Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Geneza

C.W. pamiętał swoje najpierwsze chwile. Właściwie nie te najpierwsze, po których powstał, lecz te najostatniejsze, w których go jeszcze nie było. Nie wiedział, że go nie było aż do pewnego poranka i bulgotu czajnika. Woda wychlupywała się raz po raz i ciepło od palnika rozchodziło po kuchni. W istocie C.W. nie miał nie tylko świadomości, że go nie ma, nie miał w ogóle żadnego pojęcia o niczym, ani wielkości kuchni, ani wzorze posadzki, mieście, państwie, czy też konstelacji. Nie umiałby nawet określić pory dnia. Dzień? A co to jest dzień? Że jest, uświadomił sobie nagle, choć nie sam. Z niebycia wyrwał go kobiecy krzyk:
– Uwaga!
Dłoń unosząca czajnik zakołysała się i pod jej ruchem po okręgu z dziubka wyskoczyła ciecz w formie przeźroczystej kuli, która spadając rozciągnęła się nieznacznie, żeby następnie roztrzaskać się o podłogę. Gorące krople padły na odsłonięte łydki i bose stopy kobiety sięgając ud a nawet tego, co powyżej.
– Caution – kobieta powtórzyła po angielsku, tym razem z jękiem, i wylizując łzę z kącika ust dodała:
– Wrzątko.
Tak właśnie powstał on. Pośród jęku, łez, krzyku oraz nieostrożności wychynął z rozgrzanych czeluści pełnych wilgoci zadając matce ból, czyli dokładnie tak, jak zwykły przychodzić na świat wszystkie dzieci. Leżał na posadzce starając się określić formę i granice istnienia, które właśnie się dla niego rozpoczynało.
– Ciauton Wrzątko – powtórzył za matką swoje imię, choć nie rozumiał jeszcze, co ono znaczy.

Kapelusz

Nie wiem, jak on to robi. Wskakuje na kanapę i już nie jest czarnym kotem, lecz czapką. Hop i jest bluzką jednym ramieniem dotykającą podłogi albo butem porzuconym pod stołem. Bywa długimi spodniami na fotelu, żeby po chwili wstać i przeskoczyć na parapet. Tam zamienia się w czarny wazonik albo nieruchomą zasłonę, pień drzewa, kurtkę przechodnia. Bo on nawet takie sztuczki umie. Bardzo rzadko, ale jednak bywa rowerem budzącym się o świcie w środku miasta. Jedzie. Słońce go oślepia. Lubi się w nim czasem zagubić. Wędruje potem aż do wieczora po niebie ten mój kot. Kiedy wraca znowu staje się wełnianą czapką na kanapie. Albo leżącym na najwyższej półce ułożonym do głowy filcowym kapeluszem.

Ilustracja: Rene Magritte, Cat i the hat.

Czas

Znalazłam dziś czas i dowiedziałam się, że liniowy jest przez krótką chwilę. Nie trzeba go nawet porównywać do kłębka. Na samą myśl o nim linia czasu rozsypuje się w palcach. Musiała być przeciążona, napięta, niepraktyczna i nieelastyczna. Nieprawdziwa po prostu. Zdmuchnięta z dłoni, niekoniecznie przez wiatr, wystarczy silniejsze kichnięcie lub wzruszenie ramion, zakorzenia się w metrach kwadratowych nieruchomą sekundą dotykając wapiennych muszli. Już zawsze będzie dziś.

No to chlup

Siła dźwięku rośnie. Wiem, bo od miesięcy noszę jeden ze sobą. Przykleiliśmy się do siebie w lesie. Dźwięk był cichy. Ledwie dosłyszalne chlip prosto do ucha.
– No to chlup – powiedziała woda. I już. Od tamtego pochylenia jesteśmy razem. Można by tu dopisać jakieś pomocnicze słowa typu: rozlewisko, światło, popielate brzegi wysuszone zimą. Nie piszę ich. Jest tylko:
– Chlip.
Gdy się odzywa, na przykład teraz, w godzinie szczytu na środku chodnika, jestem kałużą.

Zdjęcie: Karol Jałochowski.

Noc

Dlaczego noc jest czarna? Bo zasnęłam, a potem się obudziłam. Było to w czasach, gdy jasność ogarniała całą tarczę zegara. Niespodziewanie otworzyłam oczy w środku nocy i usiadłam. Trzeba było siadać, bo wiadomo, że kiedy się leży, smutek z serca przelewa się do głowy. Mnie się przelał i nie mogłam dłużej spać. Na siedząco czekałam, aż spłynie niżej. Kiedy dotarł do stóp, zrobiły się tak ciężkie, że nie mogłam ich położyć. Było z nimi bardzo niewygodnie. Dlatego wyrzuciłam je z łóżka, żeby sobie poszły. Zapomniałam jednak, że są przepełnione smutkiem i dlatego nie mogą odejść. Mogą jedynie opadać. O podłogę uderzyły z hukiem, rozłupały się i w noc uleciał cały smutek. Dlatego jest czarna kiedy nie śpię.

Czwarte wydanie!

Ach, wielka radość! „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem” ukazuje się już po raz czwarty. Książka, która na rynku jest od 2012 roku, z czwartym wydaniem dostała nową, piękną okładkę i wzbogacona została o nowe ilustracje. Cieszę się jej pojawieniem w księgarniach i dziękuję Wydawnictwu Bukowy Las a także Czytelnikom, którzy wciąż chcą czytać o historii sztuki. Trudno o większą radość dla autora. Pięknie za nią dziękuję!

Spotkanie jako sztuka

Zaszczyt móc znaleźć się ze swoim tekstem o „Smutku mamuta” wśród tak wspaniałych Autorów i pięknych tekstów. „Spotkanie jako sztuka”, książkę towarzyszącą Biennale Sztuki dla Dziecka i poświęconą dzieciom i sztuce z naukowego punktu widzenia, będę czytała z ciekawością tym większą, że jestem na pierwszym semestrze podyplomowej pedagogiki. Pięknie dziękuję!

Ewa

Bulwary wielkiego miasta zapełniają się błyskawicznie. Wjeżdżam na nie za szybko.
– Ewa! Ewa! – słyszę głos. Z przestrachem oglądam się za siebie i już wiem, że za bardzo oddaliłam się od mamy. Zwalniam, szukam stopą asfaltu, chcę zawracać. Wreszcie przypominam sobie, że już jestem dorosła.

Ilustracja: Zbysław Marek Maciejewski, Ewa.

Biurko

Są dwie strony biurka. Ta pierwsza unosi litery wysoko. Trzyma się sztywno zarysowana krawędziami idei. Kot w słońcu przesuwa przecinek. Druga strona zawsze pozostaje w cieniu, czasem tylko nocą czuje na sobie światło odbite papierków cukierków dawno już zjedzonych. Kot bawi się refleksem rzuconych w kąt słodyczy.

Zdjęcie: Jędrzej Jałochowski

„Smutek mamuta” po serbsku!

A to jest okładka nowego wydania „Smutku mamuta”, które lada chwila ukaże się w wydawnictwie ProPolis Books w Serbii, w tłumaczeniu Anđeliji Jočič. No cieszę się nią jak głupia, bo jest cudna! Autorką okładki jest Marija Jevtić. Dziękuję!

« Starsze wpisy

© 2021 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial