Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Z życia metra

Stacja. Drzwi. Niedziela, więc pustawo. Miejsca stojące wolne, miejsca siedzące zajęte. Stoję i patrzę na starszą kobietę, która o kulach wchodzi do metra. Kurtkę ma bordową, torbę czarną i plecak niebieski zarzucony na jedno ramię. Spod kurtki wystaje niebieska apaszka. Beret bordowy na rudych włosach. Twarz spokojna, pogodzona. Kobieta przymierza się do miejsca tuż przy wejściu. Nie jest łatwo usiąść z dwiema kulami. Siada, plecak przeszkadza. Splątało się niebieskie ramiączko z czarnym paskiem od torebki. Mocuje się kobieta. Co złapie torbę, plecak spada, co plecak spróbuje, torba leci. Zaraz na podłogę osuwają się kule. Pasażerowie patrzą. Nikt nie podchodzi, nie pomaga nikt. Odklejam się od poręczy. Podchodzę i pytam, czy można pomóc. Łapię spojrzenie kobiety i niebieski plecak. Po chwili wracam na miejsce, podobnie jak torba i kule. Metro jedzie dalej. Uśmiecham się, bo zawsze jest miło pomóc. I dopiero wtedy dostrzegam, że pasażerowie na mnie patrzą. Oni się nie uśmiechają. Pytają. Pytanie jest nieme, lecz wymowne:
– I po co podchodziłaś? Prosił cię ktoś?

Na próbę

Vader obudził się martwy i poszedł zrobić sobie kawę. Codziennie starał się umrzeć kilka razy. Tak na próbę. Przewracał się i rozbijał głowę o framugę. Łamał nogę i topił się w wannie. Od czasu do czasu wybierał wariant bez nogi. Spadał ze schodów. Wypadał przez okno. Wstawał potem z chodnika i przyjmował zasłużone brawa gapiów. Zawsze wycierał po sobie betonowe płytki, bo umierać należy porządnie. Dzisiaj umarł mimochodem, we śnie. Nawet śmierci nie zauważył. Wstał, zjadł ciastko. Siedzi i wciąż nie wie, czy na próbę się budzi czy na próbę umiera.

Na dziś

Jadę metrem, bo mam na dziś plan. Słońce piękne. Chociaż w wagonie go nie widać wyczuwalne jest w zachowaniu pasażerów. Promienieją. Mężczyźni są silni, kobiety błyszczą. Włosy falują. Na policzkach pąs. Metro zatrzymuje się, drzwi się uchylają. Chcę wysiąść. Na plecach mam plecak, w plecaku książkę i komputer. Znajdę do pracy ławkę, powietrze i słońce. Będą mi włosy falować i jaśnieć skóra. Podnoszę nogę do wyjścia, lecz coś zatrzymuje mnie. Krok zawieszam w połowie. Odwracam się. Mężczyzna za mną jest wyższy, uśmiech ma szeroki i w dłoni smycz. Obrożę zapiął. Czekam. Biegnę. Skaczę. Schody. Powietrze. Słońce. Ławka. Właściwie można spokojnie powiedzieć, że skoro znalazłam ławkę, plan na dziś został zrealizowany. Włosy mi falują, skóra błyszczy. Podnoszę nogę i sikam.

Książka żyje!

Portal Tup Tup Tup wspomina o „Historii sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”:

„Zachwycił mnie pomysł i jego realizacja. Książka mieści szereg rozmów Autorki ze swoim starszym synem (siedmiolatkiem) na temat historii sztuki, poczynając od rysunków naskalnych, a kończąc sztuką współczesną. Każda rozmowa koncentruje się wokół wybranego dzieła sztuki, którego reprodukcja zawsze jest przedstawiona w książce.(…)

Książka uczy synergicznego podejścia do sztuki, zwracając uwagę na to, że sztuka jest nieoderwaną częścią historii ludzkości, a więc powinna być rozpatrywana w tym kontekście. Do zrozumienia konkretnego dzieła sztuki często przyda się wiedza nt. mitologii, filozofii, historii, a czasem nawet chemii czy biologii. Temat więc ambitny, ale bez wątpienia wart poświęconego czasu.”

Pięknie dziękuję portalowi Tup Tup Tup za dobre słowa!

Pycha

Metrem jadą dwie kobiety młode. Siedzą blisko siebie. Jedna włosy ma jasne a druga włosy ma jasne. Jedna włosy ma upięte wysoko a druga włosy ma upięte wysoko. Jedna ma futerko włochate ze skórzanymi rękawami a druga ma futerko włochate ze skórzanymi rękawami. Jedna ma spodnie obcisłe. Dżinsy przylegają do jej szczupłych łydek. Druga ma dżinsy, które opinają jej łydki. Jedna ma buty na wysokim obcasie brązowe a druga ma stopy schowane w buty na wysokim obcasie brązowe. Torbę ma jedna brązową, z której wyjmuje telefon. Uderza w niego palcem zakończonym paznokciem pomalowanym na różowo. Druga z torby brązowej wyciąga telefon, w który uderza palcem z pomalowanym na różowo paznokciem. Jedna nie mrugnie nawet rzęsami pokrytymi grubą warstwą tuszu, gdy ta druga szepcze jej do ucha:
– Wiesz, co przytrafiło mi się wczoraj?
Jedna nie odpowiada. Mięśnie ma wciąż nieruchome pod warstwą podkładu i różu. Stuka palcem w telefon. Druga w oczekiwaniu stuka palcem w szybę telefonu. Stacja mija za stacją. Mięśnie pierwszej drgają. Zwraca twarz ku drugiej:
– Wiesz, co przytrafiło mi się wczoraj? – pyta. Druga słucha z uwagą.

Zdjęcie Paula Kuimeta przedstawia pracę Olafura Eliassona pod tytułem „Twój nieoczywisty cień”, 2010.

Dobry dzień

Vader obudził się. Dobry dzień, powiedział sam sobie i zmrużył oczy przed słońcem. Za oknem szaro. Wsunął do kieszeni parasol i popatrzył na kotkę, która okociła się we wnętrzu szafy. Od lat miała w niej legowisko, które Vader mościł czarnymi swetrami. Włożył ślepe kocięta do worka i obwiązał mocno sznurkiem. Kilka pazurów przebiło się przez sploty. Zbliżył się do kotki leżącej na czerwonym kocyku. Wtuliła głowę w lewą rękawiczkę. Deszcz padał już od wczoraj. Vader wyjął przeciwsłoneczne okulary. Upał. Czerń przyciąga światło, pomyślał. Po trzecim dziś prysznicu położył pod pachę trzecią warstwę dezodorantu. Nie chciało mu się myć, gdy pada. Wyszedł z workiem w ręku brudny. Nie powinienem być czysty, zwierzył się drzwiom windy. Pod butem zachrzęściła rozbita butelka, którą ktoś porzucił nad brzegiem. Worek poszybował. Vader jęknął. Takich dni nie lubił, gdy trzeba brać odpowiedzialność. Uchylił drzwi szafy i wpuścił do niej słońce. Koty zmrużyły oczy i założyły przeciwsłoneczne okulary. Vader wyjął z lodówki bursztynowe szkło i poszedł nad brzeg rzeki. Zasnął i obcasem rozbił szyjkę. Koty włożyły go do worka i mocno zawiązały sznurek. A potem usiadły na piasku i długo patrzyły w wodną toń chłepcąc z kałuży deszczówkę wymieszaną z whisky. Zaraz wyjdzie słońce, wstanie Vader i znowu otworzą się drzwi szafy.

Leśne opowieści

Nasiona jabłka. Gdy byłam mała wierzyłam, że połknięte wyrastają w brzuchu w potężne drzewa. Jadłam, czekałam i nic. Żadnego pędu z ucha, korzonka z nosa, pączka w oku i w ustach gałązki najmniejszej. Drzewa nie wyrastały. Nie wiedziałam, że one są i że potrzeba na nie cierpliwie poczekać, bo ich pojawienie się jest tylko kwestią czasu. Dziś rano obudziłam się w gęstym lesie. Świerki, sosny, klony, lipy, dęby, buki, cisy, brzozy, jesiony, platany. Są wszystkie. Tylko jabłoni jakoś znaleźć nie mogę.

Legendy Wisły

– I jak wam idzie? – pytam grupkę chłopców siedzących w lewym kącie sali gimnastycznej.
– Gorzej niż dziewczynom – mówi Piotrek – wiadomo, że dziewczyny myślą lepiej.
– Co ty mówisz?! – protestuję.
– Piotrek ma rację – Michał kiwa głową i ze smutkiem patrzy na dziewczyny siedzące po drugiej stronie sali – to kwestia wyobraźni. Dziewczyny ją mają.
Kilkanaście minut później trzymam w ręku dwie historie i dwa demony rzeczne splecione z włóczki czesankowej. Jeden jest demonem dziewczyn a drugi jest demonem chłopców. Dziewczyny stworzyły opowieść o godzeniu i łączeniu. Wspaniałą. Ale Chłopcy… Chłopcy ze szkoły w Chotomowie wymyślili historię, która tłumaczy zło.
Dzisiaj odbyły się pierwsze warsztaty z cyklu „Wspólnie stwórzmy nową legendę Wisły”. I wszystkie dzieci, zarówno dziewczynki, jak i chłopcy ze szkoły w Jabłonnie, z Powiatowego Zespołu Szkół i Placówek Specjalnych w Legionowie oraz ze szkoły w Chotomowie, były fantastyczne.
Dziękuję Gminnej Bibliotece Publicznej w Jabłonnie za zaproszenie i Agencji Autorskiej Zetzet za troskliwą opiekę.

Być albo nie

Czasem Vader budzi się twardy. Jest ciężki, nieustawny i ma tylko jeden kierunek. Nie ma wyboru i ma jeden wymiar. Jest całkiem przeźroczysty, bo przewidywalny. Wszystko po nim gładko spływa. Pozorna twardość ma jednak delikatność w podtekście. Jeden niezdarny ruch i Vader zatraca kierunek. Napięcie pęka, szyba z okna wypada, Vader kruszy się po podłodze. Drobinkami kurzy się po kątach i pod łóżkiem. Nie zbiera się, lecz rozkłada, bo dobrze mu w rozbitej postaci. Może być wtedy wszędzie i nigdzie, tam i tu. Może być a jakoby go nie było. Może być albo nie być. Być albo nie być przestaje być dla niego pytaniem.

Pokój niedaleko

Podobno w dawnych czasach siódmego, czyli właśnie dziś, a nie dwudziestego pierwszego marca topiono Marzannę. I podobno Marzanna wcale nie nazywała się Marzanna, lecz Marena od słowa „mor”, czyli śmierć. Zima odchodzi, wiosna przychodzi. Skojarzenie właściwe. Znałam jedną Marzannę. Wynajmowała pokój niedaleko i często jeździłyśmy razem autobusem. Mówiła, że od dziecka nie znosi wiosny.

« Starsze wpisy

© 2017 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial