Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tobie

Tobie niebieszczą się oczy
koszula ci się niebieszczy
zaróżowione ucho kołysze niebieskie pieśni
pieśni o bogu wąsatym, z którego codziennie rano
pod wpływem niebieskiej szczotki
włosy na ziemię spadają
włosy nie blondie, nie siwe, nie czarne ani miodowe
rozniebieszczone włosy
prosto na twoją brodę.

I tobie niebieszczą się oczy
koszula Ci się niebieszczy.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Pół jeż śpi jeszcze. Zwinięty w pudełku na guziki, wsparł głowę na poduszce z igłami. Pół człowiek spać nie może. Agrafka go poszturchuje, przez sen gadają zatrzaski a spragnione czułości szpilki przytulają się aż do krwi. Niewygodnie mu. Za ciasno w nieswoich snach. Wstaje, wiąże buty i wychodzi. Następuje rozdzielenie. Człowiek idzie sam i w oczy wieje mu wiatr. Dobrze, że mocno zawiązał sznurówki. Szkoda tylko, że supeł rozluźnia się. Człowiek wysuwa z ciężkich butów stopy i bezwolnie unosi się. Nieborak wisiałby nad miastem długo jeszcze, gdyby w pudełku z guzikami nie obudził się jeż.
– Ech, człowieku. – mruczy przypinając pół człowieka igłami do ziemi. – I coś ty sobie myślał?

Landrynki

Trzeba umieć szybko biegać. Żeby biegać szybko należy się nie oglądać. Nie zatrzymywać się, nie odpoczywać. Podskakiwać, raz na jednej, raz na drugiej nodze, żeby nie ostygnąć. Trzeba wciąż drgać. Nie mieć spokoju ani przez chwilę i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Oddychać trzeba równo, nie głęboko i nie płytko. Trzeba być pełnym buzującej, niepohamowanej, nieposkromionej energii, którą kierunkuje się, wpuszcza w jeden tłok, ogranicza, żeby buchała tam, gdzie powinna i żeby przynosiła korzyści. Nieopanowanych wybuchów, eksplozji, procesów, które zostały nieprzewidziane się nie przewiduje. Trzeba być opanowanym, brać każdą przeszkodę w spokoju i pokonywać ją z bezwzględną dzikością, z siłą kumulowaną, tłoczoną, uciskaną, aby wyzwoliła się, wystrzeliła, wydobyła na zewnątrz z hukiem i energią a potem schowana została do pudełka landrynek, którego wieczko ozdobione jest liliowymi płatkami lawendy.
– O, jakie śliczne!

Pusta kamienica

Pusta kamienica stoi niedaleko. W oknach jest ciemno, w drzwiach zamkniętych czarno. Brak szyldu, numeru, dzwonka, nie ma wizytówki. Mężczyzna wchodzi z drabiną do środka. Codziennie wchodzi. Zawsze, gdy mijam pustą kamienicę. On wchodzi, drabina wchodzi wolniej, ale i ona końcem końców znika w ciemnym wnętrzu. Drzwi zamykają się. Dzisiaj się nie zamknęły. Zdążyłam zajrzeć do środka przez szparę. Wewnątrz było czarno. Gdy wróciłam do domu, ze źrenicy na podłogę wypadł mi czarny kwadrat. Centymetr na centymetr. Pochylam się, zaglądam do środka i stawiam stopę na szczeblu drabiny.

Ilustracja: Joan Miro, litografia z cyklu „Quelques fleurs pour des amis”, 1964.

Chodnik

Chodnik nieustannie wędruje wzdłuż miasta. Zbaczam z niego w podwórko. Kwadratową wstęgą oplata je ścieżka. Bloki połączone prostą geometrią nie reagują na siebie podobnie jak mieszkańcy. Mijają się cisi. Gdy przekraczam próg milkną także ptaki. Tylko furtka skrzypi. Kobieta w białej koszuli wywiesza za okno pranie. Strzepuje czerwony ręcznik. Zapach płynu do zmiękczania niesie się po słonecznym kole. Widownia wstaje z miejsc. Ruszam naprzód wokół. Zamiatam ziemię. Piasek z bruzdy pryska mi do oczu. Trzy razy okręcam się w miejscu. Biegnę, żeby zmylić. Zwrot. Do przodu. Tłum huczy, gdy patrzy na mnie z góry. Ryję bokiem w ziemi. Uderzam o bandę. Trzeba kończyć zabawę. Zapieram tylne kopyta. Ciężarem bujam w stronę karku. Czerwony ręcznik otwiera się przede mną. Uderzam. Za nim tylko ściana.
Siedzę na trawie płasko. Sąsiad zwabiony trzaskiem gałęzi wystawia pięść z prostokąta okna. Utytłany ręcznik przykładam do głowy. Czy da się ją uprać?

Pasek postępu

Schodzę do metra i mijam gołębia na szarej posadzce. Zajęty jest patykiem. Podnosi go i zaraz potem wypuszcza. Gdy go wypuszcza, ja upadam. Gołąb podnosi gałązkę i wtedy ja wstaję. Wsiadam do wagonu trochę zdziwiona i patrzę na wysokiego, szczupłego mężczyznę, który siedzi najbliżej wejścia. Wzrok utkwił w przestrzeni pomiędzy stacjami. Białe adidasy ustawił pod ławką równo. W palcach trzyma telefon, z którego białe kable wznoszą się do jego uszu. Muzyka zatopiona słuchawką w jego małżowinie wydobywa się na zewnątrz stłumionym łomotem, który wtapia się w dźwięki metra. Wszyscy podrygujemy w ich rytmie. Palce mężczyzny delikatne ślizgają się po powierzchni telefonu. Wreszcie zatrzymują się. Jestem na stacji metra, gdzie gołąb wypuszcza z dzioba gałązkę. Przewrócona czekam, aż ptak podniesie patyk lub mężczyzna ponownie włączy odtwarzanie.

Ilustracja: Suprematyzm, Kazimierz Malewicz, 1917, źródło: commons.wikimedia.org.

Tamara

Dzisiejszą rocznicę śmierci Tamary Łempickiej można uczcić na kilka sposobów. Można wypalić papierosa. Tylko, że wtedy niejednego. Należy odpalać jednego od drugiego. Zaciągać się i zaciągać, i cieszyć siwą mgłą. Jeśli się nie chce palić, można też coś zjeść, ale tylko to, co będzie bardzo smakowało. I obowiązkowo w dużych ilościach. Wręcz należy oblizywać się po nich i pojękiwać zmysłowo. I jeszcze można a nawet trzeba pozwolić sobie dziś na przyjemność. Co kto lubi, z kim, jak i gdzie. Do wyboru. Albo raczej właśnie, w rocznicę śmierci Tamary Łempickiej, nie należy wybierać, tylko korzystać ze wszystkich możliwości. A jeśli znajdzie się ktoś, kto niefortunnie niedawno rzucił palenie, odchudza się, nie uprawia nierządu, nie nadużywa alkoholu i akurat w tym tygodniu odwyka od kokainy, w zamian tych wszystkich niedostępnych mu uciech, może chwycić pełen wody czajnik, postawić go na gazie, czekać na herbatę i patrzeć. Obok stoją metalowe garnki, w których ogień, gdy zapłonie, odbije się świetlistą barwą niebieskiego nieba z obrazów Giovanniego Belliniego, które tak pokochała Tamara Łempicka.

Na ilustracji „Adam i Ewa” Tamary Łempickiej.

Obietnica

Metro. Nad ziemią pada śnieg a po peronie biegnie kobieta z dwiema niedużymi córkami. Jedna z dziewczynek trzyma uchwyt wózka, ale druga wcale nie chce.
– Zapamiętaj sobie raz na zawsze! – tłumaczy matka, gdy znajdują się wreszcie w wagonie. – Gdy mówię, że masz się trzymać, to znaczy, że nie wolno się puszczać!
Dziewczynka siedzi upchnięta z siostrą na jednej miejscówce. Ma jasną kurtkę w kwiaty, białą, wełnianą czapkę i czerwone policzki, bo nie jest zachwycona, że mama krzyczy na nią przy innych pasażerach metra. Zerka na siostrę, z którą musi rozumieć się nieźle, więc już po chwili mama znowu nachyla się, tym razem nad obiema córkami:
– O, nie! – mówi dobitnie – plucie nie jest przyjemne.
Dziewczynki są zdziwione. Po minach widać, że nie zgadzają się z matką, mimo wszystko plucie zastępują zwijaniem języka w rurkę.
– Publiczne pokazywanie języka też nie jest miłe – reaguje matka.
Metro zatrzymuje się na stacji. W wagonie zostawiam dwie nieruchome dziewczynki z mamą. Po chwili już sama czekam w szkolnym korytarzu na wyjście syna. Tuż koło mnie przechodzi ojciec z siedmioletnią, bardzo zadowoloną z siebie córką. Dziewczynka idzie tyłem. Nie może doczekać się, kiedy opowie tacie o dniu w szkole.
– A jutro dostanę nagrodę – mówi i podnosi szczęśliwą twarz ku ojcu. Ten patrzy na nią z góry:
– Jutro to będzie sobota – odpowiada jej bez zastanowienia.
Dziewczynka zatrzymuje się. Opuszcza głowę i milknie.
Wychodzę ze szkoły. Dziwne, że gdy pada śnieg, robi się cieplej. Cieplej i ciszej. Dlatego nikt nie słyszy słów obietnicy, którą wypowiadam głośno:
– Gdy znowu będę dzieckiem, będę pluła, pokazywała język, puszczała się i jutro zawsze będzie dzień, gdy dostanę nagrodę.

Ona

Ona nie była łatwa. Spodziewałam się z nią trudności, ale nie takich. Wydawało mi się, że sobie poradzę, że jej kierunek jest wyraźnie zaznaczony i że jest jeden. Innego być nie może. Ten, który jest, prowadzi strzałką w moją stronę i obejmuje moją sferę skojarzeń. Lub moją sferę braku skojarzeń. Oraz emocje. Moje i w reakcji na nią. Sądziłam, że jest obiektywna. Jedna i skończona. Nie była. Ilekroć odwróciłam wzrok, karała mnie za brak skupienia. Za ćwierknięcie ptaka, za szurnięcie sąsiada, za podrapanie się w ucho, za huk samolotu, który kazał podnieść oczy i poprzez zakurzoną szybę szukać białej kreski. Kierunek kreski był wyraźnie zaznaczony. Jeden i obiektywny. Drażnił ją, bo ona nie chciała mieć kierunku, więc zakładka nie miała dla niej żadnego znaczenia. Opowiadana przez nią historia nieustannie zmieniała się. Za każdym otwarciem pojawiała się nowa, tyle, że jej historie nie miały początku ani końca. Wpuszczała do nich na chwilę a po obróceniu strony wrzucała do wnętrza innej opowieści. Żadnej z nich nie pozwoliła poznać. Włączała je i wyłączała, jak radio, czy telewizor. Kpiła sobie ze mnie, musiała więc spodziewać się mojej reakcji. Przewidzieć odrzucenie. To jej wina. Tak naprawdę nie chciała, żebym ją czytała. I nie czytałam. Ani przez jedną krótką chwilę. Zresztą nawet, gdybym chciała, nie byłabym w stanie. Od samej oklejki, strona po stronie, to ona przeczytała mnie.

Z pamiętnika pół-człowieka pół-jeża

Gdy jest się pół musi w międzyczasie pojawić się zwątpienie. Ale zwątpienie przybiera postać tylko w połowie. Pół-jeż w połowie bywa pół-ptakiem, który zwątpił. W co zwątpił, to wiadomo dopiero, gdy pół-jeż poleci lub spadnie. Gdy spadnie, oznacza, że zwątpił w pół-ptaka, gdy poleci, zwątpił w pół-jeża. W każdym z tych przypadków zwątpił w pół-człowieka. Gdy pół-człowiek poleci, wiadomo, że nie zwątpił w pół-ptaka, ale w pół-człowieka. Z czego wynika, że nie zwątpił w pół-jeża, bo zwątpienia może być tylko pół. I dlatego pół-człowiek pół-jeż, który nie zwątpił w pół-ptaka i poleciał, i tak zawsze spadnie. Pół-jeż jest na końcu i na początku zwątpienia. W sumie daje to całego jeża, który zwątpił w siebie bez reszty.

« Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial