Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Na policzku

Że jestem flejem, to nic, nie szkodzi. Dróg obchodzenia porządku jest wiele. Monitor można ustawić tak, że pod pewnym kątem i przy dobranej jasności, odprysków rzeczywistości na tekście nie widać. Kurz pokrywający litery zdmuchuję. Większe plamy rozcieram spacją. Droga mleczna zaczerpnięta z kawy dawno już na monitorze wyschła. Okruszki przesuwam czarnymi klawiszami, może który uda się zrzucić w szczelinę. Rozlega się chrobot i wiem, że się udało. Gorzej, gdy zaschnięta plama pojawia się na szybce telefonu. Od kilku dni staram się ją zdrapać. Pocieram paznokciem, ślizgam się po niej poślinioną opuszką. Nic plamy nie rusza. Przysuwam telefon do światła. Plama rozszerza się. Już nie jest tylko plamą, czyli czymś chwilowym. Staje się pęknięciem trwałym. Żadne starania go nie naprawią. Nie szkodzi, myślę, uszczerbek na rzeczy bez znaczenia. Wyłączam aparat i przyglądam się twarzy, której odbicie dostrzegam w czarnym lustrze. Na policzku jest plama.

Potrzebę tworzenia

Vader wziął paczkę do rąk i rozerwał. Rozłożył na ziemi płaszcz i zrzucił buty. Z zawiniątka wyjął kolorowe szpulki i sterczące igły. Położył się obok nich i zapatrzony w nieskończoność, z nogą wspartą o kolano, planował, co uszyje pierwsze. Kosmos, szepnął sobie. Gwiazdy, bezkresne przestrzenie, dziury z mroku, kwarki i kwanty, rozszerzenia, zakrzywienia i skurczenia woli, w pożądaniu instynkty, dystanse, bliskości i pożary duszy nie do ukojenia. Zamilkł. Nawlekł igłę i zacerował dziurę w skarpecie.

Z dala

Z dala od najdalszego miasta, z dala od najdalszej ulicy, od szosy, od parku, alei. Nie ma do nich kolorowych szlaków, wydeptanej ścieżki obsikanej przez psa, żużlówki, z której odskakują na boki kamienie. Nie prowadzi tam zapach miękkiego asfaltu ani mrugnięcie pomalowanej powieki. Perfumy nie są wskazaniem, tanie czy drogie, to bez znaczenia. Wiewiórka tam orzecha nie wetknie. Śmietniki nie zdradzą położenia swoją zawartością. Karetki na sygnale dojechać nie będą w stanie, więc i straż pożarna nie trafi. Wywietrzniki zatkane. Obieg zamknięty. Okien brak. Słowa ukrywa się w ciszy.

Cekiny

Mężczyzna o długich włosach odjechał a ja zasnęłam i obudziłam się pół godziny wcześniej. Słońce zdążyło przetoczyć się przez godzinę szesnastą i zatrzymać na piętnastej trzydzieści. Czarna spódnica, w której szłam, gubiła w przedpołudniowym świetle cekiny, które leżały na ścieżce tuż przede mną i wyznaczały rytmem krok. Nie zbierałam ich, żeby nie mieć dowodu, że czas cofa się. Mężczyzna o krótkich włosach zatrzymał się przy jednym z nich. Takie rzeczy dzieją się, gdy w zegarze pęka sprężyna.

Potwory na Wyspie

Wiem, że chwalenie się jest obciachowe, ale radość i szczęście prawdziwe. Kwartalnik literacki „Wyspa” a w nim wydrukowane coś tam moje. Wielka to zasługa Jarka Górskiego! Dziękuję!

Kwartalnik literacki „Wyspa”

Nie potrafią

W sprawie kamiennych ptaków przeprowadzono już wiele analiz i żadna, jak na razie, nie przyniosła odpowiedzi na niepokojące pytanie, czemu kamienne ptaki nie spadają? Powinny spadać. Nie tylko spadać. Roztrzaskiwać się o bruk. Powinny zagrażać każdemu istnieniu, z którym w locie w dół się zetkną. Powinności jednak na nic, skoro kamienne ptaki nie spadają. Unoszą wbrew fizyce swe niemożności. Na wiosnę pierwsze uczą się latać. I nie potrafią spadać, skoro już zostały nazwane ptakami. Z czego by wynikało, że trzymamy je w garści.

Jakiż jest

Przychodzi nagle. Wyrywa mnie ze snu. Ucisk, nacisk, opresja. I gdy już wyrwany zdaję sobie sprawę, że stres, opresja i ciągłe napięcie, mięknę. Wyzuty z powietrza i siły zapadam w głąb siebie, bez woli nabrania powietrza. Rozprężenie przychodzi, chociaż mimowolnie. Tlen wsącza się podświadomie, bo ja go już nie chcę. Raz jeszcze przeżywać to wszystko? Jakiż jest sens istnienia gumowego przycisku?

Rymy

„Człowiek poddany międzyludzkiemu jest jak kawałek drewna na wzburzonym morzu, wzbija się, spada, grąży w odmętach, łagodnie spływa po świetlistych zboczach, pochłaniają go rymy i rymy zwrotne…”
– Pseplasam – pyta mężczyzna w metrze – Co pani cyta?
Odsłaniam okładkę. On kiwa głową, ja się uśmiecham. Na następnej stacji wysiadam. Na przekór powinności nie mówię mu słowa do widzenia. Odwracam głowę. Wychodzę po schodach na światło dzienne i pierwszą spotykam znajomą sąsiadkę. Dygam jej grzecznie. Uśmiecham się przymilnie. Sąsiadka milczy, mija mnie z niesmakiem. Odwraca głowę. I ja to rozumiem. Takie rzeczy muszą się przydarzać, gdy się czyta Gombrowicza w metrze.

Gwiazdy

Może zbyt szybko otworzył oczy, może rzucił spojrzenie tam, gdzie nie powinien a może grawitacja spełniła swoje zadanie i nie ma co dłużej rozwodzić się nad przyczynami. Warto pochylić się nad skutkiem, bo leży rozbity na podłodze. Vaderowi już kiedyś się to przytrafiło. Już raz wypadły mu z oczu gwiazdy i popękane leżały u jego ślepych stóp. Vader zrobił wtedy to, co uważał za jedynie słuszne. Pochylił się, zmiótł kawałki na szufelkę i jeden po drugim wkładał pod powieki. Pewnie, że uwierały i obraz nie był taki, jak wcześniej. Może też Vader zmiótł na szufelkę kilka psich kłaków, wysuszoną pestkę wiśni, spaloną zapałkę, guzik nieużywanego płaszcza i dziurkę od klucza, przez którą dawno nie spoglądał. Nie narzekał, bo czuł, że to było słuszne.

Drzewo Jędrka

To drzewo zasadził chłopiec o imieniu Jędrek. Zasadził je, bo wierzył, że z małej rośliny wyrośnie wielkie drzewo, które służyć będzie swą obecnością nie tylko jemu, ale wszystkim sąsiadom. Sąsiedzi nie chcieli na swoim podwórku drzewa. W nocy, gdy Jędrek spał, korzenie rośliny zalali trucizną, więc drzewo umarło. Szkoda, że nie porozmawiali najpierw z Jędrkiem. On mógłby je uratować. Mógłby przesadzić je w inne miejsce, tam, gdzie drzewo byłoby chciane i mogło dalej żyć.

« Starsze wpisy

© 2017 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial