Edward dopomógł naciskając cyngiel.
Chciałam napisać, że wzrusza mnie przemiana, która dokonała się w Stanisławie, że z pewnego siebie i skupionego na własnych potrzebach stał się czuły, opiekuńczy i odpowiedzialny za rodzinę. Jednak tak naprawdę żadna przemiana się w nim nie dokonała. On był wciąż, przez całe swoje krótkie życie tak samo pewny siebie. Gdyby nie był, nie odważyłby się zakupić w 1904 roku zakładów witrażowych i nie uczyniłby z nich najpierwszej spółki w Galicji, dla której pracował Mehoffer i Wyspiański. Właśnie ze Stanisławem zrealizowali swe najsłynniejsze projekty. Dziś nikt ich arcydzieł z najstarszym bratem Żeleńskim nie kojarzy. Pewnie byłoby inaczej, gdyby Stanisław nie poszedł w 1914 na wojnę i nie zginął na niej tak razu. I nic nie zmienia fakt, że zginął śmiercią bohaterską. O tym też już nikt nie pamięta. Na krakowskim polu pozostał tylko jeden brat. Tadeusz stał się wreszcie Boyem, tłumaczem, felietonistą, krytykiem, pisarzem, gigantem myśli i języka. Nie wiem, czy po śmierci Stanisława obchodził jeszcze rocznicę jego urodzin, ale ja dziś ją sobie obejdę.

Dom Towarzystwa Lekarskiego, w środku znajduje się witraż według projektu Stanisława Wyspiańskiego. Zdjęcie: Zygmunt Put, wikipedia.pl.

O braciach Żeleńskich i innych rodzeństwach więcej w książce: „W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków”, Muza 2018.

Poczta

Z nieszczelnym rozporkiem
i złamaną nogawką
rękaw nie sięga listonosza.
Palce dopięły drzwi na guzik.
Okno zawiązało ostatnią dziurkę.
Pukanie ustaje.
Wyjmij skarpetkę z koperty.
To dziś jedyna wiadomość.

Dzień kota

Ludzi sporo. Jedni stoją drudzy siedzą. Drzwi uchylają się na stacji. Do wagonu wchodzi kobieta w siwym kapeluszu i płaszczu. Otwiera torebkę i grzebie w niej palcami. Ponad tłum wnosi się szare ramię.
– Kłębek? – pyta pierwszy pasażer.
– Kłębek! – odpowiada drugi.
Trzeci łapie czwartego za stopę. Ten na czworakach popycha kłębek łapą i przewraca piątego. Szósty ugniata brzuch siódmemu. Dziesiąty chwyta włóczkę pazurem i biega dookoła piętnastego. Dwudziesty przerzuca sznurek od nosa do stopy. Związał się z drugim supłem nierozerwalnym. Kobieta zamyka torebkę i siada, bo miejsca w wagonie są już wolne.

Fatalne zauroczenie

Jakby tu obejść Walentynki? Nie ma lepszego tematu niż „Fatalne zauroczenie”, a zatem obejrzeliśmy je wczoraj. „Ciekawe, że dużo jest w tym filmie psa” zwrócił uwagę mąż i miał rację, ponieważ w pierwszej godzinie kinowego przeboju z roku 1987 pies pojawia się na planie wiele razy. Zbliżenie pyska, pies wyglądający przez okno, merdający ogonem, drapany za uchem, śpiący na dywanie, biegający po parku, tarzający się w trawie a nawet jedzący spaghetti. Beztroski, rozkoszny, czysty i wierny. Zatrzymajmy się na chwilę przy talerzu pełnym makaronu. Stoi na podłodze przy lodówce. Żona przygotowała go dla męża a mąż nie zdążył go zjeść, bo spędził noc u kochanki. Dla niepoznaki oddaje spaghetti psu. Jest to więc talerz symboliczny, podobnie zresztą jak pies. A zarazem moment filmu zwrotny, w którym romans głównego bohatera zaczyna przybierać fatalny obrót.
Niesamowicie ogląda się filmy z przeszłości. Ich wypracowana przez wybiórczą pamięć wizja, także przez poświecone filmowi teksty popkultury, często rozmija się z rzeczywistym obrazem. Tylko, co jest rzeczywiste? Czy cokolwiek w ogóle jest obiektywne?
Właśnie, bo czasem jest jeszcze inaczej. Nie tylko wyobrażenie o filmie rozmija się z jego treścią, ale także zmieniają się czasy. Tym samym zmienia się odbiór treści. To była moja pierwsza myśl po napisach końcowych; jak to się stało, że „Fatalne zauroczenie” utkwiło w mojej głowie jako film o kobiecie – wariatce? Przecież ona, Alex, grana przez Glen Close, wcale wariatką nie jest. Dla tych, którzy nie pamiętają fabuły, krótkie przypomnienie. Szczęśliwy małżonek, w tej roli Michael Douglas, nawiązuje przypadkowy acz krótki romans z Alex. Dla niego jedna wspólna noc znaczy tyle, co nic. Ona chce od niego więcej i nie przyjmuje odmowy. Głuche telefony od niej rozbrzmiewają nawet w nocy. Nachodzi Douglasa w pracy a potem w domu. Jednak nie bez powodu. Wszystko dlatego, że w czasie tej jednej, jedynej wspólnej nocy (co prawda noc była jedna, ale seksu w niej, ho ho! znacznie więcej) Alex zaszła w ciążę. On nie chce tego dziecka i nie chce kobiety w swoim życiu. Ona przeciwnie. Chce, żeby uczestniczył w przyszłym życiu ich dziecka. Porozumienia nie ma, emocje narastają. Ona niszczy mu samochód, on idzie na policję, ona zabija jego córce królika, on mówi wszystko swojej żonie, ona porywa jego dziecko, on jej grozi i ją bije, ale na koniec ją oszczędza, czego bardzo żałuje, bo niebawem ona pojawia się u niego w domu z dużym nożem, więc zostaje zabita przez niego i jego żonę, bo małżeństwo działa wspólnie i jest siłą nie do pokonania. Przecież ona była złem.
Obejrzałam „Fatalne zauroczenie” do końca i zamilkłam z wrażenia a zdarza mi się to nie często. To nie jest film, który pamiętam. To nie jest film, który znam z jego popularnego odbioru. I nie jest to film, jeśli patrzeć na niego dosłownie, do obrony. Bo oceniając go dosłownie nie można uczynić z postaci granej przez Glen Close wariatki. A to dlatego, że ona wariatką nie jest. Jej racje, choć przerysowane, ale jednak są słuszne. Zaszła w ciążę a facet uchyla się od odpowiedzialności. Nie dość tego, kwestie wypowiadane przez tę rzekomą wariatkę mają niestety sens: zabawiłeś się mną i porzuciłeś jak śmiecia.
Dziwne, myślałam, przecież sympatia widza pozostaje z męskim bohaterem, także moja sympatia. Od początku kibicuję jemu, trzymam za niego kciuki, żeby się nie wydało, żeby go zostawiła w spokoju, a w ogóle, co ona sobie myśli? A mimo to nie potrafię postaci kobiecej napiętnować.
Nie mogłam sobie z tym filmem poradzić aż do chwili, w której zdałam sobie sprawę, że są tylko dwie możliwości, albo to jest zły film albo ja go do tej pory oglądałam niewłaściwie i go wcale nie rozumiem. I wtedy pojęłam, że wina jest oczywiście moja, ponieważ jest to opowieść głęboko symboliczna i tylko w tym wariancie, jeśli przyjąć tę symbolikę, składa się wreszcie i do końca. „Fatalne zauroczenie” staje się filmem nareszcie logicznym.
A symbolika zaczyna się od psa, na którego zwrócił uwagę mąż, tym razem już mój. Pies jest ważnym elementem, ponieważ jest znanym i stosowanym w malarstwie symbolem wierności małżeńskiej. W dodatku znika z filmu, gdy romans się dokonuje. Symboliczny pies odsłania następne symbole, zmienia znaczenie niesłusznie odbieranych jednoznacznie scen a zaraz potem odmienia samo odczytanie filmu. Ten staje się opowieścią o ranach poniesionych przez wszystkich jej bohaterów w sytuacji pozamałżeńskiego romansu.
Królik należący do córki Michaela Douglasa przestaje być zabitym królikiem. Staje się symbolem krzywdy, jaką ponosi dziecko. Rany żony pochodzące z wypadku samochodowego przestają być złamaniami i siniakami powypadkowymi a stają się ranami emocjonalnymi zadanymi żonie w sytuacji niepewności i zagrożenia, w czasie małżeństwa rozbijanego przez drugą kobietę.
Jeśli wreszcie symbolicznie patrzeć na „Fatalne zauroczenie”, przestaje ono być filmem o kobiecie, która maniakalnie próbuje przyciągnąć do siebie kochanka, ale staje się opowieścią o różnicach pomiędzy mężczyznami i kobietami i ich emocjami związanymi z seksualnością. Przy takim spojrzeniu na film zmienia się też postać ofiary. Ofiarą do pewnego stopnia stają się wszyscy: mąż, żona, dziecko. Ale największą ofiarę ponosi ta druga kobieta, ta, która powszechnie została uznana za wariatkę, maniakalną psychopatkę. Nie jest nią, nie prześladuje, lecz chce miłości. Jednak z punktu widzenia małżeństwa miłość jej się nie należy. Druga kobieta jest intruzem i dlatego musi zginąć.
Z czym mi się „Fatalne zauroczenie” kojarzy? Tylko z jednym. To jakby kinowa wersja piętnastowiecznego obrazu Jana van Eycka „Małżeństwo Arnolfinich” – symbol siły instytucji małżeństwa.

Fatalne zauroczenie, 1987, reż. Adrian Lyne.

« Starsze wpisy

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial