Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

haiku z myślą o Janku

nad brzegiem zimy
zawieszono słowo pod
wodny las słucha

Ilustracja: Julian Fałat, Rzeka wśród śniegów, 1918.

Biały wąs

Jak się tu znalazłam? Muszę się zastanowić. Obudziłam się a właściwie coś mnie obudziło nad ranem. Biały wąs. Poczułam go na policzku. Za oknem wciąż było ciemno, w domu cisza. Otworzyłam oczy. Kot spojrzał w nie głęboko a potem wskoczył na krzesło i z krzesła na biurko. Po chwili siedział już na białym, jak jego wąsy regale i patrzył to na mnie, to na szafę po drugiej stronie pokoju. Nadał spojrzeniu znaczenie a ja je odczytałam.
– Nie masz jak na nią wskoczyć – stwierdziłam raczej niż zapytałam lustrując meble i ściany.
– O, tu powinieneś wejść na półkę – pokazywałam palcem – a potem z niej na drzwi i…
Cofnęłam ramię, bo kot nie patrzył na drogę, tylko na mnie. Nic nie rozumiał. Jeszcze raz nakreśliłam w powietrzu trasę.
– No, zobacz. O tu przejdź i tam wskocz. A potem na drzwi i…
Zaczynałam się irytować, bo kot zdawał się nie pojmować, jak sprytną ścieżkę mu wytyczyłam.
– O, tu – powiedziałam wyraźnie akcentując słowa – i tam.
Spojrzał bezradnie, miauknął, więc wysunęłam się spod kołdry. Tylko na chwilę, pomyślałam żegnając ciepło, zaraz tu wrócę. I wspięłam się na palcach, żeby pokazać, na którą półkę kot powinien wejść. Wciąż nie rozumiał. Patrzył tylko błagalnie.
– Ty niemądry kocie – westchnęłam myśląc o ewolucji, udamawianiu i zatraconym instynkcie łowieckim. Podciągnęłam się rękach, jedną stopą stanęłam na półce regału a potem już poszło błyskawicznie. Ze szczytu pierwszego przeskoczyłam na zawieszone półki z książkami. O, jedna spadła! Nie zwlekając więc dopadłam górnej krawędzi drzwi, odbiłam się od niej i wylądowałam na niższej szafie. Teraz wystarczyło przeczołgać się pod sufitem na tę wyższą.
– Tak trzeba, kotku! Widziałeś? – chciałam zawołać. Zamiast tego powiedziałam tylko:
– Miau.
Skulona w samej bieliźnie patrzyłam w okno na płatki śniegu i wirujące ptaki. Starałam się zrozumieć, co właśnie zaszło, kiedy zadzwonił telefon. Kot zeskoczył z regału:
– Tak – powiedział do słuchawki – Załatwione.

Rzeka

Jeśli chodzi o wiosła, to zanurzam rzęsy w nurt źrenicy i okrążam Twój cień przyklejony żółtą plamką do mnie. Nie ustaliliśmy, kto będzie łodzią a kto rzeką, droczysz się, bo wiesz, że język zatrze różnicę. Unosimy się.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Tabu

– Wiesz, w naszym społeczeństwie śmierć jest tabu. – Powiedział mi bardzo miły i mądry znajomy, kilka dni po odejściu mojego taty. – Nikt nie chce o niej rozmawiać.
Znajomy miał rację. Śmierć stała się tabu. Kiedy dwadzieścia siedem lat temu umierała moja babcia, co trwało cztery miesiące, i kiedy w końcu odeszła, nie rozmawiałam o tym ze znajomymi. Choć wspólnie z mamą, ciotką i wujem zajmowaliśmy się babcią przez kilka miesięcy i towarzyszyliśmy jej w tej drodze czytając jej i się nią opiekując, tą opowieścią, jedną z najważniejszych w moim życiu, nie dzieliłam się z przyjaciółmi. Nie było takiego zwyczaju, choć kiedyś przecież istniał. Kiedyś śmierć była tuż. Znane są opowieści o tych, którzy wiedzieli, że odejdą. Ubierali się ładnie i czekali na jej przyjście. Była codzienną towarzyszką siedząca w nogach łóżka. Bliskich wspólnie opłakiwano, odwiedzano całą społecznością, czuwano przy łóżku podczas, gdy głowa zmarłej lub zmarłego spoczywała jeszcze na poduszce. Nie ukrywano natury śmierci przed dziećmi, jej widok oswajano dając sobie prawo do jej przeżywania. Czyniono ją tym samym częścią życia. Wciąż tak często jest w innych kulturach, jednak nie w naszej. Wiem, że wszystko, co napisałam do tej pory jest banałem, a procesy wycinania śmierci z życia publicznego w XX wieku przeanalizowano zapewne w setkach, o ile nie tysiącach prac naukowych. Powodem był upadek wiary w życie pozagrobowe, przenoszenie się do miast, kryzys religii, rozwój nauki, a zapewne i inne. Tak czy siak przestaliśmy przyjmować śmierć jako coś naturalnego, więc strach przed nią stał się czynnikiem paraliżującym życie. Stała się daleka, a właściwie myśmy ją taką uczynili. Od kilku miesięcy mam poczucie odmiany. Ludzie umierali zawsze, jednak nie wypadało o tym zbyt dużo i zbyt często mówić. Teraz jednak coś się chyba w nas otworzyło. Dzielimy się nawzajem niepokojem, śmiercią nadchodzącą, spodziewaną i niespodziewaną, żałobą, cierpieniem. Nagle śmierć, po wielu latach, dekadach nieobecności, znowu jest. Pozwoliliśmy jej wrócić i stać się częścią życia. Wydaje mi się, że wydarzyło się coś dobrego.

Radość

Radość życia, skąd ją brać. Otóż mam sposób, czasochłonny, ale skuteczny. Robi się to tak: kupuje się kurtkę. Zbiera się na nią, a nawet oszczędza, bo jest porządna gruba, droga, co oczywiście względne, ale jednak coś tam trzeba za nią zapłacić. Przymierza się. Szału nie ma, ale cieszy z rozsądku, bo gruba, porządna. Nosi się ją, choć niedługo, bo kurtka dobra i zakrywa wprawdzie wszystko, co powinna, jednak wygląda nieszczególnie, workowato, niekobieco. Odwiesza się ją więc do szafy i zapomina. Jest to konieczny etap odzyskiwania radości życia. Nie ma się ciepłej kurtki. Są inne krótsze, cieńsze, bardziej kobiece. Chodzi się w nich przez kilka lat. Choruje się, odmraża sobie palce, kaszle i coraz częściej mysli: jaka szkoda, że na porządną kurtkę człowieka nie stać. Mija kilka lat. Dajmy na to dziesięć. Jest zima. Przypadkowo w szafie, w jej najciemniejszym kącie znajduję się kurtkę. Długa, ciepła, prawie nowa. Przymierza się. Ależ ta kurtka jest ładna! Radość odzyskana.

Wyszłam

A zatem wyszłam. Że wyjdę, wcale nie było takie oczywiste, bo wczoraj nie wychodziłam, jeśli dzisiaj jest wtorek. Bo jeśli jest środa, to nie wychodziłam także przedwczoraj. A jednak wyszłam rozpoznać nową okolicę. Poczta. Jest pusta i czysta. A już nie. Upadło mi na podłogę pióro, więc dookoła rozsiewają się czarne kropki.
– Przepraszam, ja bym wy… – proponuję sprzątanie, ale przy okazji zrzucam długopis. Przy urzędniku za pleksi siedzi uczennica, bardzo ładna dziewczyna o czarno pomalowanych paznokciach. Gdy po raz kolejny wypada mi kwit a potem kartka z danymi, a potem znowu potrącam długopis, więc schylam się po raz enty i podnoszę się czerwona ze wstydu, widzę jak dziewczyna czarnopalczastą dłonią zakrywa zagryzione w uśmiechu usta.
– To wszystko – mówi mężczyzna.
Odkładam do torby portfel, ale nie mogę trafić do etui piórem. Wciąż zgrabiałymi z zimna dłońmi – nie pomogły ćwiczenia na zrzucanie i podnoszenie z podłogi – mam problem z otwarciem drzwi.
Podsumowuję wyjście z nowego mieszkania w nieznany teren. Poniosłam wizerunkową porażkę, ale nadałam paczkę, może więc jestem nieporadna, ale za to skuteczna.
Bardzo zimno mi w dłonie, zapomniałam o rękawiczkach, więc z ożywieniem reaguję na napis „alkohole”. Przydałoby mi się piwo grzane. Czekam przed sklepem aż wyjdą ze środka dwaj mężczyźni. Jeden jest duży i gruby a drugi mały i umięśniony. Ten mały podskakuje i coś opowiada ożywiony.
– Dzień dobry – mówię nieśmiało, po pierwsze dlatego, że na półkach stoją naprawdę mocne alkohole a po drugie dlatego, że za ladą czeka na moje zamówienie starsza pani w wełnianym, beżowym golfie, brązowej spódnicy i krótkich włosach pod kolor. Poprawia palcem grube okulary na złotym łańcuszku i dłonie składa jak do modlitwy.
– Czy dostanę piwo? – odzywam się wreszcie ponieważ cisza między nami przedłuża się.
– Naprawdę – kobieta rozplata dłonie i rozkłada je jak do kazania – zadziwiają mnie klienci swoimi pytaniami.
– Przepraszam, jestem tutaj nowa – odpowiadam kompletnie bez sensu. Myślę o sobie z politowaniem i uznaję, że mniej niezręcznie czułam się zrzucając na poczcie pióro, po czym dodaję niczego nie naprawiając – Dopiero co się przeprowadziłam.
– Weszła pani do sklepu monopolowego, to czego się pani spodziewała? Opłatka?
– O! – Zakrzykuję nienaturalnie podnosząc głos i nie spodziewając się nawet, co za chwilę powiem. – Są tacy, dla których alkohol jest jak opłatek.
Wzdycham. Trudno w to uwierzyć, ale z ulgą. Niżej już się nie da upaść.
– Proszę pani – kobieta przynosi mi zamówioną butelkę piwa, ponownie zaplata dłonie i patrzy na mnie znad okularów jakoś tak wymownie. – Niewielką ilość to nawet lekarze przepisują. Wystarczy wiedzieć jak, wszystko trzeba z umiarem.
– Otóż to, otóż to! – wykrzykuję i zamiast otworzyć drzwi, uderzam w nie całą sobą i dodatkowo torbą z butelką. Rozlega się huk, którego nie staram się nawet komentować. Napieram na drzwi i uciekam do domu nie czyniąc sobie żadnych podsumowań. Na wszelki wypadek nie sprawdzam, czy butelka pękła. Jutro mogę nie wychodzić, myślę bez żalu. I pojutrze też nie.

Ilustracja: Stanisław Wyspiański, Widok z okna pracowni na Kopiec Kościuszki, Muzeum Narodowe w Krakowie.

Wiadomość

Ludzie świetnie by się dogadywali, gdyby nie słowa, powtarzał mi często Tata.
– Po co mnie pytasz o zdanie, jeśli i tak robisz po swojemu? – pytał. A ja tłumaczyłam mu po raz setny, że we własnych sprawach podejmuję własne decyzje, ale chciałabym wiedzieć, co o nich sądzi, ponieważ szanuję jego zdanie, ale chcę zadecydować samodzielnie. Bywał o to zły. Tak bardzo bywał zły, że wysyłał mi potem niezrozumiałe esemesy, jakieś znaki zapytania. Ależ się na niego denerwowałam.
– Co to jest? – wykrzykiwałam.
Złościliśmy się na siebie, ale krótko. Następnego dnia, czasem po dwóch, górach trzech, dzwoniliśmy do siebie:
– Cześć, Tata! Co tam słychać?
– Cześć, córka!
I znowu wszystko było po staremu, i znowu dyskutowaliśmy, znowu mieliśmy inne zdania i znowu dostawałam po kłótni te dziwne niezrozumiałe esemesy.
– O, rany, czego ten Tata chce? No co ja znowu zrobiłam? – złościłam się.
Gdy po śmierci Taty trzymałam w ręku jego komórkę przyszło mi do głowy, że sprawdzę, co to za niezrozumiałe znaczki Tata wysyłał mi w esemesach. Otworzyłam wiadomości, kliknęłam na mój folder i oniemiałam. Natychmiast wyjęłam swoją komórkę, otworzyłam wiadomości, kliknęłam folder „Darek” i dla pewności położyłam obok siebie oba aparaty, żeby je porównać. Tam, gdzie u mnie znajdowały się znaki zapytania i dziwne znaczki wysyłane mi przez Tatę, w Taty aparacie znajdowały się uśmiechnięte buźki mrugające do mnie serduszkami zamiast oczu.

Ewa

(tacie)

może ja ci się śniłam
w twoim śnie sobie żyłam
chodziłam po drogach
dziwiłam się na rogach
przy filmach płakałam
nie do rymu pisałam
urodziłeś mnie sobie
rogi diabła na głowie
wszystko zawdzięczam tobie

zmyślone poranki
od fajek brudne firanki
może ty mi się śniłeś
wcale tutaj nie żyłeś
nie paliłeś bez filtra
wąsów w kawie nie myłeś
i się nie urodziłeś

Słowo ojca

Zastanawiam się jak o niej napisać. Zbliża się rocznica śmierci, 19 października, a Camille Claudel, jej życie, przed życiem sztuka, a przed nimi namiętna potrzeba tworzenia, wciąż fascynują i pociągają. Od wielu dni nie potrafię zdecydować, co jest w jej biografii najważniejsze. Wciąż patrzę na nią niewłaściwie. Skupiam się na śmierci, a przecież nie śmierć się liczy. I wcale nie 19 października, bo Camille umarła znacznie wcześniej. Umierała nawet kilka razy. Raz, gdy brat oddał ją do szpitala psychiatrycznego. Dla nas dziś fakt nie do wyobrażenia, że brat może być tak apodyktyczny, ubezwłasnowolniający, że traktuje ludzi, rodzinę, najbliższych, jak przedmioty bez prawa głosu narzucając im swoją wolę. Niepotrzebnie w ogóle o nim wspominam, bo brat w historii Camille jest bez znaczenia. On się nie liczy. Ani on, ani dzień, w którym brat wydał polecenie pielęgniarzom zabrania siostry do szpitala, choć tego dnia skończyło się jej wolne, artystyczne życie i nadzieja na przyszłość związaną ze sztuką, także możliwość wyzdrowienia. Pomińmy więc brata, ale też zapomnijmy o śmierci ojca, która miała miejsce tydzień wcześniej. Ojciec chronił Camille przed wolą brata i matki, więc gdy ojca zabrakło rzeźbiarka straciła wsparcie, jedyne jakie miała. Ale wcale nie liczy się, że to wsparcie straciła. Zupełnie nie. W historii Camille ważne jest to, że to wsparcie miała i także to, co dzięki niemu udało jej się przez wiele lat zrobić. Ono według mnie ma znaczenie. Wsparcie, pomoc, dobre słowo, które pozwala budować siebie, zachęca, dodaje odwagi, wskazuje, co jest wartościowe, nadaje kierunek. Z Camille Claudel zrobiło rzeźbiarkę pełną prawdy i pasji. Zdanie pochwały wypowiedziane we właściwym momencie przez ojca widzącego zdolności córki. Nieważna jest więc data jego śmierci, ani data jej śmierci, ani nawet brata, bo każdy kiedyś umrze. Ważna jest siła i wsparcie, które ojciec dał córce w czasach, gdy kobiety nie miały żadnych praw, zresztą w każdych czasach. Nie wiem, jakich słów ojciec używał rozmawiając z nią, jakimi zdaniami do niej mówił. Te zdania jednak w historii artystki są i są najważniejsze, bo to one stały się rzeźbami Camille Claudel.

Rachunek za prąd

Rachunek za prąd. O nim rzadko pisuje się wiersze. A przecież na jego styku dzieją się dramaty. Pominę złodziejkę, choć i ona miałaby coś do powiedzenia. Skazana na potępienie, przeklęta w języku od początku. Jest jeszcze kwestia przyzwolenia. Czy ktokolwiek zapytał, kiedy można go używać, nie wspominając o czy? Niech temat zgody także poczeka na swoją kole. Całą uwagę i chwilę refleksji chciałabym poświecić wyzwaniu najtrudniejszemu. Stałość, natężenie, zmienność, wyładowanie, żywioł. A ono, skromne gniazdko elektryczne, bez skargi trzyma prąd na wodzy i nikt nie wie, ile kosztuje je samokontrola.

« Starsze wpisy

© 2021 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial