Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Idealista

Idealista budzi się rano ze świadomością ciężkich snów. Znowu uratował świat. Nie pamięta jak, ale już wie, że potrafi. Staje przed lustrem nagi. Nie ma w oczach zachwytu. Ma kilka czarnych kropek na ciele. Na brzuchu, na przedramieniu, na udach, na plecach. Na asfaltowym chodniku, na bloku na przeciwko, na psie, który przecina mu drogę widzi je także. Rozumie, że są chorobą dla świata. On jest chorobą, więc świat łatwo będzie uleczyć. Idzie na staję metra i zatrzymuje się w wyznaczonym na peronie miejscu. Ścieżka dla ociemniałych wprowadzi go w ostatnie drzwi pociągu. Idealista zawsze staje na ścieżce ze słabszymi. Motorniczy mija wyznaczone miejsce. Zatrzymuje skład kilka metrów dalej. Żeby trafić do drzwi Idealista musiałby zejść z obranej drogi. Dlatego idzie prosto w ciemność. Gdy budzi się następnego ranka, ma na ciele kilka czarnych kropek więcej. Wstaje i jest pewny, że dziś także uratuje świat.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

O korzyściach z posiadania igieł. Na przykład w nogę uderzyłam się w poniedziałek. Stało się to nagle i nieoczekiwanie. Na prostej drodze od biurka do biurka. We wtorek noga spuchła. Utykałam, ale tylko trochę. Wciąż mogłam chodzić. Ból dawał oparcie i przyjemne poczucie łączności z ziemią. Odciągał od niepewności. Coś wreszcie działo się na pewno. Ból rzeczywisty. Żeby trwał postanowiłam nie siadać. W środę więc stopa przestała przypominać stopę. Kształtem bliższa była balonowi. W czwartek zaczęła odrywać się od ziemi i podlatywać ku górze, co dokonało się w piątek, ponieważ niesiona wiatrem za stopę zdążyłam na czas do autobusu. W sobotę, gdy wstałam z łóżka, świat jawił mi się już do góry nogami. Balon na wysokości ciągnął drugą nogę do siebie, podczas, gdy ramiona, nie mogąc odnaleźć dla siebie miejsca, otaczały i potrącały zwisającą bardzo nisko głowę. A głowa, co nie od dziś wiadomo, oparcia mi żadnego nie daje. W niedzielę więc, korzystając z posiadania igieł, przekułam balon i od poniedziałku znów siadam do biurka.

Ilustracja „Niebieski stół”, autorstwa Ginny Casey, pochodzi ze strony Two coats of paint.

Guo Nian

O Chińskim Nowym Roku i noworocznych zwyczajach, jak je widzi dziś, ale także, jak widziała je kiedyś, opowiada Lu Yin, doktor fizyki NUS, Chinka, która od lat mieszka w Singapurze.

Urodziłam się w północnej części Chin, około trzystu kilometrów od Beijing. W czasie uroczystości Nowego Roku ludzie są tam radośni. Kończy się rok ciężkiej pracy, można więc świętować i spotykać się z rodzinami. Przed Nowym Rokiem jest mnóstwo do zrobienia. Trzeba wyczyścić dom, iść do fryzjera, kupić nowe ubrania i przygotować jedzenie. Wigilię Nowego Roku spędza się z rodziną w domu a kolacja jest najważniejszym posiłkiem świątecznym. Nikt nie kładzie się aż do północy i odliczania, po którym, gdy już nastanie Nowy Rok, każde chińskie miasto wypełnia się dźwiękami fajerwerków. Wygląda to jak jedna wielka impreza w całych Chinach, nawet w najbiedniejszych i najdalszych jej częściach.

Czytaj dalej

Klucz

Nie rozumiałam, ale teraz już wiem. Imię nie jest kwestią wyboru. Imię zostaje każdemu nadane. Ja także dostałam swoje. Jestem dziurką od klucza. Ale nikt nie woła na mnie „dziurka” ani „zamek”, ani nawet wytrych, czy – chociaż to bez sensu – sezam.
– Hej, kłódko. – Również nikt nie mówi, co zrozumiałe, bo kłódką nie jestem. Jestem najmniejszą dziurką, w najmniejszych drzwiach, w wąskim korytarzu, do którego zejść można po niskich, ciasnych schodach, a przejść do nich można tylko z pewnej małej, niewidocznej na mapie ulicy, która znajduje się w najdalszej części pewnego zagubionego miasta. Mimo, że zagubione, słyszało o mnie już wielu i droga została szczegółowo opisana. Przybywają nią wędrowcy z różnych stron, kowale, ślusarze, ale nie tylko. Każdy, kto ma klucz, ma też nadzieję. Błądzi więc po pustyniach, wypłukuje piach rzekami, ściera podeszwy na kamienistych, górskich ścieżkach, aby przecisnąć się wreszcie przez wąski korytarz i stanąć u moich drzwi. Przykładając do mnie swój klucz, każdy nazywa mnie tak samo:
– Nie pasujesz.

Dobrze o książce

Kilka dobrych słów o książce, „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”, znalazło się na blogu Czytoczary:

„Być może, wytrawny koneser sztuki obruszy się w tym momencie, że przecież nie ma jedynego słusznego miejsca/sposobu odbioru i rozumienia sztuki, ale dla laika, jakim ja jestem, to wskazanie odpowiedniej perspektywy jest niezwykle cenną wskazówką. „Historia sztuki…” Ewy Jałochowskiej jest dla mnie takim właśnie przewodnikiem do prowadzenia poszukiwań razem z dziećmi i – jak się okazało – trafia na niezwykle podatny grunt w głowie Olki.”

Serdecznie dziękuję!

Namiot

Gdy zamykam oczy widzę namiot. Dziesiątka albo dwunastka. Ciężki, gdy go spakować do worka. Przestrzenny, gdy go rozstawić. Jego płócienne ściany są koloru khaki. Podłogi nie ma. Kanadyjki stoją wprost na trawie i piasku. Na łóżkach materace. Półki z żerdzi sosnowych, które wspólnie z koleżankami zbijałyśmy w czasie obozowej pionierki, układają się w regały. Trochę chybotliwe, bo same pracowałyśmy przy nich młotkami i piłami. Te bywały większe od nas. Nie byłyśmy wysokie. Gdy podskoczyłyśmy, trudno nam było dosięgnąć zwieńczenia namiotu. Jego wnętrze było dla nas całym światem. Prowadziłyśmy w nim swoją małą politykę. Od rana trwały gry dyplomatyczne, zawierałyśmy sojusze i wypowiadałyśmy sobie wojny, żeby pod koniec dnia, leżąc w śpiworach, zawrzeć wieczny pokój aż do następnego poranka. Dziś w namiocie, który widzę, gdy zamykam oczy, włosami ocieram się o strop. Mało powietrza. Z trudem wciskam kolana pod brodę. Muszę pochylać głowę, bo nie ma już nade mną przestrzeni. Namiot zmalał, czy ja urosłam? Mam czterdzieści trzy lata i czas pionierki minął. Będzie trzeba rozwalać regały, powyciągać gwoździe i rozmontować obóz. W ciasnym worku namiot będzie wyglądał na nieduży. O jego obecności zaświadczy tylko wydeptana na polanie pożółkła trawa. Niedługo odrośnie.

Ilustracja, Cyrkowy namiot w paski, autorstwa Richarda Crabbe (1927–1970), pochodzi ze strony Art Uk

Haiku

Żadnego życia
w kałuży solonej.
Ja w niej płaczę.

Haiku Tesla

Piasek nad niebem chrzęści
czerwonym kołem.
Kontakt daleko.

Oda do sznurka

O, sznurku, który od przedwczoraj leżysz w kałuży. W najgłębszej jej części zostałeś zgubiony bez dalszego ciągu. Twoja historia wydaje się prosta, lecz ty sam zostałeś skręcony. Nic więc prostego w twoim kawałku, który zwija się na mokrej ulicy. Skulony w misterny wzór, w dniu bezsłonecznym błyszczysz stając się znakiem minionym. Żaden przechodzień z kałuży ciebie nie odczyta. Sięgasz swym splotem poza chodnikową dziurę, bo chociaż od wielu godzin leżysz w niej urwany, sam się w niej zgubiłeś. Nie łatwo jest stracić świadomość całości liny, która różnym celom służy. Sznurkiem jesteś i nic, czemu sznurek służy, nie jest ci obce.

Rzęsy wielkich poetów

Rzęsy wielkich poetów mrużą się do środka. Dlatego istota szara wielkich poetów jest oświetlona i ocieniona równocześnie. Wielkim poetom w głowach rodzą się słońca. Gdy jedno wschodzi, zachodzi inne. Krążą ponad zwojami kory ułożonej z bizantyjskiej mozaiki. Wielkim poetom w głowach rodzą się otchłanie. Mieszane kosmiczną łyżką smakują obco. Mieszane kosmiczną łyżką smakują bosko. W ogóle nie mają smaku. Już jadłem. Idźcie stąd. Nie mam czasu. Nie mam pieniędzy. Won z mojego pokoju. Wielcy poeci gubią się w swoich głowach. Wędrują głodni szlakami z ekspozycją i odpinają zabezpieczenia. W głowach małych poetów rosną grzyby i majeranek. Dzięki małym poetom będzie dziś zupa.

Ilustracja: Małpy w pomarańczowym gaju, Henri Rousseau, WikiArt.org

« Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial