Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Mechanika uczuć

Wybiera się giętkie. Tnie się je siekierą albo użyna piłą. Ociosuje się, wierzchnie warstwy zdziera, do wnętrza się dochodzi, żeby gładkie, żeby żadnych zadziorów nie było, żeby nie pokaleczyć. Zapachem się przy tym zaciąga a potem dłutem się głębiej wrzyna i się je odsłania. Z pieczą się dopasowuje, układa. Młotkiem się nie dotyka. Ostre kanty gładząc zaokrągla. Dopiero z czasem, gdy się od warunków wypaczy, gdy odstawać zaczyna, gdy niewygodnie, bo uwiera i uciska, wtedy się gwoździem dobija, obcęgami ukręca, na siłę się odgina, aż pęknie. I sznurem na supeł się wiąże. Albo nie. Mechanika uczuć.

Dwie postacie

Pewnej czarnej nocy Vader obudził się w samym jej środku. Wokół niego taki panował mrok, że musiał sam siebie dotknąć, żeby sprawdzić, czy w tej ciemności jest, czy go wcale w niej nie ma. Ponieważ go w niej nie było wstał i zaczął szukać, gdzie też mógł się zapodziać. Szedł ostrożnie tropem snu, który rozsnuł się pomiędzy ciemnością. Najpierw był czarną muchą, którą rozpoznał po skrzydłach i dźwięku. Odbijała się od szyb i ścian. Trzymając się snu Vader dotarł do lepkiej nici, która wokół muszych nóg się oplotła. Szamotał się i starał się ratować, lecz we śnie, który go wciąż do przodu popychał, przemienił się w pająka, co na złapaną dopiero co w pułapkę muchę zasadzał się na ośmiu porośniętych szczeciną odnóżach. Gdy Vader zjadł sam siebie odzyskał postać i nareszcie zasnął spokojnie.

Kamyk

Zdarzają się i takie kamienie, które nie wyróżniają się ani kształtem ani powierzchnią świecącą ani kolorem. Szare są i wypłowiałe, w piasku zagrzebane nie przykuwają uwagi. Chłodne są, zgaszone jakby, gdy się na nie patrzy. Kto jednak próbował taki kamień podnieść wie, że w dłoniach zaczyna pałać płomieniem i parzyć. Nie sposób go utrzymać, trzeba w piasek z powrotem upuścić, w którym kamień nijaki się staje. Skąd żar się bierze, który bije od niego, to tajemnicą geologii pozostaje. Czy nie wygasł w nim ogień pierwotny z czasów, gdy formowała się ziemia, czy za każdą próbą uchwycenia zapala się nowym płomieniem, tego stwierdzić bez badań nie można. Lecz jak zbadać płomyk, który w rękach płonie? Gasząc go tylko.

Ławka

Ona siedziała z czarnymi ustami na białej twarzy. Nic nie prześlizgnęłoby się przez nie, tak czarne były. Zmrużyła oczy w czarnych obwódkach. I chociaż otwarte powieki miała, oczy były jakby zamknięte. I niebo zamknęło się ponad jej głową, bo ławka, na której siedziała, nie stała w parku, lecz pod betonowym stropem metra. On stał i oplatał ją ramionami. Kładł głowę na jej plecach, przywierał do niej ciałem. A ona siedziała, ale jakby biegła, jakby uciekała. Ustami odwracała się od niego. Dłonie odsunęła, żeby mężczyzny nie dotykać. Od niego patrzyła a nie do niego. A on stał w nią wtulony, owinięty. Stopy pod ławkę wsuwał i kolanami o jej biodro się ocierał. Jakby on, gorący, chciał ją, zimną, na tej ławce rozgrzać. Jakby on ją kochał a ona bezdusznie się od niego odwracała. A przecież było całkiem inaczej. On przytulał, bo właśnie w tej chwili na ławce pod stropem dziewczynę z czarnymi ustami porzucał.

Klamrę

Pewnego dnia Vader, który unosząc się w przestrzeni kosmicznej podsypiał właśnie po poobiedniej drzemce i tuż przed wieczornym spaniem, dostrzegł dryfującą w jego stronę klamrę. Klamra była spora, nie za duża i nie za mała. W sam raz ułożona do obu dłoni Vadera, gdyby ustawił je blisko siebie. Tak. Mógłby ją chwycić. Mógłby zatrzymać. On ją a ona jego. Mógłby mieć wreszcie coś, czego można się chwycić. Coś, co uczyni go częścią wspólną. Pokusa była silna. Vader rozejrzał się, lecz otoczony niczym niczego nie dostrzegał. Nic ciągnęło się na wieki świetle. Kto wie, być może z klamrą nic przerodziłoby się w coś. Klamry się łączą, klamry pasują, klamry lgną do klamer, lgną do ściany. Vader też mógłby lgnąć. Z klamrą w dłoni mógłby się dopasować, po klamrach iść w górę lub na samo dno. Dłonie miał wolne. Otworzył je, wyciągnął, zawiesił ponad metalowym, wygiętym w kształt łuku prętem. I cofnął znikając w ciemności.

Sen o skrybie

Mezopotamia kończy się na „a”, pustynia kończy się na „a”, rzeka kończy się na „a” i woda, którą miesza się z gliną kończy się na „a”. Glina kończy się na „a”. Ręka, która wyrabia glinę kończy się na „a”. Skóra, na której wiatr osadza piasek niesiony z pustyni kończy się na „a”. Tabliczka uformowana z gliny kończy się na „a”. Trzcina kończy się na „a”. Sumeryjska myśl odciśnięta trzciną na tabliczce kończy się na „a”. Ja kończę się na „a”. Skryba kończy się na „a”, ale skryba zawsze będzie mężczyzną.

Rozmowa

Ulica dużego miasta. Główna. Szerokim chodnikiem płyną ludzie, jedni płyną w jedną, drudzy w przeciwną. Nagle, od jednego ze strumieni odrywa się kobieca postać, zatrzymuje się pomiędzy i kieruje wzrok na drugi strumień. Wtedy od drugiego strumienia odrywa się druga postać, również kobieca, i zatrzymuje się pomiędzy. Kieruje wzrok na pierwszą. Stoją od siebie w oddaleniu, żadna nie zbliża się. Tak daleko od siebie stoją, że muszą w swoją stronę szyje wyciągać, pochylają się ku sobie. Jednak w tym samym czasie, zawstydzone gestem ku sobie, usztywniają się, żeby kroku do siebie nie zrobić. Wyglądają jakby podlegały dwóm siłom fizycznym równoważącym się, które trzymają je z daleka i z bliska, do siebie i od siebie równocześnie. W szumie dwóch płynących strumieni nie słychać słów. Zresztą słowa nie mają żadnego znaczenia, nie są dość mocne, aby pokonać obie siły. Postacie odwracają się i zatapiają w strumieniu. Każda w swoim. Chyba nigdy nie widziałam smutniejszej rozmowy.

Następnym razem

Rybka. Jedno słowo a mówi tak wiele. W wodzie. Sama. Niewielka. Nieznany jest jej kolor, umówmy się więc, że jest to rybka o pomarańczowym, radosnym, odrobinę naiwnym usposobieniu. Błyskając beztrosko płynie wyłapując spod powierzchni rozproszone promienie słońca. Nie myśli, lecz jest. Rybka, która widząc błysk dostrzega w nim jedynie dobro nie obawiając się niebezpieczeństwa. Płynie więc ku światłu. Nie jest to jednak głupia rybka, wyczuwając więc w ustach smak haczyka uczy się błyskawicznie, żeby następnym razem błysków unikać. Jakim następnym razem?

Tam, gdzie zwykliśmy

Od rana czekam na pana tam, gdzie zwykliśmy się od rana spotykać. Lecz pan się nie zjawia. Mogło stać się wszystko. Mógł pan zasłabnąć, mógł pan zaspać przez przypadek, mógł pan pospać z rozmysłem, mógł nie mieć ochoty lub ochotę zbyt wielką. Mogło i tak się zdarzyć. Mogło zaistnieć tak wiele powodów, dla których dzisiejszego poranka nie spotkałam pana tam, gdzie zwykłam pana spotykać. Urlop z rodziną, trzeci zawał, pierwsza cukrzyca, przeprowadzka na inną ulicę, do innego miasta, do innego kraju, do innej galaktyki, tej, do której autobus z naszego przystanku akurat nie dojeżdża. I stoi pan na międzygalaktycznej łapiąc okazję i nerwowo patrząc na zegarek nie wie, że tam, gdzie zwykliśmy się spotykać, mnie także już nie ma.

Śrubka

Najlepiej widać ją w słoneczne dni. Maleńka śrubka tkwi w chodniku odkąd pamiętam. Przekraczam ją, może nie codziennie, ale często i od lat nie mam odwagi jej odkręcić. Bóg nie istnieje, glob jest okrągły, układ słoneczny trzyma nas w ryzach, więc nie ma miejsca na wiarę w maleńkie śrubki, które mogą zniszczyć cokolwiek. A jeśli. A jeśli racjonalna wizja świata jest tylko iluzją i po wyjęciu śrubki coś się jednak rozpadnie? Może rozpadnie się czyjeś małżeństwo, może moje? Może rozpadnie się samochód w chwili, w której będzie gnał rozpędzony po autostradzie? A może śrubka dokręca grawitację i w momencie, w którym zostanie wyjęta wszyscy uniesiemy się w powietrze i będziemy dryfować aż po chłód i czerń?

« Starsze wpisy

© 2016 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial