Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Miłość do radości

Widać, że matka i córka. Tak samo wycięte usta, które układają się w minę zatroskaną. Te same nosy nad ustami. Wokół oczu matki promienieją zmarszczki od uśmiechu. Córka nie ma zmarszczek. Ma torbę z napisem: wuwuwu miłość do radości pe el, ale radości w niej nie ma. Dłoń położyła na czole i jeszcze, jakby tego było mało, gestu martwienia, opuściła głowę. Może gdyby nie opuściła, włosów by nie było widać, ale widać, bo opuściła. Są trochę w kolorze bursztynu a trochę jakby się w nie wplątał smuteczek. Nie jeden, lecz sporo srebrnych smuteczków. Matka siedzi obok, zaciska zmarszczki śmiechowe a głowę ma bieluteńką, jak babuleńka. Tylko, że wcale bablueńką nie jest. Nie ma więcej niż pięćdziesiąt lat. I patrzy z troską na córkę, na tę rękę przykrywającą czoło i telefon, który smutna córka chowa w płóciennej torbie.
– Dzwonił? – pyta matka.
– Dzwonił – odpowiada córka.
Matka ożywia się.
– Dzwonił, więc oddzwoń, porozmawiaj z nim. Niech nie czeka, tylko do niego zadzwoń szybko!
– Ale to listonosz, listonosz do mnie dzwonił – mówi córka i zawisa jeszcze smutniej i jeszcze niżej prawie ocierając się policzkiem o miłość do radości.

Miód

Jeszcze niedawno mnie przygnębiała. Ściany obłożone czarną sklejką, podobnie i meble, niski strop. Jak w trumnie. W czytelni ogólnej ciasno i ciemno. Jak w ciemnej, ciasnej trumnie. Chodzenia do Biblioteki Narodowej unikałam. Wszędzie, byle nie tam. Do każdej, byle nie tu. Tylko, że zawsze uciekać się nie da, choćby nawet się chciało. Przekraczam więc szklane drzwi. Wszystko, co mam chowam do foliowej torebki, którą pobieram w szatni. Tym razem skojarzenie z kostnicą. Staram się ruszać jak najmniej gwałtownie, nie szeleścić. Idę przez szaroburą salę umarłych katalogów. Z drewnianych szufladek dziś nikt nie korzysta. Stoją na środku samotnie. Użalam się nad nimi, ale wyszukiwanie zlecam komputerowemu katalogowi on-line. Drzwi czytelni ogólnej zostawiam po lewej. Podążam w stronę czytelni humanistycznej. I tam czuję go pierwszy raz. Pomiędzy czytelniami unosi się zapach. To wanilia. Zwalniam, żeby cieszyć się nią jak najdłużej. Przypomina mi się, co czytałam o chederze, żydowskiej szkole, w której, aby osłodzić naukę hebrajskiego i studiowanie Tory, smarowano dzieciom palce miodem. Słodki zapach biblioteki. Jutro pobiegnę do niej znowu, żeby poczuć go jeszcze raz.

Origami

Chciałabym być biedronką. Nie dla kropek. Kropki nie są ważne. Ważna jest umiejętność składania skrzydeł w kostkę i chowania pod czerwono-czarnym pancerzem. Pancerz może być w kolorze dowolnym. Kolor nie jest ważny. Ważna jest umiejętność składania skrzydeł w kostkę. Bo gdy biedronka potrafi złożyć skrzydła w kostkę, potrafi je też rozłożyć. Rozwijają się po liniach prostych, zgodnie ze wzorem złożenia. Biedronka chowa je jak spadochron i jak spadochron rozwija. I leci. A ja otwieram szafę i nie mogę znaleźć skarpetek. W kącie leży kula zwinięta z pięciu koszulek. Bluza wpełzła do nogawek spodni. Te leżą pod butami rozrzuconymi bez wzoru. Z taką szafą na grzbiecie trudno się wzbić.

Od środka

Gdybym miała tę historię zaczynać od początku, nie wiedziałabym, gdzie go szukać. Bo na początku tej historii nie ma żadnego supełka. Opowiem ją więc od środka. Od chwili, gdy na podwórku cichną wszystkie ptaki a jeden z nich gubi żółte piórko. Koty chowają się w piwnicach. Widać końcówki ich ogonów. Tego w plamy, który wygląda, jakby na białym pysku nosił czarne wąsy. Zwykle ociężały, teraz ucieka prawdziwie szybko. Gdy czmychnęły koty, psy rzucają się do okien. Jeden z nich staje przede mną. Pies sąsiada chodzi bez smyczy. Rozstawia łapy, opuszcza głowę. Widzę zęby i czuję wydobywający się zapach trawionego mięsa. Uciekam. Po trawie, pod drzewo, przeciskam się przez szczelinę, wybiegam z drugiej strony i wiem, że pies weźmie mnie od prawej. Nie cofam się, tylko skaczę ponad nim odbijając od grzbietu. Nie muszę się odwracać. Wiem, że stoi i myśli. Lata u ludzi zrobiły już swoje. Ja nie muszę, jestem już przy płocie. Nie biegnę chodnikiem, lecz środkiem ulicy. Samochód z piskiem zjeżdża na pobocze. Kierowca chce mnie gonić, za szybko znikam mu z oczu. Odpoczywam w jednym z zadbanych ogródków. Za szybą słyszę głos ptaka. Gdy wracam z pracy robię dzieciom obiad. W radio znowu mówią o lisie, który porywa z klatek kanarki. Biedne, mówię głośno i nalewam rosół. Żółte piórko wysuwa się z kieszeni.

Często się udaje

Z nimi jest tak, że same przychodzą. Można gwizdać, prosić, przekupywać kiełbasą, wołać taś, taś, cip, cip, basia, basia. I nic. Cisza. To nie znaczy, że ich nie ma. Są. Kryją się za rogiem, w ciemnej bramie, czasem za krzakiem. Szczególnie, gdy jest gorąco tam siedzą. Najlepiej iść i się nie oglądać. Same zobaczą, wyjdą. Niespiesznie, żeby człowiek nie pomyślał, że im zależy. Będą się przeciągać, ziewać, popatrzą trzy razy w niebo, czy deszcz nie pada. A może będzie burza? I może dopiero wtedy przyjdą. Ale nie przybiegną. One będą niedbale szły w tym samym kierunku. Będzie się je widziało kątem oka, czuło za plecami ich ziajanie. I ten moment jest najtrudniejszy, bo one są już tak blisko. Tuż. Widzi się ich zarys, temat, przesłanie. Lecz doprowadzić je za sobą do domu nie jest łatwo. Prowadzi się takie miniaturki opowiadania na smyczy. Są prawie gotowe do zapisania. Jeszcze jedna przecznica, jedno przejście dla pieszych. Nie wolno ciągnąć zbyt mocno. One boją się presji.
Często się udaje. Doprowadza się je i zapisuje. Ale tylko wtedy, gdy one same tego chcą. A czasem po drodze wydarza się nieszczęście. Dzwoni telefon z wiadomością o śmierci i wtedy miniaturki też umierają.

Wycieram rękę.

Park po południu. Ławka pod drzewami. W cieniu wilgoć, więc tysiące maleńkich, czarnych robaczków włazi mi pod koszulę. Przede mną, na osłonecznionym trawniku, panowie ustawiają metalowe szkielety namiotów. Nie małych, lecz wysokich i ciężkich. Wśród mężczyzn są szczupli i tędzy, młodzi i starzy, łysi, siwi, uczesani modnie i mniej modnie. Wszyscy silni, wszyscy, czyli jedenastu pracujących bez wytchnienia. Unoszą metalowe belki, zaczepiają, naciągają, dokręcają. Konstrukcja skrzypi. Tylko tyle może. Poskrzypi i ulegnie sile człowieka. Mężczyzny, bo kobiet nie widzę. A nie. Są dwie starsze panie, które podjeżdżają z dziecięcym wózkiem blisko placu budowy. Za rękę trzymają półtorarocznego chłopca w niebieskich spodniach, niebieskich butach i białej koszuli. Dziecko aż przykuca z wrażenia widząc, co tacy duzi faceci potrafią. Wyrywają mu się głośne, pełne zachwytu westchnienia. On już wie. Zapamiętał. Mężczyźni pracują, kobiety pchają wózek. Mężczyźni są silni, kobiety słabe. Jego świat został określony. Wyobrażam sobie, że całe przyszłe życie będzie borykał się z nauczonym dziś w parku porządkiem. Wyciągam zza bluzki dwudziestego piątego robaczka tego popołudnia. Staram się być delikatna, ale znowu pozostaje mi między palcami mokra plama. Wycieram rękę o ławkę. Coś innego mogę? Nic.

Kochany Pani Zbigniewie

Od kilku tygodni, jak pewnie za niejedną i niejednym, chodzą za mną piosenki Zbigniewa Wodeckiego. Nucę sobie „Zacznij od Bacha”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Rzuć to wszystko, co złe”. Tylko jednej piosenki staram się od tych kilku tygodni nie nucić, nie przypominać. Dziecięca „Pszczółka Maja” wydała mi się zbyt błaha, nie licująca z dorobkiem i talentem artysty, z powagą jego śmierci. Omijam ją na wszystkie możliwe sposoby. Jak wydaje mi się, z szacunku dla Wodeckiego odsuwam obraz Pszczółki Mai.
Jak mi się wydawało, bo dzisiaj mnie wreszcie dopadła. I piosenka, i pszczółka a także świadomość, że nic błahego w jej historii nie ma.
Urodziłam się w 1975 roku. Kochałam „Piątek z Pankracym”, gdy prowadził go Zygmunt Kęstowicz, oglądałam Rumcajsa, Żwirka i Muchomorka, Krecika, Smerfy, Reksia, Bolka i Lolka. Sami faceci. Czy mi się zdaje, że na ich tle „Pszczółka Maja” była jedyną opowieścią o emancypacji, w dodatku oświeceniową? Maja sama musiała wszystkiego dotknąć i wszystko poznać. Każdą informację, dzięki wrodzonemu sceptycyzmowi, musiała sprawdzić. Dzięki temu nie dawała się zmanipulować ani omamić. Dzielna dziewczyna, która porzuca dom i tradycje, aby samodzielnie poznawać świat.
Kochany Panie Zbigniewie Wodecki, już wiem, za co Pana tak kochałam. Za poczucie własnej godności i wartości, które co wieczór wyśpiewywał mi Pan obiecując spotkanie z bajką a tak naprawdę z ideą równouprawnienia. Bo czymże innym była „Pszczółka Maja” jeśli nie właśnie tym?

Tak

Podobno w życiu ważna jest umiejętność zadawania pytań. Tę mądrość przypominam dziś sobie w parku. Drzewa szumią, liliowy bez pachnie. Samochody warczą, ale z daleka. W parkową alejkę wjeżdza staruszka na wózku inwalidzkim prowadzona przez kobietę i mężczyznę. Staruszka mówi „tak, tak”, gdy widzi niebo, „tak, tak”, gdy patrzy na drzewa i „tak, tak”, gdy widzi ławkę.
– Zadowolona jesteś? – pyta staruszkę kobieta.
– Tak, tak.
– Kolano cię nie boli?
– Tak, tak.
– Dobrze ci?
– Tak.

Nowe Peryferie dla dzieci

Z okazji Dnia Dziecka twórcy magazynu „Nowe Peryferie” przygotowali numer specjalny, Nowe Peryferie dla dzieci. A w nim wiersze, opowiadania, komiksy, wspomnienia – wszystko dla dzieci. I moje maleńkie coś znalazło się w tym zacnym gronie. Opowiadania, „Motyl niemyty”, szukajcie w dziale „Drobiazgi”.

Nowe Peryferie, dziękuję!

Kilka słów o wronach

Na moim podwórku mieszkają wrony. Kiedyś się ich obecnością cieszyłam, lecz teraz się ich boję. Wszystko zaczęło się rok temu, gdy zbyt blisko podeszłam do młodej wrony, która siedziała na chodniku. Jej matka ruszyła do ataku drapiąc mnie po głowie . Od tego czasu wrony stały się częścią mojego życia. Poważam je i szanuję, jednak one, mam wrażenie przechodzące w pewność, nie tylko mnie nie szanują i nie poważają. One mnie zastraszają. Ilekroć wyjdę z domu wrona przelatuje mi tuż przed okiem. Albo wyskakuje z trawnika tuż pod nogi. Albo siada na barierce kawiarni, tuż przy mnie. Nie robi tego jawnie. Czeka na moment, gdy zostanę sama. Gdy o wronim zachowaniu usłyszał ornitolog, poradził, żebym pokazała ptakom swoją siłę. Jesienią więc zrobiłam pewnej wronie:
– Buuu!
Przyszła zima. Wrony znikły z podwórka. Sądziłam, że nasze stosunki wróciły do obojętnej normy. Wychodzenie z domu przestało być traumą. Już nie słyszałam nad sobą krakania i nie ocierał się o mnie skrzydłem żadem siwy ptak.
Pomyliłam się jednak sądząc, że to koniec przygody. Z wiosną wrony przypomniały sobie o naszych relacjach. Znowu przelatują mi tuż nad głową, wypadają znienacka, przysiadają tuż obok i patrzą. Towarzyszą mi i napawają się strachem. Tak sądziłam do przedwczoraj. Przedwczoraj bowiem, w parku, dostrzegłam kobietę, która szła asfaltową alejką. Kroku dotrzymywała jej wrona. Kobieta przemawiała czule do ptaka a ten skacząc blisko zwracał się do niej dziobem i kiwał głową, jakby słuchał.
– Bo słucha – powiedziała kobieta – to mój przyjaciel. Gdy tylko wyjdę z domu, zaraz przylatuje i zaczepia mnie szponami. Przekrzywia mi beret, żeby był na bakier. Zawsze daję mu pestki słonecznika, bo on lubi je najbardziej.
– Naprawdę? – zdziwiłam się – czy to znaczy, że wrony zaczepiają, bo lubią?
– Tak – odpowiedziała pani raczej do wrony niż do mnie – tak, moja, kochana, tak, tak.
Doprawdy, czy to możliwe, że wrony są wobec mnie serdeczne a ja ich po prostu nie rozumiem? Odpowiedź przyszła nadspodziewanie szybko.
Następnego dnia, ośmielona i uspokojona, postanowiłam pójść do parku. Przecież wrony nic mi złego nie zrobią. One mnie lubią. Do plecaka włożyłam komputer i książki. Szłam niewielką, zacienioną uliczką Mokotowa, gdy nagle kątem oka zobaczyłam strumień, usłyszałam chlupot i plask. Gdy na włosach poczułam ciężar a na nogach wilgoć, wiedziałam już, co się wydarzyło. Kilka metrów dalej wylądowała bardzo zadowolona z siebie wrona.

« Starsze wpisy

© 2017 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial