Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Jelito

Ta stara książka strony ma wygniecione, wytłuszczone i pochlapane żółtkiem. I ślady ma po czarnych palcach oblepionych mąką, bo Vader korzysta z niej codziennie. Mozolnie zapisuje w niej wszystkie składniki. Dwie szklanki mąki, kilo sera, łyżeczka masła. Łyżka śmietany, ćwiartka masła, trzydzieści deko mąki. Cukru pół kilo i jajek sześć w misie rozrobić. I Vader rozrabia. Każdego dnia od nowa miesza ciasto i wlewa do formy. I każdego dnia wysypuje się z niej nie dość zwarty albo nie dość wilgotny, spalony za bardzo, niedopieczony z pewnością, z zakalcem, twardy, aż zęby pękają a czasem lejący zbyt. Kruchy łamie się, rozsypuje w palcach, spada na podłogę i toczy się grudkami brązowymi lub żółtymi, zależnie, czy dzisiaj w przepisie było kakao, pod kuchenną szafkę, gdzie połyka go ślepa mysz.

– Całe szczęście – myśli sobie Vader wędrując przez jelita siwej myszy – gdybym lepiej gotował, już dawno zdechłaby z głodu.

Vader pamięta

Nie jest tak, że Vader zestarzał się, więc nie pamięta. Świetnie pamięta. Wie, kiedy i wie dlaczego. Wie, jak długo. Wie, że w górę i w dół a czasem nawet jednocześnie: w w dół, w górę, w prawo, w lewo, kiedy i dlaczego. Vader wie, że potrafił pójść w każdą stronę i przekroczyć każdą granicę. Wie, że przekroczyłby ją także dzisiaj, ale nie pamięta jak.

Potwory idą w świat

Nowe Peryferie, internetowy magazyn społeczno-polityczno-kulturalny, opublikował na swojej stronie kilka moich opowiadań z cyklu „Potwory”. Towarzyszą im cudowne obrazy Aleksandry Waliszewskiej.
Jedne i drugie można znaleźć tu.
Serdecznie polecam a Nowym Peryferiom pięknie dziękuję.

Aleksandra Waliszewska jest autorką obrazu opublikowanego powyżej.

Hodowla cieni

Błąd początkującego hodowcy jest zawsze jeden. Wyłączenie światła. Tymczasem hodowli od gaszenia rozpocząć nie wolno. Owszem, można. Jednak natura cienia będzie wtedy słaba, zależna od braku, czyli pusta. Prawdziwego, dzikiego i drapieżnego cienia pełnego wielowymiarowych znaczeń elektrycznym spięciem wywołać nie sposób. Nasz cień upragniony istnieje sam w sobie. On się mocuje ze światłem, on je przegania. Swoją mroczną naturę rzuca na wszystko. Błyszczy czarną sierścią zadbaną i wyczesaną. Jest dumą hodowcy. Jednak tylko tego, który nic nie wie o jego istnieniu. Żeby cień wyhodować trzeba najpierw uwierzyć, że go wcale nie ma. Dla początkującego hodowcy rzecz niewykonalna.

Pożeracze surowego mięsa

Cudownie jest czasem nie wiedzieć. Na przykład Eskimosi. O Eskimosach wiedziałam niewiele. Nie miałam pojęcia, że słowo „eskimutsik” oznacza „pożeracze surowego mięsa” i że jest to słowo Eskimosom nadane i przez nich uważane za obraźliwe. Nie wiedziałam, że Eskimosi wolą na określenie swojego ludu inne słowo, Inuit, co oznacza „ludzie prawdziwi”. Nie znałam nazwy, którą dla siebie wybrali i uczuć, które jej nadaniu towarzyszyły. Konfucjusz radził, żeby nazywać rzeczy po imieniu, ale kto decyduje, jakie imię rzeczy nadać. Czy można nazwać się przywódcą albo uczciwym, przegranym, oszustem, dobrym albo złym człowiekiem? Kto decyduje, skoro dla każdego jesteśmy kimś innym? Czasem wolę nic nie wiedzieć.

Może łyczka?

Obudziłam się dziś całkiem rozbita i nie mogę odnaleźć instrukcji. W żadnej z szuflad, w koszu na śmieci, na pranie, na szafie. Na mieście muszę być za godzinę. Chyba, że w torbie. W torbie nosi się wszystko. Wszystko nieuporządkowane. Na instrukcje nadziei już nie ma. Zbieram z podłogi to, co ze mnie pozostało, wrzucam w spodnie, w koszulę, u wylotów motam skarpetki. Biegnę. Ucho mi w piersi wali, nosem zerkam na tramwaj, sercem kasuję bilet. Stopą witam sąsiada, żołądek podchodzi do oka, z którego na mrozie sok z żołądka płynie. Łykam kroplę powieką, żeby krew w żyłach szybciej krążyła. A nie, przepraszam. Krew została w torebce. Wyjmuję butelkę, piję. Ale tylko słodka oranżada. Może łyczka?

Wytrzepał

Gdy jest duszno Vader jedną powiekę otwiera aż podmuch rzęsy wywija. Palec zanurza w rozszerzonej źrenicy i wyławia z niej to, co go drażni, żeby czerni nie zarysować. Czerń w oku Vadera skończyć się nie może. A jeśli może to nie tak, nie rysą na lakierze zrobioną przez sąsiada. Niechby się chociaż kończyła wybuchem. Niekoniecznie wielkim. Niewielkim ogniskiem, żarem z papierosa, błyskiem w oku. Cyt, iskierka zgasła. Przynajmniej była, pomyślał Vader i spod powieki popiół za okno wytrzepał.

W łupinie

Vader od zawsze mieszka w łupinie orzecha. Ujutnie mu w niej, cicho, ciasno, zamknięto, schowanie, dla świata nieobecnie. Vaderowi dobrze kuli się w niej i nie rozumie, czemu raz na czas jakiś musi zakiełkować. Kontroluje przecież wszystkie swoje płyny, nie marnuje ich pochopnie, nie pluje na ścianki, nie sika pod siebie. Coś jednak musi wymykać się jego uwadze, gdy zdradliwa i wilgotna kropla rozpoczyna proces wzrastania. Vader przyjmuje go z rezygnacją. Gdy wznosi się łodygą coraz dłuższą i grubszą coraz wyżej, powieki zaciska, żeby go jak najmniej było. Dopiero, gdy więdnie i słabym kłączem do wnętrza łupiny opada, dopiero wtedy oczy otwiera i na powrót staje się niewidoczny.

Jamnik Szekspira

Pan Czesław także chciał być kiedyś aktorem. Urodził się sześćdziesiąt siedem lat temu w Koluszkach i przez całe swoje dorosłe życie pracował w zakładzie kamieniarskim. Wycinał w granicie bardzo ładne litery. Najładniej udawała mu się litera „S”, bo pan Czesław kochał Szekspira. Gdy nikt nie patrzył psu deklamował różne wzniosłe słowa. Pies jamnik wodził za panem oczami i drapał się w ucho, sprawdzając, czy pana dobrze rozumie. Pan Czesław dumny był umierając, że odchodzi w roku 2016 i to wśród największych. To nic, że o jego śmierci nie napisały gazety. Nad jego grobem zaszczekał mu pies:
– „Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
Nędznym aktorem, który swą rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada – powieścią idioty,
Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą”.

Historia czarnego szalika

Historia czarnego szalika wydawała się prosta, jak on. Bo on także był prosty. Dwa boki krótsze, dwa dłuższe. Żadnego karbowania. Forma prostokąta, szlachetna. Gdy spadł na beton, zdmuchnięty przez jakiś rodzaj losu czy przeznaczenia, zwinął się i powykręcał. I nic już nie było proste, bo czy szalik może istnieć bez szyi? Skulił się, zbił leżąc zupełnie bez sensu żałobną wstęgą na jednym z placów dużego miasta. Smutek po sobie. Niewiele można było dla niego zrobić w jego porzuconym chodnikowym życiu. Minąć i zapamiętać. Dostrzec go i użalić się. I iść w miasto, ulicami odnajdując raptem czarne szaliki wszędzie i na wszystkich szyjach. Jakby nagle, pewnego wieczora, każdy mieszkaniec postanowił owinąć szyję takim właśnie. Lub inaczej. Nie każdy mieszkaniec, lecz pamięć po porzuconym czarnym szaliku kazała innym przybrać jego postać, na początku prostą, lecz pod koniec zawsze skomplikowaną.

« Starsze wpisy

© 2017 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial