Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

W drodze do

Poranek w drodze do biblioteki. Dziś. Idę na piechotę, bo niebo i powietrze. Aleja Niepodległości brzęczy. Samochody w drodze, zaspani piesi mijają się. Na wysokości stacji „Pole Mokotowskie” tłok. Przepycham się prawą stroną i wychodzę na szeroki chodnik, gdzie jest swobodniej. Pomiędzy przystankiem a zejściem do metra stoi grupka kobiet, które spotkały się w drodze do pracy.
– Papieroska? – pyta jedna.
Stoją i palą w milczeniu.
Patrzę na nie i myślę o akcji #metoo . Z jednej strony to bardzo proste. Świat mężczyzn. Kobiety spychane, nieme, pozbawiane głosu. Historia, którą tworzyli mężczyźni, obostrzenia, zakazy, kobiety niedopuszczane, zamknięte w rolach, które im wyznaczano, palone na stosach.
Sama kończąc katolicką uczelnię wiedziałam, że stypendia zagraniczne są tylko dla mężczyzn. Sama kończąc katolicką uczelnię zdawałam sobie sprawę, że na egzamin do pewnego księdza idzie się w bardzo obcisłej spódnicy i prześwitującej bluzce. Szłam. Dostawałam czwórkę z materiału, którego nie umiałam. Nie umiem go do dziś.
Bo po świecie mężczyzn poruszam się swobodnie, z większą łatwością niż po świecie kobiet. Zasady są jasne. Stosuję się do nich instynktownie. Nie wykorzystuję. Nie zgadzam się na to, czego sama nie chcę. Nie przeżywam, że położyli mi rękę na piersi. Położyli a ja ją odsunęłam.
Nie przeżywam zachowań mężczyzn. Przeżywam słowa i zachowania kobiet. Nauczycielki, pracodawczynie, pielęgniarki, lekarki, agresywne kobiety z kompleksami, które w walce o równouprawnienie dominują tam, gdzie mogą, czyli zwalczają inne kobiety.
Sama taka jestem, więc rozumiem mechanizm obrony przez atak. I żal mi mężczyzn, którzy są bardzo często kastrowani przez kobiety słowami. „Miękki fiut, złamas, zmiękła mu rura, ma miękkiego, a to … złamany”. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak podobne słowa, funkcjonujące w przestrzeni publicznej, działają na mężczyzn, w jakiej pozycji ich stawiają. Najmniejsza ich słabość zostaje wytknięta, wyśmiana i obrócona przeciwko nim. Dlatego z okazji akcji #metoo ze współczuciem myślę także o mężczyznach.
Kobiety wciąż stoją. Kolejny autobus odjechał. Skończyły. No prawie. Ta w czerwonym płaszczu jeszcze dopala, ale odwracają się i idą. Ławą. Nie mam wyboru. Schodzę im z drogi

Z pamiętnika pół-człowieka, pół-jeża

Śmiałe plany na dziś. Być człowiekiem, iść pewnym krokiem, z szerokim gestem, spojrzeniem jasnym cieniem niezmąconym, niezachwianą wolą, nieustraszonym sercem i otwartą głową. Plany na dziś wzięły w łeb tuż po przebudzeniu, gdy kolce wbiły się w kołdrę.

Dziesiątego

– Przepraszam – podchodzę do policjanta. Nietrudno go znaleźć. Policji jest najwięcej. Nie uczestników miesięcznicy smoleńskiej ani nie uczestników kontrmanifestacji. – Czy nie widział pan takiej małej czarnej torby? Została tu gdzieś chyba.
Wieczorem, dziesiątego października, ponad ciemnym Placem Zamkowym unoszą się słowa Lecha Kaczyńskiego. Z głośnika nadają je Obywatele RP. Za chwilę policja podejmie decyzję o zarekwirowaniu sprzętu, bo słowa zmarłego tragicznie prezydenta mają, co zaskakujące, zakłócać miesięcznicę smoleńską, uroczystość zorganizowaną ku jego czci i modlitwę wypowiadaną przez jego brata, w jego intencji.
W czasie, gdy wokół kolumny gromadzą się demonstranci, przed katedrą wciąż stoi kolejka tych, którzy chcą wysłuchać słów prezesa PiS. Kolejka posuwa się powoli, bo każdy musi zostać przez ochroniarzy sprawdzony.
Jednocześnie w radiowozie, przy ulicy Brzozowej, czekają na uwolnienie zamknięte przez policję dwie kobiety. Powodem zatrzymania jest… a nie. Jednak nie. Nie ma żadnego powodu. Po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości, wolnego obywatela można zatrzymać i przetrzymywać przez kilka godzin bez powodu, tylko dlatego, że jego twarz wydaje się policjantowi znajoma. Inni przechodnie z ulicy Brzozowej także są spisywani. Policjant tłumaczy, że to artykuł dziewięćdziesiąty, czyli blokowanie chodnika.
– Ale myśmy tylko szli.
– Tak, ale mogliście blokować.
Rzeczywiście, mogą. I w końcu nawet to robią. Kilku osobom udaje się zablokować Jarosława Kaczyńskiego, który spieszy się samochodem na miesięcznicę. Obywatele RP siadają na jezdni. Utrudniają przejazd. Trwa to wprawdzie zaledwie kilka minut. Na zegarku może i niedługo, lecz w wymiarze symbolicznym sporo.
– Torebka? – jeden z policjantów wychodzi do mnie z szeregu – Pięć złotych się należy.
Wysoki, ładny chłopak. Patrzę na wyciągniętą dłoń z czarną torebką.
– Dziękuję – mówię i zastanawiam się, czy słyszał słowa, które przed chwilą wypowiedziała do demonstrantów Monika Dąbrowska.
– Jarosławie Kaczyński, oskarżam pana! Oskarżam pana o odebranie jedności!
Jedności nie ma. Nie tylko Plac Zamkowy przecięty jest barierkami, także rodziny, przyjaźnie, świat, który znaliśmy. Jesteśmy my i wy. My trzymamy w rękach transparenty krytykujące rządy PiS, więc jesteśmy wynoszeni z demonstracji przez policję. Nas policjant w cywilu może uderzyć łokciem w brzuch na oczach kolegów mundurowych, którzy nie reagują, bo dzieje się to nam, czyli tym, którzy stoją po przeciwnej stronie. Nas można kopać policyjnymi butami po piszczelach tak, żeby nie było widać na zdjęciach i nie dało się udowodnić. Nam można zakazać demonstrowania z godziny na godzinę i zarekwirować sprzęt, jak uczyniono wczoraj z rzeczami Obywateli Solidarnych w Akcji.
– Rany – krzyczy jeden z młodych chłopaków. Na demonstracji jest pierwszy raz, więc nie może się nadziwić – w jakim kraju my żyjemy! Chyba zadzwonię do mamy.
– Zwolnić nieletnią! Zwolnić nieletnią! – krzyczą manifestanci, bo policjanci zatrzymują właśnie siedemnastoletnią Nadię.
A wszystko to dzieje się, gdy po drugiej stronie kordonu policyjnego trwają jeszcze modły smoleńskie.
– Zaczyna się od wykluczenia, od wykluczenia Żydów, od wykluczenia Cyganów. Taki początek mają wszystkie dyktatury, wszystkie terrory – mówi do demonstrantów Paweł Kasprzak. – A przecież ten krzyż, który niesiony jest w procesji smoleńskiej, powinien nieść miłość. Dlaczego niesie nienawiść?

Starość

Idziecie do warzywniaka. Stajecie w ogonku i gdy przychodzi wasza kolej, prosicie o banany. Śmiejecie się zażenowani, bo przecież chcieliście kupić kartofle. Potem oczywiście chcielibyście dostać banany, ale już wiadomo, co powiecie. Ku uciesze zgromadzonych wypowiadacie słowo „kartofle”. Kolejka się śmieje. Wy nie bardzo. Początkowo jesteście zdezorientowani. Po pewnym czasie przyzwyczajacie się. Domownicy także. Mówicie dziecku:
– Wyjmij masło z piwnicy i podaj ogórka.
I dziecko wszystko rozumie. Wyjmuje z lodówki mleko a potem podaje wam widelec. I da się żyć.

Warsztaty wiślane w Radości

Wczoraj było tak:
– Mama, przywieziesz mi trochę radości? – zapytał Jędrek, gdy miałam wychodzić.
Wyjrzałam przez okno. Na radość nie było raczej nadziei, ale obiecałam, że spróbuję i zamknęłam za sobą drzwi. Dzień był deszczowy a deszcz wydawał się bardziej mokry niż zwykle.
– Przepraszam – zapytałam kobietę z synem, gdy wysiadłam z pociągu – czy nie wie pani, gdzie sprzedawane są bilety? Do Warszawy będę wracała wieczorem i boję się, że wszystko już będzie zamknięte.
Kobieta popatrzyła na mnie. Oddała synowi do potrzymania parasol a sama zaczęła szukać czegoś w torebce:
– Proszę – podała mi bilet – Akurat mam jeden.
– Ale ja nie mam gotówki – zaoponowałam.
– To nic – odpowiedziała – niech pani weźmie w prezencie.
I już miałam trochę radości dla Jędrka.
A potem potoczyło się już gładko. Szłam w deszczu i cieszyłam się, że pada, bo skoro mam mówić seniorom o wierzeniach wodnych i wiślanych, powinno być odrobinę mokro. I było.
Wprawdzie w czasie zajęć trochę się denerwowałam, bo chociaż opowiadałam o mitach wodnych, jedna z pań uparcie przypominała mi o Cudzie nad Wisłą.
– Tak – starałam się delikatnie wybrnąć z sytuacji, po raz kolejny tłumacząc, że ważna jest militarna historia i znaczenie Wisły – ale dziś chciałabym się skupić raczej na jej legendach, wierzeniach i symbolice wody.
Pod koniec zajęć ta sama pani ponownie przypomniała mi o Cudzie nad Wisłą, tym razem jednak mrugnęła porozumiewawczo:
– Mówiłam, że powinna pani wspomnieć o Cudzie nad Wisłą, bo wie pani, jest taki świetny pub, „Cud nad Wisłą”, i mają tam bardzo dobre piwo.
I wtedy to dopiero była radość!
Dziękuję Wawerskiemu Centrum Kultury Filii w Radości za zaproszenie i wszystkim uczestnikom warsztatów za udział oraz stworzenie wspaniałej, nowej legendy Wisły. Bardzo dobrze się bawiłam. I dziękuję Agencji Autorskiej Zetzet za pomoc i troskliwą opiekę agencyjną.

Przetwórnia

Ostatnio mam tak, że, gdy pojawiają się kolejne smutne sondaże poparcia dla obozu władzy, przypomina mi się pewna wzruszająca książka, a najbardziej jedna jej scena. Nie będę tej sceny przytaczać. Powiem tylko, że jest ona zamierzonym świadectwem polskiej bierności, na którą zachorowaliśmy nieuleczalnie w czasach peerelu, i ta bierność oraz niemoc, co widać przygnębiająco wyraźnie, na naszą zgubę wciąż trwa. Żeby walczyć z biernością nie opiszę powyższej sceny, lecz podpowiem, gdzie można ją znaleźć. Kryje się ona w książce niezwykłej, delikatnej i niedopowiedzianej, którą czytając ma się wrażenie, że autor na ucho zawierza czytelnikowi swe najintymniejsze przeżycia i refleksje. „Przetwórnia” Zbigniewa Zawadzkiego w głowie pozostaje i pomiędzy słowami opowiada o poszukiwaniu tożsamości, strachu, odwadze i Polsce. O tej ostatniej mówi znacznie więcej niż niejeden podręcznik historii. Piękna książka.

Dzień chłopaka

Czas dramatu: wtorek.
Miejsce: przystanek tramwajowy.
Akcja: Pod wiatą przystanku chroni się przed deszczem starsza kobieta. Usadawia się na drewnianej ławce tuż obok czteroletniego chłopca, jego matki i wózka, który ta chwyta. Chłopiec, wciśnięty pomiędzy matkę a przygodnie spotkaną kobietę, nie sięga kaloszami chodnika. Ustawionym przed matką wózkiem ta porusza miarowo. Obie kobiety, wciąż jeszcze sobie obce, zwracają twarze w stronę niemowlęcia.
– Dziewczynka? – pyta przygodna kobieta.
– Tak – matka odpowiada miękko i z uśmiechem patrzy na córkę.
– Poznałam po oczach – wyjaśnia przygodna kobieta – Takie są dziewczęce.
– Dziewczynka, ale wie pani, że urodziła się większa od syna? – matka wskazuje chłopca siedzącego przy niej. Chłopiec się nie uśmiecha – o pięć centymetrów była większa. Pięćdziesiąt pięć miała.
– Tak samo jak moja wnuczka – kiwa głową przygodna kobieta – żeby pani wiedziała jaka jest silna.
– Syn w tym wieku był mniejszy od niej i słabszy – tłumaczy matka i pokazuje palcem chłopca.
– Teraz wygląda całkiem dobrze – dziwi się przygodna kobieta.
Matka odsłania poły niebieskiej kurtki chłopca:
– Proszę pani! Żeby go pani nago widziała. Sama skóra i kości. A jakie ma żebra wystające!
Kobiety milkną. Wciąż patrzą na chłopca. On na nie nie.

Poniedziałek

Gdy ciążę przerwała był poniedziałek. Po zabiegu poszła do łazienki. Państwo ościenne, miasto małe, klinika czysta. Nie chciała zostawić po sobie brudnej podłogi a krew kapała. Schyliła się i papierem toaletowym wytarła. Nie musisz tego robić, powiedziała sobie, gdy skończyła. Nie musisz. Ale musiała. I wtedy dopiero przypomniała sobie, że już się tak kiedyś schylała. Już kiedyś na czworakach po podłodze chodziła i papierem toaletowym ją szorowała. W jednym z wielkich szpitali, wielkiego miasta, jej własnego państwa.
– Podłogę ubrudziła – powiedziała położna, gdy ona do dziecka, co je kilka godzin wcześniej urodziła, iść chciała. – Podłogę ubrudziła. Niech sprząta.
I posprzątała.

Z pamiętnika pół-człowieka pół-jeża

Musiałam się zatrzymać i rozsznurować buty. Kamień był płaski a mimo to uwierał. W sam raz do puszczania kaczek, pomyślałam. Chciałam nim rzucić, ale na mokrym chodniku poślizgnęłam się, upadłam i rozcięłam skórę. Dobrze, że obok rósł mech, zerwałam kępkę i zatamowałam krwawienie. Kilka kropli żywicy zostało na chodniku i zaczęło tężeć. Wyrywałam kolce i wciskałam w żywicę po jednym. Trzeba się było spieszyć, bo skarpetki mokły a rana piekła. Morze podchodziło już pierwszą falą pod kolana. Człowiek nie, ale jeż przetrwa.

Skarpetki

Na początku jest słowo. Nie, nieprawda. Tym razem na początku są kolorowe skarpetki. Zakładam je rano w milczeniu i jadę w nich na komisariat. To nic, że nikt ich nie zobaczy. Ja będę o nich wiedziała.
Komisariat jest brzydki. Krata, kiedyś brązowa, teraz jest tylko obdrapana. Ściany w kolorze łososiowym. Spod emalii na światło dzienne próbują wydostać się warstwy poprzednie. Czy ja napisałam na światło dzienne? Ciasne korytarze oświetlają jarzeniówki. Jest ciepło. Ciepło jest przyjemne, bo na dworze ziąb. Nie może być inaczej, skoro jest jesień. Poniedziałek, dwudziesty piąty września, godzina dwunasta trzydzieści. Odczytuję jeszcze raz treść wezwania. Mam stawić się na komendzie, w pokoju numer dwadzieścia trzy. Drzwi są otwarte. O numerze informuje przyklejona do drzwi i wydrukowana na drukarce kartka A4.
– Zapraszam – mówi pani aspirantka.
Pokój numer dwadzieścia trzy jest nie tylko brzydki. Pokój numer dwadzieścia trzy jest wzruszająco brzydki. Dwie panie, trzy biurka, papierów tyle, że z łatwością odczytuję dane osobowe piętrzące się najbliżej mnie. Imiona, nazwiska, numery telefonów, adresy pozapisywane na małych, kolorowych karteczkach, powciskane w różne szpary, porządkujące ażurowe szufladki. Wydeptane tenisówki „na zmianę” stoją tuż przy biurku pani aspirant, śmieszne napisy i magnesy z aforyzmami zawisły po drugiej stronie biurka, na szafie z metalowymi drzwiami.
– A on dzisiaj ma urodziny? – pyta druga obecna w pokoju policjantka.
– Nie, on dziś nie ma – odpowiada ta, przy której siedzę.
– Czyli wprowadziłam ich w błąd – martwi się tamta.
– O, jaką ma pani śmieszną datę urodzin – zwraca się, tym razem do mnie, pani aspirant.
Zastanawiam się, czy się uśmiechnąć. Korci mnie, bo przecież pani jest miła a wnętrze rozczulająco nieporządne. Jednak się nie uśmiecham. Nie przyszłam się tu uśmiechać, myślę sobie i natychmiast myślą zahaczam o kolorowe skarpetki, które mam na nogach. Rano zakładałam je w milczeniu, więc teraz też milczę. Milczę i myślę o skarpetkach. Jaka szkoda, że pani aspirant nie może ich zobaczyć. Są różowo-niebiesko-żółte. Krzyżuję nogi pod krzesłem. Pani aspirant może za to zobaczyć domowymi sposobami zrobiony napis na koszulce „zablokujmy faszyzm”. Tylko, że pani aspirant wcale na niego nie patrzy.
– Czy przyznaje się pani do winy? Że dnia piętnastego sierpnia utrudniała pani przejście legalnej manifestacji zorganizowanej dla uczczenia zwycięstwa wojsk polskich nad bolszewikami? – pyta.
– Nie, nie przyznaję się do winy i chciałabym dołączyć oświadczenie. Chciałabym także zapytać, czy sąd otrzyma informację, kto był organizatorem tej demonstracji? – chcę wiedzieć, bo o tym, że demonstrację zorganizowała Młodzież Wszechpolska nie ma w tekście, który mi został odczytany, ani słowa.
– Tak, ta informacja zostanie dołączona do dokumentacji. To wszystko – mówi kobieta i oddaje mi dowód osobisty. Przeciskam się przez wąskie korytarze, mijam kratę i wychodzę na jesienny ziąb. Wciąż przed oczami mam bałagan pokoju numer dwadzieścia trzy. Papiery piętrzą mi się w głowie. Nie mogę wyrzucić z pamięci tenisówek pani aspirant, ani zniszczonej wykładziny. Krążą wspomnienia kolorowych karteczek i zapisanych na nich liczb. Skarpetki opadły mi do pół kostki. I wtedy widzę transparent, który przed każdym komisariatem, wspierając wszystkich wzywanych, trzymają Obywatele RP: „Mamy prawa, prawa fizyki, prawa logiki, prawa człowieka”. Mało brakowało a zapomniałabym, co jest naprawdę ważne. Tak sobie myślę, podciągając kolorowe skarpetki.

« Starsze wpisy

© 2017 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial