Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Resztki miodu

Metro rusza i trzeba szybko znaleźć dla siebie miejsce. Pora taka, że pustawo, jednak wszystkie fotele zajęte. Stanąć więc nad kimś należy. Starsze panie w beretach, młodzi, szczupli mężczyźni. Dwie nastolatki. Najbliżej drzwi mężczyzna z zarostem. Czerwoną kurtkę zapiął wysoko. Do niego ciągnie. Staje się więc nad nim i wącha, bo zapach się wokół niego unosi miodowy. Miód, wosk pszczeli. Jakby prosto z pasieki jechał i jeszcze palce miał utytłane. Oczywiście nie może mieć palców w miodzie. Zresztą nie widać ich, bo mężczyzna trzyma je schowane w luźnych rękawach kurtki. Kurtka czysta. Żadnych resztek. Tylko ten zapach jak z ula. Metro jedzie. Prawie puste, pasażerowie zapatrzeni gdzieś indziej. I właśnie wtedy mężczyzna dłoń z kurtki wysuwa. Do ust unosi. Resztki miodu językiem zlizuje. Rozpina kurtkę i drapie się po porośniętym brunatną sierścią brzuchu czarnym pazurem wyrastającym z niedźwiedziej łapy. Metro zatrzymuje się, mężczyzna wstaje. Kurtkę szybkim ruchem zapina i łapy w czerwone rękawiczki chowa. Zapachu miodu znika razem z nim. I nie wiadomo kto kogo i po czym podrapał.

Słona opowieść

Czasem zdarzają się takie cudowne sytuacje międzyludzkie. Sklep w porze obiadu. Ja zdyszana. Na policzkach rumieńce. Wbiegam truchtem między półki. Dobiegam do lady i kładę na niej dwie torebki soli kuchennej. Za ladą chłopak, ładny, ciemnowłosy, w zielonej, firmowej koszuli. Patrzy na sól a potem na mnie. Ja patrzę na niego a potem na sól. I znowu na niego. On na mnie. On się uśmiecha. Ja się uśmiecham, bo wiem, że on wie. Stoimy więc w mojej kuchni. Na ogniu garnek. Paruje woda. Na stole w salaterce sałatka z naciowego selera, pomidora i ogórków kiszonych, wypełniających mieszkanie kwaśnym zapachem. Sałatka niesłona. W garnku woda słodka. Uśmiechamy się do siebie ponad ladą i ani jedno słowo nie pada między nami. Soląc już zawsze będę myślała o nim.

Upadłam

Ileż czasu się nad tym zastanawiałam. Iluż lekarzy odwiedziłam, ileż badań. Moja krew wpływała do laboratoriów strumieniami. I nic żadnej odpowiedzi. Lekarze kiwali się tylko nad wynikami. Chwiali się niepewnie. Wysuwali dłonie z kieszeni fartuchów. Drapali po rozczochranych włosach i nieogolonych ze zmartwienia policzkach:
– Upada – mruczeli rozkładając bezradnie ramiona – upada, ale my nie wiemy dlaczego.
Aż pewnego dnia przeczytałam o pewnym dębie wyciętym zgodnie z nową ustawą o wycinaniu. O dębie starym i wspaniałym. I wszystko zrozumiałam. Nie zwykłe drzewo, lecz kosmiczny dąb urżnęli. Dąb ze starych mitów, który świat spajał, słup wokół którego u zarania wszystkiego wszystko wyrosło. To nie ja się kiwam. To świat upada.

Zawody

Marzy mi się taki wyścig. Na stadiom wychodzą lśniący od oliwy zawodnicy. Ustawiają się na bieżni. Twarze mają skupione, mięśnie rozgrzane. Do biegu. Pochylają się. Gotowi. Prostują plecy. Start. Huk pistoletu. Na jego znak zawodnicy odwracają się do siebie i podają sobie dłonie. Ten z numerem pierwszym podbiega do tego z numerem szóstym. Rzucają się sobie na szyje. Numer drugi głaszcze po głowie numer trzeci a numer czwarty słucha z zapamiętaniem opowieści piątego. A potem przekazują sobie pałeczki i następuje wymiana. Numer piąty słucha z zapamiętaniem opowieści czwartego. Trzeci głaszcze drugiego. Pierwszy z szóstym rzucają się sobie na szyję. Szósty z piątym rzucają się sobie na szyję. Pierwszy z czwartym wymieniają się opowieściami. Drugi z trzecim się całują i rzucają się na szyję piątemu i szóstemu. Piąty z szóstym opowiadają czwartemu, który wsparty stoi na pierwszym. A bieg się dopiero rozpoczął i mety nie widać. Takie zawody mi się śnią.

Pod płaszczem

Dzień był szary. Z chodników szarość wędrowała na schody. Wspinała się i schodziła zajmując miasto w pionie i poziomie. Przechodniom wślizgiwała się do półbutów, wciskała pod rajstopy i kalesony, obejmowała majtki. Brody szarzały im i berety. W szarym berecie stał na ulicy mężczyzna. Na wózku inwalidzkim siedziała przed nim staruszka, znacznie bardziej szara od niego, w kapeluszu na głowie, w płaszczu eleganckim, pończochach, półbutach, apaszce szarzejącej. Prawą dłoń wyciągnęła przed siebie i wyprostowała palec. Wózek ruszył.
– Szybciej – zawołała staruszka do szarego mężczyzny – Szybciej! Jeszcze szybciej!
I chociaż wózek gnał, mogłabym przysiąc, że stanik pod płaszczem miała czerwony.

Plamy

Zaczyna się od drobiazgu. Od plamki. Nie plamy właśnie, lecz plameczki ciupeńkiej, którą długopis pomiędzy liniami zostawi. Plama, plamunia rozleje się niespiesznie. Niezauważalnie. Potarta przypadkowo o inny palec na drugą dłoń przeskoczy. Wetrze się w policzek w chwili namysłu, w czoło w momencie zmartwienia, w usta, gdy ziewną. I nie będzie już plameczką, lecz właścicielką, która w posiadanie bierze. Nie tylko skórę. Ślady długopisu przenikają głęboko. Nakrapiają organy. Zarysowują jelita, chlapią żołądek. Kicha się posiniałą śliną, wyciera w mankiet błękitny katar, niebiesko się sika. Gdy już ciało zajęte, splamią się myśli. Coraz więcej kropek wciśnie się pomiędzy. Początkowo subtelnie przecinkiem grubszym, dodatkową kreską, znakiem zapytania. Zniekształcą, rozdzielą, zakrzykną zbyt głośno, przemilczą złośliwie. Zabawią się, lecz jeszcze niegroźnie. Ich celem nie będzie wcale zniszczenie. Niebieskiej dłoni pozwolą napisać. Tylko na końcu imię i nazwisko zamażą.

Manieryzm

Vader nie myślał dużo o starości. Zawsze sypiał prosto. Zapadał w dół na wznak. Nie drzemał skrótami, lecz pod kątem dziewięćdziesięciu stopni śnił. Bez szpar ostrych niedomkniętych się zamykał. Rozwierał na sto osiemdziesiąt. Symetryczne konstrukcje snu nadbudowywał na planie centralnym. Dzisiejszej nocy jednak sen okręcił się wokół własnej osi, poszedł w szkodę po skosie i na krzywy ryj. Vaderowi w głowie się zakręciło, wpół złamało i figurą serpentinatą nad ranem przebudziło. Po przekątnej do łazienki poszedł i lewą stronę muszli aż po podłogę zalał.
– Epoka klasyczna się skończyła – westchnął – Manieryzm trwa.

Chustka

Drzwi skrzypią, klamka chodzi. Bóg mokry parasol o ścianę opiera i ubłocone buty w kałuży ustawia. W wilgotnych skarpetkach do pokoju idzie i za stołem siada, bo głodny. Ramiona daleko wyciąga i niebieski obrus gładzi, żeby fałd nie było. Marzy mu się zapach kartoflanki, więc przytyka do wazy palce i trzyma aż opuszki pod wpływem ciepła od porcelany odskakują. Ale zupa w niczym nie pomaga, bo bóg nie pamięta. Nie pamięta, jak świat zacząć. Na blat guzik czarny z kieszeni płaszcza wyciąga, szpilkę z łebkiem metalowym i chustkę do nosa. I jak tu z nich ziemię ulepić, żeby jakiś sens miała? Z guzika ją zrobi, to powiedzą, że płaska i dziurawa. Ze szpilki, że się nie wszystkie diabły mieszczą. Ramionami bóg wzrusza i nos w chustkę wyciera. W tej samej chwili z przedpokoju ludzkie głosy dobiegają. Ewolucja błoto z butów z wodą z parasola wymieszała. Patrzy bóg na chustkę, którą w okrągłą kulkę zdążył zagnieść i z żalem do kieszeni płaszcza chowa:
– Następnym razem – mruczy dolewając sobie zupy – następnym razem na pewno się przyda

Jaka była

Po nocach nie śni mi się maszyna przenosząca w czasie. Nie wabi mnie uczestniczenie w historii. Pewnie dlatego, że z tych wszystkich możliwych czas teraźniejszy jest dla kobiet łaskawszy.
– Ewka – mawia ojciec załamując ręce – kiedy indziej już dawno by cię spalono na stosie.
Mąż dodaje:
– Na wojnie zginęłabyś pierwszego dnia.
Po co więc ryzykować? A jednak dzisiaj bym zaryzykowała. Krótka podróż pod Trewir, koniec roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego trzeciego. Wskazówka ustawiona. Zegar rusza.
W powietrzu unosi się zapach spalenizny, którego nie rozwiewa wiatr. Pył osiada na polach i drogach. Za każdym otwarciem drzwi wpada do wnętrza chałupy. W okolicznych lasach drzew jakby mniej. Wchodzę do wioski, w której po obejściach kręcą się mężczyźni. Nie umiem powiedzieć, co czują, domyślam się tylko, że muszą czuć strach. Nie ich jednak szukam. Nie ich strach mnie dziś interesuje. Szukam kobiety. Chciałabym dowiedzieć się, jaka ona jest. Jaka była, że w wiosce pod Trewirem ona jedna procesy czarownic przetrwała. Ona jedna z tej wioski i druga z drugiej. Na trzysta siedemdziesiąt kobiet ostały się tylko dwie.

Niebieski koń

Przykryty niebieską kołdrą chłopiec położył głowę na niebieskiej poduszce. Niebieska kanapa, na której leżał, stała pod ścianą. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający niebieskiego źrebaka. Wcześniej źrebak gnał. jednak zmęczył się gnaniem i zatrzymał, żeby z młodzieńczą dumą stać. Wokół niego niebieszczyła się trawa, błękitniało drzewo, pagórki fioletowiły się i wyrastały w wysokie szczyty. Źrebak spojrzał w dół. Chłopiec także patrzył na niego niebieskimi oczami. Jakiego koloru włosy miał chłopiec w niebieskiej bluzce?

« Starsze wpisy

© 2017 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial