Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Wypadek

Potrącił mnie na ulicy niewidzialny tramwaj. Niewidzialne zderzenie, niewidzialna krew, niewidzialne cierpienie, niezauważalna reanimacja. Śmierć na niby. Niewidzialny lekarz zszył nitką niewidzialne rozdarcie. Kulejąc poszłam dalej.

Ilustracja: Andrzej Wróblewski, Tramwaj, 1948, Galeria Starmach w Krakowie.

Cud z butelki

Język jak kopna ziemia, kryje w sobie cuda. Do jednego się właśnie dogrzebałam a właściwie wyłowiłam go z butelki lemoniady.
– Dobra lemoniada? – kilka dni temu zapytał przyjaciel. Siedzieliśmy na ławce w parku w dłoniach trzymając po butelce.
– Dobra lemoniada – odpowiedziałam.
– Powtórz – poprosił przyjaciel a w jego oku pojawił się uśmiech – jak powiedziałaś?
– Lemoniada – odparłam zdziwiona pytaniem.
– Nie – sprostował teraz już otwarcie rozbawiony przyjaciel – nie mówisz lemoniada, lecz lemońjada.
– Nie – zaprotestowałam – mówię przecież tak, jak należy, czyli lemońjada.
Dopiero teraz usłyszałam różnicę. Moja lemoniada jest przedłużona, zaciągnięta, z „j” zamiast „i”. Musiałam rzecz sprawdzić, więc poszłam do męża.
– Powiedz „lemoniada”. – poprosiłam grzecznie.
– Lemoniada – powiedział mąż.
– Na pewno nie „lemońjada”? – zapytałam.
– Na pewno.
Skoro tak, zaczęłam się zastanawiać. Mam czterdzieści pięć lat i dopiero teraz usłyszałam tę zabawną różnicę. Skąd się wzięła? Nie ma innej możliwości. Jest jedno, jedyne wytłumaczenie. „Lemońjada” jest wspomnieniem a właściwie prezentem od dziadka, który pochodził spod Lwowa a urodził się w 1895 roku. To on musiał nauczyć moją mamę, mojego brata a potem i mnie wymawiać słowo „lemońjada” na ten charakterystyczny dla Kresów sposób. Czuję się dziś o lemoniadę bogatsza.

Córka

– Nie musiałaś.
Matka siedzi na schodach pałacyku w Królikarni i patrzy na schodzącą po stopniach czteroletnią córkę.
– Musiałam.
Córka schodzi krokiem zdecydowanym poruszającym spódnicę.
– Nie musiałaś.
Matka ma na sobie spodnie i obraca się jak wskazówka zegara za córką krążącą po schodach.
– Zrobiłaś dokładnie na przekór temu, o co prosiłam.
Upór matki nie zatrzymuje córki nawet na chwilę. Dziewczynka wędruje dookoła mrużąc oczy w popołudniowym słońcu.
– Nie musiałam.
Przyznaje wreszcie.
– Nie musiałam, ale potrzebowałam.

Kilka

Do pudełka z elektrycznością wkładam skrzypiące drzwiczki latarni i kolano porażone kablem. Piorun z Singapuru, bo żaden inny nie schodzi z tak wysoka tak nisko. Ławkę latającą w burzy piaskowej. Ewka, potrzymaj żarówkę. Świecę zamiast meczu w latach osiemdziesiątych. Gumkę do ścierania, którą ukradłam w przedszkolu i oddałam Tacie. Szprychy roweru Wigry 3 i kostkę wkręconą pomiędzy nie w zerówce. Psa z jednym uchem i szklaną kulką w środku. Miała czysty dźwięk. Kilka kabli z oiomu.

Kto zje Kapturka

Są bajki niemożliwe do zrozumienia wcześniej. Zrozumieć je można tylko później. Widać dla mnie jest później, bo zrozumiałam bajkę, którą znam od dziecka. Czerwony Kapturek idący przez las spotyka Wilka i niechcący zdradza mu adres Babci. Wiele razy zastanawiałam się, jaką figurą jest Wilk a jaką jest Czerwony Kapturek. Że znaczenie jest proste, rozumiem dopiero dziś, bo odsłoniło się przede mną niespodziewanie. Czerwony Kapturek – młodość, jest wyrokiem dla Babci, bo oznacza, że jej czas nadszedł. Dlatego to Kapturek musi zdradzić miejsce, w którym Babcia mieszka. A Wilk jest nieuchronną śmiercią pożerającą Babcię naznaczając nią przy okazji Kapturka. Pewnie można by się zastanawiać, czy Gajowy nie jest w tej sytuacji jakąś figurą boga, który wyzwala ciało do życia duchowego, ale że jestem niewierząca, daruję sobie zaświaty i zostanę w lesie. Wszyscy jesteśmy Czerwonym Kapturkiem i Babcią jednocześnie, wędrujemy przez ten sam las i karmimy Wilka.

Wdycham

Wdycham strumyk. Wydycham ocean. Wdycham kałużę dwa dni po deszczu. Wydycham Bajkał. Oddycham do góry nogami. Nabieram wody w usta mały łyczek. Przeciekam. Dziurawe powietrze ucieka przeze mnie, więc stoję tu pusta.

Ilustracja: Rene Magritte – Le Grand Air, 1963-64.

Rozepnij guzik

Nie chciałam tego filmu widzieć. Jest ciasny, mroczny, duszny. Oglądanie go wydobywa niepokój. Gdyby nie małe mieszkanie i niemożność ucieczki, nikt nie zmusiłby mnie do obejrzenia „Być jak John Malkovich” ponownie. Jednak dziś, zmywając z siebie wczorajsze błoto, uważam, że było warto. Film jest genialny. Jest jak portal, o którym zresztą opowiada. Co chwila przenosi nas na kolejnym poziom metafory.
Już ten pierwszy, najprostszy, sięga bardzo wysoko. Aktor lalkowy sterujący ludźmi musi przecież wywołać skojarzenie z bogiem i jego rolą w życiu człowieka. Ale bóg to za mało dla Charliego Kaufmana, twórcy scenariusza. Scenarzysta porywa się na coś znacznie odważniejszego. Na naszych oczach przeprowadza analizę kulturową ewolucji człowieka i umiejętnie chowa ją w opowieści o portalu prowadzącym do umysłu sławnego aktora, tytułowego Johna Malkovicha.
Portal ten znajduje się na piętrze siedem i pół. I poczynając od metafory piętra z nisko zawieszonym sufitem, pod którym można się poruszać jedynie z przygiętymi plecami, Kaufman pokazuje nam, jak zostaliśmy przygięci przez kilka tysięcy lat rozwoju cywilizacji i obyczajowości. Ciążą nam wcześniejsze pokolenia. One zresztą, co stara się w dosłowny sposób pokazać Kaufman, wszystkie mamy w głowie. Wpychają się nam do umysłów, rozpychają w nich i nie dopuszczają do głosu naszej świadomości zaszczepiając w jej miejsce świadomość zbiorową.
W głowach siedzą nam pradziadowie, babcie, dziadkowie, ciotki, sąsiedzi. Oni wszyscy z każdym nowym życiem wpychają się do umysłów nowo narodzonego dziecka, wtłaczani przez tunel kultury, tradycji, moralności. A siedząc już w naszych głowach zabijają nasze człowieczeństwo. Bo dokładnie to chce, według mnie, powiedzieć Kaufman.
Jedynym przyzwoitym człowiekiem w tej historii jest trzymana w klatce małpa. Ona jest człowiekiem czystym i dobrym, doskonałym. Jedynym, który reaguje instynktownie uczciwie. My już nie potrafimy. Cywilizacja, przerastająca nasze umysły jak nowotwór, zabiła naszą moralność. Ale nie tylko ją zniszczyła. Także tradycyjną, dawną ideę boga, którą wypchnęła z naszej głowy. Boga-lalkarza Kaufman zastępuje człowiekiem, który sam podnosi się do rangi boga.
Wielki film. Niewygodnie mi w nim, uwięził mnie jak przyciasny garnitur. Chciałabym rozpiąć guziki, poluzować krawat, jednak się nie da. I to jest ostatnia fantastyczna sztuczka Kaufmana. Tego garnituru nie da się zdjąć, przecież to nie film go nałożył, tylko między innymi kultura. Czyli także film… I kto teraz jest bogiem? Kto kim steruję?

Lek

Instrukcja była prosta. Aplikować maść na objęte chorobą fragmenty ciała. Odpadły palce. Już. Nie ma tu nic więcej. To jest zakończenie. Chociaż można by przedłużyć opowieść. Rozciągnąć ją. Zahaczyć. Powiesić na micie którymś tam z kolei. On utrąci głowę, odczepi ramiona, zgubi nogi i w akcie litości zmiękczy historię odsłaniając coś, co kryje się wewnątrz zainfekowanego ciała. Nieoswojone, pierwotne, dzikie, wzruszające ujmującym i nieporadnym niedostosowaniem. Jednak nie. Odpadły tylko palce. Niepotrzebne skreślić.

Ilustracja: Max Ernst, Human Form, 1931.

Nie ma

Dziwnymi ścieżkami wędruje pamięć. Na przykład moja cofnęła się dziś o trzydzieści sześć lipcowych miesięcy do lasów niedaleko Głowna. Wspólnie z innymi dziećmi przemierzałam je tamtego lata. W tych lasach przeżyłam pierwszy leśny zmrok i strach. Opowiadaliśmy sobie w nich niesamowite historie, które powracały później w snach, bo w tych lasach kryło się dużo niespodzianek. Wiszące na drzewach zagubione ubrania, zardzewiałe, wojskowe samochody, druty kolczaste pod nogami i łąka porośnięta najzieleńszą trawą jaką widziałam. Czuję tę łąkę i trawę, widzę jak przenika ją światło wydobywając zieloność wczesnego lata. Trawa jest miękka i sięga mi do kolan. Idziemy poprzez nią razem. Dziś już nie pamiętam, dlaczego z całej dziecięcej grupy tylko ja ześlizguję się po zarośniętym brzegu do dołu pełnego szamba. Mój tęczowy, wełniany sweter zatapia się aż po granatowy golf. Nie wiem, jak wydostaję się z dołu, ale już wyraźnie rysuje mi się samotna droga powrotna do siedziby kolonii i przestronna łazienka na parterze klasycystycznego domu dziecka. Stoję w niej sama piorąc ubranie w jednej z umywalek. Wiele elementów tego wspomnienia musiałam po drodze wyprzeć i nigdy nie traktowałam go jak traumy. Przeciwnie, pozostała mi po nim świadomość szczęśliwego zakończenia i poczucie, że nie ma takiego gówna, z którego byśmy nie dali rady się wygrzebać.

Droga

Mam stałą trasę pieszej wędrówki. Z Mokotowa do Śródmieścia i z powrotem. Szłam tą drogą w pierwszych tygodniach marca, kilka dni po wprowadzeniu ogólnonarodowej kwarantanny. I tydzień później. A potem znowu tydzień później. I ponownie szłam nią po tygodniu. I w takim kwietniu jak dziś poszłam nią także nadziwić się nie mogąc, że za każdym razem droga jest inna. W marcu nikt nie nosił na niej maseczek. Mało kto był wtedy na ulicy. Ci obecni szli całkiem nieobecni. Zapatrzeni w chodniki przemykali chyłkiem. Coś jakby światem rządziły już zombie. Trudno było liczyć na kontakt wzrokowy. Ten łapali jedynie wariaci opowiadający głośno o wspaniałym lub złym świecie a jeden naśladował pulsujący sygnał karetki. Tydzień później droga do Śródmieścia zmieniła się nie do poznania. Wypełniła się życzliwością i uśmiechem. Wciąż nieliczni przechodnie schodzili sobie z drogi i w dziwnej, pandemicznej i pozaseksualnej otwartości życzyli wszystkim nawzajem wszystkiego najlepszego. Tydzień później kontakt wzrokowy zanikł a serdeczność wróciła do chłodnej, polskiej normy. Na twarzach widać było strach i zmęczenie. Obchodziliśmy się szeroko irytując brakiem wyczucia u innych i niemożnością wejścia na skwerek. Było, minęło. Z poniedziałkiem, otwarciem parków i lasów na ulicach nastała fiesta. Rowery, hulajnogi, skracanie dystansu i wiosna. Zaglądają sobie do oczu przechodnie. Już nie trzeba błagać o kontakt. Ulica ożyła. Flirt dzieje się ponad maskami. Ileż przygodnych spojrzeń rzucanych z roweru, mimochodem przez chłopaka trzymającego dziewczynę za rękę, przez kobietę mijaną na przystanku, ponownie przez rowerzystę. Droga ze Śródmieścia na Mokotów wypełniła się zmysłami. Ale nie tylko. Stało się coś jeszcze, czego nie rozumiem. Prócz flirtu na drodze zapanowała siła. Przechodnie manifestują ją pokazując, że mogą iść środkiem chodnika. I wcale nie ci bez maseczek, choć ci zdarzają się także. Oni idą zawadiacko, bo rzucają wyzwanie całemu światu, systemowi, innym. Ale to ci w maseczkach pokazują moc agresywnie zawłaszczając chodnik. Tak jakby wstydzili się, nie tylko maseczek, ale tych ostatnich prawie dwóch miesięcy słabości i strachu. Wychodzą na ulicę i przejmują władzę tam, gdzie mogą, spychając na bok niższych i słabszych. Czyli u nas już wszystko wróciło do normy.

« Starsze wpisy

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial