Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Rozmowa

– Pewnej nocy nie mogłam spać – kobiecy głos dobiega z sąsiedniej ławki. Siedzę właśnie z komputerem w Królikarni a obok mnie rozmawiają trzy starsze panie. Wszystkie trzy w spódnicach i z siwymi włosami. Jedna ma włosy za ucho a dwie pozostałe zupełnie krótkie.
– Nie mogłam spać, więc nad ranem przyszłam tu – kobieta wskazuje schody pałacyku – Patrzę a tu impreza, muzyka i młodzież tańczy. Pomyślałam, że napiszę do moich wnuczek, żeby sobie przyszły potańczyć, ale wtedy zobaczyłam, że to ci, ci z ideologii LGBT. A to bym wnuczki wpakowała! Dobrze, że do nich nie zadzwoniłam.
Kobiety śmieją się, wstają i zaczynają spacerować po parku. Wprawdzie dopiero przyszłam, ale pakuję wyjęty komputer i chowam notatki. Podchodzę do starszych kobiet i dygam grzecznie. – Proszę mi wybaczyć, że przerywam, ale niechcący słyszałam z sąsiedniej ławki waszą rozmowę.
– A nic nie szkodzi – mówi jedna z kobiet – niech pani mówi, my lubimy rozmawiać. Co też pani usłyszała?
– Usłyszałam, co panie mówiły o ideologii LGBT i chciałam tylko powiedzieć, że nie ma ideologii, są tylko ludzie, którzy chcą kochać i być kochani.
– Aż tak głośno rozmawiałyśmy? – dziwi się kobieta i dodaje. – Kochana moja, ja pani wytłumaczę. My nie mamy nic przeciwko tym z LGBT. Tu często siadają kobiety, trzymają się za ręce i nawet się całują. Kobiety i mężczyźni. Ale niech oni się tak nie pokazują. Po co im te marsze? Po co nas obrażają?
– Obrażają? – pytam.
– Obrażają – odpowiada kobieta z najdłuższymi włosami.
Zaczynamy rozmowę. Długą i trudną. Najpierw staram się wytłumaczyć, że nie ma „my” i „oni”. Jesteśmy tylko „my”, my razem. Kobiety też tak uważają, ale tym bardziej stoją na stanowisku, że jednak ci „oni”, chcąc się na siłę odróżnić, robią sobie krzywdę i w dodatku obrażają uczucia religijne innych, na przykład kotwicą powstania warszawskiego na tęczowym tle.
– A myśmy walczyły w powstaniu – ciągnie jedna z kobiet, wciąż ta z najdłuższymi włosami. – Miałam jedenaście lat, gdy moja matka zginęła na moich oczach.
Nie mogę nic odpowiedzieć. Chciałabym wytłumaczyć, ale nie potrafię wydobyć z siebie słowa. Temat LGBT przechodzi w reparacje wojenne i winę Niemców, którzy wciąż nie zapłacili za krzywdy a powinni zapłacić. Tak uważa kobieta z najdłuższymi włosami. Przekonuję ją, że Niemcy już dawno zapłacili odszkodowania.
– Za mało – odpowiada – za mało. A cierpienie? A zniszczona Warszawa? Kto za nie zapłaci?
Staram się zwrócić uwagę, że pewne krzywdy nie mają ceny i że minęło tyle lat i czasy są już inne. Rozmowa jest trudna, emocjonalna. I nie będzie łatwiej, bo temat wojny przechodzi w kwestię niechęci polsko-ukraińskiej.
– Mordowali Polaków. – mówi jedna z kobiet, znowu ta z długimi włosami. Koleżanki jej przytakują a ona mówi dalej. – Tylu Ukraińców jest teraz w Warszawie, że mówię pani, niech coś się tylko wydarzy, zaraz wystąpią przeciwko nam. Znajoma opowiadała mi o Ukraince, która w zeszłym roku zachowała się złośliwie wobec Polki.
Stoimy we cztery w alejce parkowej. Ponad nami szumią drzewa. Jest gorąco, ale my staramy się nie zapalać. Ja także staram się, choć policzki płoną.
– Rozumiem, ale czy to nie jest tak, że wśród Polaków, Ukraińców, Rosjan, czy Niemców są ludzie i dobrzy, i źli. Czy powinno się uogólniać?
– Nie zna pani życia – odpowiada ostro kobieta z najdłuższymi włosami, ale druga jej przerywa:
– Oczywiście, że nie można uogólniać. Są dobrzy i są źli. A jeśli chodzi o to LGBT, to ja naprawdę nie wiem, czego oni chcą. Zawsze było tak, że homoseksualiści byli, bo przecież są od zawsze, od starożytnej Grecji, ale byli cicho, robili swoje i nikomu to nie przeszkadzało.
– Niezupełnie jest to prawda – odpowiadam. – W Wielkiej Brytanii przecież jeszcze po wojnie karano za homoseksualizm więzieniem.
– A w czasie wojny – kobieta z najdłuższymi włosami prawie teraz krzyczy – przecież w czasie wojny hitlerowcy mordowali homoseksualistów.
– My nic przeciwko nim nie mamy – dodaje spokojnie druga kobieta. – My nie chcemy ich krzywdy, ale nie rozumiemy, po co te marsze, po co się tak pokazują. Dwadzieścia lat temu się nie pokazywali i był spokój.
– To ja powiem, o co chodzi. – odpowiadam. – Chodzi o prawa, te same prawa dla wszystkich i o możliwość wzięcia ślubu.
– To się u nas nigdy nie stanie – znowu reaguje kobieta z długimi włosami. – Zresztą po co im śluby? Mogą żyć razem bez ślubu.
– No tak – uśmiecham się – Proszę sobie jednak wyobrazić, że dwójka ludzi żyje ze sobą przez wiele lat i jedno z nich jest chore. Partner nie ma prawa w szpitalu zapytać o bliską osobę.
– Jak to nie może? – pyta kobieta z najdłuższymi włosami. – Może odwiedzić w szpitalu każdego, kogo zechce.
– Ale nie chodzi o odwiedziny – tym razem już nie ja tłumaczę, tylko druga starsza kobieta. – Przecież nikt nie udzieli informacji o stanie zdrowia, komuś, kto nie jest z rodziny. I dziedziczyć też nie można. Jednak te śluby – kobieta zwraca się do mnie – jednak śluby powinny zostać zatwierdzone. Tylko, że marsze tego nie załatwią. Trzeba zebrać podpisy i przedstawić projekt rządowi.
– Oczywiście, trzeba zebrać podpisy. – dołącza druga starsza kobieta – Takie prawo oni powinni mieć. Złóżcie projekt ustawy.
– Ach – uśmiecham się – projekt ustawy. Były już projekty ustawy i były już zbierane podpisy, ale sejm je odrzucił.
Kobiety milkną. Patrzą na mnie. Jedna z nich dotyka mojego ramienia.
– Wie pani co? To naprawdę powinno zostać przeprowadzone. Powinny być małżeństwa albo związki partnerskie. Źle, że je odrzucono.
– Też tak uważam. – przytakuję – Zresztą to nie jedyna petycja, którą odrzucono. Na przykład liberalizacja prawa aborcyjnego też została odrzucona przez sejm.
Kobiety podchodzą bliżej.
– Chodzi o kobiety? – pytają prawie szeptem. – Żeby mogły przeprowadzać aborcję?
– Tak – odpowiadam – dopóki jest zakazana, istnieje podziemie aborcyjne. Kobiety nie są chronione.
– Rzeczywiście kobiety się wykrwawiają – przyznaje najwyższa z pań a najniższa dodaje już znacznie głośniej:
– Kobiety zawsze to robiły i muszą mieć do tego prawo.
Ta z długimi włosami wciąż milczy. Stoimy blisko siebie, ale zaczynamy się żegnać, choć bez słów. Rozmowa dobiegła końca i wszystkie to czujemy. Kobiety odchodzą, ale odwracają się jeszcze do mnie i ta z najdłuższymi włosami podnosi palec wskazujący:
– Aborcja powinna być dla wszystkich kobiet możliwa.
– I związki partnerskie dla homoseksualistów. – dodaje druga.
– Aborcja i związki partnerskie – wszystkie trzy kiwają głowami. I ja też kiwam.

Smutek mamuta w Dzień dobry TVN

A dziś, wspólnie z Jędrkiem, autorem rysunków do „Smutku mamuta”, byliśmy gośćmi Kingi Burzyńskiej i Filipa Chajzera w programie Dzień Dobry TVN i opowiadaliśmy trochę o patriotyzmie, trochę o otwartości, różnorodności i szacunku dla drugiego człowieka, które są według nas najlepszą podstawą patriotyzmu i wszystkie znajdują się w książce Wydawnictwa Nisza, „Smutek mamuta”. Gorąco dziękujemy za zaproszenie do studia i wspaniałą rozmowę!

„Historia sztuki dla dzieci i rodziców” w Lustrze

I co ja mogę powiedzieć? Rozczulenie i wzruszenie, gdy „Historia sztuki dla dzieci i rodziców” napisana wiele lat temu, bo jej pierwsze wydanie sięga 2012 roku a trzecie pojawiło się w lutym 2019, wciąż jeszcze, mimo sędziwego wieku, odrobinę żyje i otrzymuje taką, przecudowną recenzję. Aleksandra Sobańska na stronie Lustro Biblioteki napisała między innymi, że:
„Autorka oprócz popularyzowania wielkich dzieł, próbuje przekazać swoim dzieciom specyficzny sposób myślenia o sztuce, jej funkcjach i mentalności osób ją tworzących. To próba bardzo udana – Historia sztuka dla dzieci i rodziców jest tytułem obowiązkowym na biblioteczne półki”.
Całą recenzję można przeczytać tu. Cieszę się nią i dziękuję za dobre słowa!

„Smutek mamuta” w Domu nad Łąkami

– Wilk – chłopiec ma pewność. – Wilk myślą stworzył świat. Najpierw wymyślił skałę i wodę. Tylko, że na skale nic nie mogło rosnąć, więc stworzył warstwę ziemi, którą przykrył kamień. A potem stworzył ludzi, którzy się kłócili. Żeby ich rozdzielić wymyślił różne kraje i pozamykał ludzi za wysokimi murami, żeby nie mogli się spotykać.
– Albo – mówi inny chłopiec – najpierw istniał tylko jednorożec. Jednorożec stworzył lamorożca a że obaj byli bardzo głodni, wspólnie stworzyli pączki, coca – colę i gadającego pomidora. I ten gadający pomidor wymyślił ludzi. Ale ludzie nie umieli już latać jak jednorożec, lamorożec i pomidor, więc zrobiło się całkiem nudno.
– Nie wiem, czy powinnam opowiadać – kilkunastoletnia dziewczynka niepewnie wzrusza ramionami – moje stworzenie świata będzie głupie.
– Żadne nie będzie głupie – zachęcam i razem z innymi dziećmi słucham jej opowieści o trójkątnym nachosie, który zbudował ziemię.
– O, rany, jesteście niesamowite – mówię wreszcie, bo naprawdę tak myślę. Na spotkanie z dziećmi w Muzeum Nałkowskich w Wołominie przywiozłam dziś książkę Nisza, Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata, a z nią opowieści o dawnych bogach, o mamucie Szeli, który wyciął Ziemię kłami z błota, o motylu, który stworzył człowieka z własnego potu, albo o zapominalskim zającu, który przez roztargnienie sprawił, że istnieje śmierć. Dzieci wysłuchały moich opowieści i odpowiedziały całkiem nowymi, takimi, które pasują do świata, jaki one znają. Nie mogłabym być dziś szczęśliwsza, bo właśnie po to powstała książka, Smutek mamuta, żeby wspólnie dzielić się opowieściami i słuchać siebie nawzajem. I nie ma do tego lepszego miejsca niż Muzeum Nałkowskich – Dom nad Łąkami. Bardzo pięknie dziękuję za zaproszenie!

Okulary

Nie wiem, jak to się stało, ale dziś wprost na ulicę spadły mi z nosa okulary. Pierwszy raz zobaczyłam świat bez nich. Świat bez nich w pierwszej chwili wydawał się magiczny, bo nie miał granic. Na przykład wydawało mi się, że idę po asfaltowej ulicy a to jednak była rzeka, tylko, że nie dostrzegłam różnicy pomiędzy nimi i brnęłam po kostki w wodzie a później po szyję. Gdy utonęłam i woda wyrzuciła mnie na brzeg, rozwiesiłam przemoczone ubranie na łodydze krzaka, ale to wcale nie był krzak, tylko ogień, który spalił mnie razem z ubraniem. Popiół po nas wiatr rozsypał na trawę i zasilił pewne drzewo. Wydawało mi się, że wyrosłam z niego w całkiem mocną gałąź, ale jednak byłam trąbą należącą do słonia. Pojechałam razem z nim aż na Mokotów, bo czemu by nie, skoro nie ma granic. Tylko, że na Mokotowie słoń okazał się głazem narzutowym. Narzucił mi się z siłą przytłaczającą. Zrobiłam się pod nim taka cienka, że prawie mnie wcale nie było. Wypełzłam spod niego pod postacią cienia, dopiero, gdy zaszło słońce. Ale wtedy mrokiem mogłam otulić już pół Ziemi, czyli pół wszystkich pustych okien na całej. Dzięki temu odnalazłam te dwa, najbardziej puste, moje okulary.
– Świata poza Tobą nie widzimy. – powiedziały, gdy wreszcie otworzyłam oczy.
– A ja poza wami.

Ilustracja: Jan Młodożeniec.

Słów kilka o Smutku mamuta!

„Nie jest to tylko opowieść o mitologiach i wierzeniach ludzi rozsianych po całym globie. Jest to też rozmowa matki z synem. Dialog między protoplastką a latoroślą, próba znalezienia wspólnego języka. W warstwie fabularnej bowiem przenikają się dwa wymiary: rzeczywistość i fikcja literacka. W warstwie wizualnej te dwa plany rozpoznajemy dzięki użytej czcionce i jej barwie. Czy będzie to próba udana dopiero czas pokaże, teraz wydaje się, że nić porozumienia jest zawiązana i jest to silna więź, więc chcemy mieć nadzieję, że z biegiem lat nie tylko przetrwa, ale wzmocni się i wzbogaci o nowe sploty. Ale jest to też opowieść o języku, a właściwie o opowiadaniu. Autorka zdaje się mówić ustami Mamy, postaci będącej jej książkowym alter ego, że najważniejsze tak naprawdę nie jest odtwarzanie, ale tworzenie, nie opowiadanie tego samego po raz kolejny, ale wymyślanie na nowo.” Takimi słowami Przemysław Jakub Hinc opisał książkę, „Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata”, pięknie wydaną przez Wydawnictwo Nisza. Całą recenzję można przeczytać o o o tu: Zupełnie inna opowieść, do czego serdecznie namawiam szczęśliwa i wdzięczna za dobre słowa o książce.

W szybie

Dzień jest słowem zwartym i sklejonym. Ma początek o poranku, zakończenie o zmierzchu i wielogodzinne wnętrze pełne różności. Pełne lub puste. Jest lub nie jest. Dziś jest wszystko. Wszystko rozpadło się na części najdrobniejsze. Wymieszało się i zagubiło. Najpierw rozpadł się poranek a po poranku mieszkanie podzieliło się na drewniane klepki minut. Przeskakiwałam z jednej do drugiej i w każdej klepce pozostałam i z każdej wyszłam podzielona. W pozostałych pozostałam, więc o dwunastej jest ręka a o trzynastej oko. Stopa pojechała metrem pomiędzy pasażerami z dziesiątej i szafą z ubraniami stojącą zwykle przy wejściu do mieszkania. Na stacji wysiadły spodnie, ale szalik się położył. Próbowałam zebrać w warkocz włosy wyrosłe o świcie, lecz dziewczynka przy której zgubiłam uśmiech uwięziła go w szybie wagonu. Jadę więc i nie patrzę na siebie, lecz na nią, aż dziś oddzieli się od jutra.

Cień

Że wszystkich cieni pół człowiek pół jeż mógł wybrać każdy inny. Śpiewny cień sikorki za oknem. Cień liści. Cień kota, cień fotela, cień stołu i krzesła. Cień skoku z krzesła na stół. Cień miękkich łap. Cień z uwagą postawionego ucha. Cień uchylonych drzwi, przez które można wyjść. Cień ciszy i ulgi, że sikorka znowu śpiewa. Ze wszystkich cieni pół człowiek pół jeż wybrał cień wysychajacego kaktusa z doniczki na półce. Jego niegdyś białe kolce zrudziały a pożółkła łodyga skuliła się. Pochylając się pół człowiek pół jeż rzucał cień, spod którego nie widać innych.

W mieście

W mieście jest łatwiej. W razie turbulencji głowy ciągnę za ramię plecaka i uruchamiam spadochron. Otwiera się natychmiast i gwałtownym ruchem porywa z chodnika. Nie unosi, lecz wciąga pomiędzy cegły, wciska w przestrzenie strychowe, wyciera mną tynki, zaczepia o klamki, obija o framugi. Strzępki tęsknoty powiewają na gwoździach drewnianych rusztowań. Niespełnione sny wrzucam w bramy starych kamienic i pękniete okna piwniczne. Na ścianach blokowisk ścieram żal. Spłukany przez deszcz spłynie do studzienek podziemnego miasta. Gdy oddam mu smutek, powrócę na chodnik ze spadochronem w plecaku. Poza miastem jest trudniej. W zieloności się tonie.

Kołyszesz

Stajesz na trawie boso. Niebo jest bezchmurne. Słonce pali. Stopy zakorzeniają się w chłód. Unosisz ramiona. Zamykasz oczy. Nie dzieje się nic. Nagryzasz uśmiechem sacrum oczekiwania. Ty wiesz, co się zaraz wyświęci. W kościach czujesz cud. Uszy masz pełne wiatru. Szum przechodzi w dudnienie. Chmury kładą się na oczach cieniem. Kołyszesz chmurami. Kołyszesz drzewami. Kołyszesz deszczem, który odrywa się od chmur. Korzenie odrywają się od ziemi. Ty odrywasz się od trawy. Zające w locie wyjadają maliny. Podniebne jeże pogubiły igły. Igły spadają ci na twarz kroplami, wiec ty spadasz na trawę deszczem. Jesteś czysta.

« Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial