Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Drobiazg

Najpierw był chaos i nic. Ciemno i chłodno nie z zimna, lecz strachu. Byłam pewna, że nie żyję. A stał się tylko głupi drobiazg. Odpadła mi głowa. Połączenie zostało zerwane. Wyczułam ją stopą i chciałam podnieść. Odpadłam jej i potoczyłam się a ona stała i patrzyła. Wyobraziłam sobie tę śmieszną minę, którą musiała robić. Zrobiłaby, gdyby miała twarz. Ja miałam twarz, więc toczyłam się po chodniku z tym śmiesznym wyrazem jej zaskoczenia na mojej twarzy. Biegła na oślep. Biegłam na oślep. Wydawało mi się, że głowa jest tuż i była, bo wpadałam na nią obiema stopami albo odpychałam kolanem. Uniosła mnie na bucie i podkręciła. Podkręciłam ją niechcący. Nie ominęła mężczyzny. Trafiłam w niego. Strąciła jego głowę. Odpadłam mu i potoczyłam się a on stał i patrzył. Wyobraziłam sobie tę śmieszną minę, którą musiał robić. Zrobiłby, gdyby miał twarz. Ja miałam twarz, więc toczyłam się po chodniku z tym śmiesznym wyrazem jego zaskoczenia na mojej twarzy. Biegł na oślep. Biegłem na oślep. Wydawało mi się, że głowa jest tuż i była, bo wpadałem na nią obiema stopami albo odpychałem kolanem. Uniósł mnie na bucie i podkręcił. Podkręciłem ją niechcący. Trafiłam w niego. Trafiłam w nią. Strącił. Strąciła. Biegniemy na oślep.

Jest recenzja i jest radość!

Euforia i radość, ale nie takie na niby, udawane i na pokaz. Szaleństwo jest prawdziwe, bo takie słowa o książce są szczęściem w postaci czystej. I to w Miesięczniku ZNAK! Agnieszka Dziedzic napisała o „Smutku mamuta”, Wydawnictwa Nisza” pięknie i jestem jej za te słowa bardzo wdzięczna:

„Uczynienie dziewięcioletniego chłopca interlokutorem pozwala na zmianę optyki – zamiast (autorytarnej) książki dla dzieci otrzymujemy niesztampową opowieść o dziecięcym potencjale mitotwórczym. Figura dziecka – a warto zaznaczyć, że choć jawną inspiracją jest syn autorki Jędrek, to jednak mamy do czynienia z kreacją literacką – zmusza do porzucenia truizmów, o które tak łatwo w dorosłym świecie. Powieściowego Jędrka cechuje bezkompromisowość w dążeniu do poszukiwania prawdy albo najciekawszego zakończenia opowiadanej historii”

Cała recenzja do przeczytania

Bez zrozumienia

Zaczepiona o włos opuszczam się do pomieszczenia. Gdyby tak napisać „w mrok”, zdanie brzmiałoby ładniej, bardziej gładko, malarsko. Mrok nałożony pędzlem jest miękki, lekki i nieograniczony. A pomieszczenie, do którego się opuszczam, przeciwnie. Jest ciasne i pozbawione światła. Specjalnie użyłam słowa „światło”. Od razu zrobiło się jaśniej. Chociaż na krótko, bo ze zrozumieniem światło znikło. A gdyby tak czytać bez zrozumienia, wtedy można by napisać wszystko. Na przykład, że zaczepiona o włos opuszczam się a włos jest wytrzymały i nie pęka. Wciąż jednak pozostaje kwestia pomieszczenia poniżej. Nawet jeśli włos utrzyma, wciąż się do pomieszczenia opuszczam. Jest ciasne, o grubych ścianach. A gdyby tak napisać, że jest w nim mrok. W mroku ścian nie ma.

Sznurek

Nie wiesz, skąd ona przychodzi. Świadomość, że należy teraz, że właśnie dziś dłoń znajdzie w kieszeni i wyciągnie z niej sznurek. Jego splot wygląda zwyczajnie, więc niezwykłości szukasz w kolorze. Jest czerwony. Pewnie, że jesteś naiwny. Jego niezwykłość jest nienazywalna. Zaczynasz od stopy i oczywiście nie umiesz powiedzieć, dlaczego akurat od niej. Sznurek jest większy ode mnie, myślisz dochodząc do kolan i owijając nim szczelnie biodra. Zachowujesz spokój. Jest niezwykły, ponieważ czujesz wyjątkowość sytuacji spodziewanej od tak dawna. Sznurek otacza już szyje, przykrywa usta, wspina się do oczu, ukrywa uszy i wiąże się supłem na górze. Jesteś w nim i cię w nim nie ma. Ale będziesz. Wiesz to. Czujesz wyraźnie ucisk sznurka a potem jego obsuwanie się. Naturalne i spodziewane. Całkiem zwyczajnie kokon opada i cud się nie staje. Żadnej zmiany nie ma. Zwinięty sznurek chowasz do kieszeni.

Reprodukcja: Henri Matisse, Biała alga na czerwonym tle.

Dzwonek

Siedzę w bibliotece. Wokół cisza. Ale jaka cisza! Taka, że słychać szeleszczącą kartkę. Wcale nie z tej czytelni, tylko czytelni w drugiej części miasta. Przesadzam? Wcale nie. Bo siedzę w ciszy i nagle słyszę dzwonek. Rozglądam się, wokół mnie nikt nie dzwoni. Wszyscy zapatrzeni w książki. Zawieszony w powietrzu kurz jaśnieje nieruchomą smugą światła. Znowu słyszę. Wstaję. Na stoliku zostawiam wszystko. Prowadzi mnie dźwięk coraz mocniejszy. Ponagla i strofuje.
– Już biegnę! – wołam – Już idę.
Przemieszczam się korytarzem w lewo, i znowu lewo, po schodach w dół. Na dworze i biegnę. Alejka. Pomiędzy drzewami. Jest dzwonek. Słyszę go. Tu brzęczy, jak nadjeżdża. Patrzę na kierowcę, uśmiecham się, on macha do mnie ręką. Rzucam się na cztery łapy. Uczepiam jedną roweru. Ujadam, ślina kapie na chodnik. W pysku mam suche liście. Łapię zębami nogawkę. Odrywam sznurowadło. W uszach mam huk. A ten wiatr, jak on w nosie miło gwiżdże. Dzwonek cichnie. Wracam po schodach do biblioteki. Zajmuję miejsce w swoim rzędzie i pochylam nad książką. Wokół unosi się cisza. Taka cisza, że aż… Czy ja dzwonek słyszałam?

Przekleństwo dopowiedzeń

Na niebie świecił żółty liść a niebo było gładkie. Porcelanowe wieko, czyste złoto, korona królów, barwa ciepła i kruszec miękki. W dotyku delikatny, w skojarzeniu równy tysiącu słońc utopionych w bizantyńskiej emalii. Błękitna farba zastygła pomiędzy ściankami. Stałam i patrzyłam na nią od rana. Oczy bez powiek chłonęły żar. Wtedy z mieszkania na parterze wyszedł pan Mietek z grabiami.
– Jak tam, pani ładna? – zaszeleścił ustami nagarniając złoto z chodnika. Nie zdążyłam mrugnąć. Pan Mietek podniósł grabie ciupinę za wysoko. Przekleństwo dopowiedzeń. Dym zdusił szelest. Liść dawno spadł.

Muzyka

Widziałam je wczoraj albo przed. Dziewczynka szła ze skrzypcami. Skrzypce w prawej dłoni, siano w lewej. Skrzypce piszczały bardzo cienko, dziewczynka przystawała co kilka kroków i podtykała im siano. Zjadały cicho, bez mlaskania i posłusznie szły z dziewczynką dalej. Ta była jednak mała, miała niewielkie dłonie, w których mieściło się niedużo siana. Wkrótce go zabrakło. Skrzypce zerkały na pustą rękę w milczeniu. Nie ciągnęły, nie wyrywały się. Wiem, ponieważ szłam tuż za nimi. Na chwilę musiałam zatrzymać się. Pochylona nad sznurowadłem straciłam parę z oczu. Naprawdę upłynęły ze dwie minuty, na pewno nie więcej. Gdy podniosłam głowę, nie znalazłam przed sobą ani dziewczynki ani skrzypiec. Na trawniku pasła się za to altówka. Skubała trawę i zaczepiała przechodniów, którzy karmili ją ciastkami. Altówka nie była wybredna. Jadła i ciastka, i opakowania, i przechodniów. Dźwięk wiolonczeli rósł z każdym pożartym samochodem. Kontrabas połknął już pół miasta. Ziemia drżeniem zapowiadała jego przybycie. Im większy był, tym piękniej grał. Wibrowało basami powietrze. Ci, których dogoniło nie chcieli uciekać. Podnosili ramiona i przekonani o swoim wyjątkowym szczęściu znikali w czeluściach pudła rezonansowego wierząc, że giną śmiercią najpiękniejszą stanowiąc pożywkę dla sztuki, pewni, że osiągnęli właśnie nieśmiertelność. I ja wcale się z nimi nie kłócę. Chciałabym dla nich jak najlepiej. Nieśmiało tylko pytam, gdzie ten pięknie grający kontrabas zrzuca swoje nieczystości.

W rocznicę

Po Paryżu wiadomość musiała rozejść się błyskawicznie, ale z Paryża do Prowansji był spory kawałek. Wieść wędrowała pewnie przez kilka dni i jest całkiem możliwe, że gdy dotarła do drzwi frontowych, Paula nie było w domu. Stał ze sztalugami gdzieś na polu i nakładał na płótno pomarańczową farbę. Tak czy owak nie mógł dowiedzieć się dwudziestego dziewiątego września 1902 roku, w dniu śmierci Zoli, że ten właśnie zmarł. Dowiedział się kilka dni później. Na stole przed nim leżała gazeta. Cézanne wstał bez słowa, włożył do kieszeni szkicownik i węgiel, a może wcale ich od wczoraj nie wyjmował, i ruszył przed siebie. Owszem, możemy a nawet powinniśmy zapytać, co czuł dowiedziawszy się o śmierci przyjaciela z dzieciństwa. Zola był przecież kimś, kogo malarz kochał, kto był świadkiem jego dojrzewania, kto zresztą sam także na oczach Cézanne’a się rozwijał, aż obaj stali się gigantami równymi jedynie olbrzymowi z chińskiej baśni, Panku, z którego ciała powstał nowy świat. Z pary oczu Słońce i Księżyc, z włosów lasy, z ciała ziemia, z krwi rzeki. Tak samo Paul Cézanne i Émile Zola dali początek nowej wrażliwości. Ten pierwszy wrażliwości intelektualnej w malarstwie. Ten drugi społecznej w literaturze. Może żaden z nich nie zostałby sobą, gdyby nie spotkali się w wieku lat dziesięciu w jednej klasie i po szkole nie biegali codziennie włóczyć się ścieżkami za miastem.
Émile Zola nie zdążył pomyśleć przed śmiercią o dawnym przyjacielu. Może myślał o nim wcześniej, może nawet każdego dnia, dwudziestego dziewiątego września rano, jednak w chwili śmierci nie. Zaskoczyła go. Nie wiedział, że mu się przydarzy i ona, i nieszczelny piecyk gazowy. Ktoś chyba chciał, żeby umarł. Nawet nie jeden. Zola, socjalista i antyklerykał, który oskarżył rząd francuski o antysemityzm, miał wielu wrogów. Być może jednak największym był jego ukochany przyjaciel z dzieciństwa, Paul Cézanne, który kilkanaście lat wcześniej przeczytawszy napisaną przez Zolę książkę o niemocy artysty malarza, uznał, że jest pierwowzorem bohatera a Zola deprecjonuje impresjonizm i malarstwo awangardowe, z którym Cézanne się przecież utożsamiał. Więcej się do Zoli w swoim ani jego życiu nie odezwał.
Co czuł wędrując szesnaście lat później, na przełomie września i października 1902 roku, piaszczystą drogą i niosąc ze sobą myśl o śmierci dawnego przyjaciela? Też uważam, że dobrze byłoby to wiedzieć. Najbardziej ciekawy byłby zapewne sam Paul Cézanne. On nie miał pojęcia, co powinien myśleć. Co powiedzieć, owszem, jak bardzo mu żal. Co napisać, oczywiście, że niepowetowana szkoda. Ale co myśleć? Czy umiałby sam przed sobą się do myśli przyznać? Może miał nadzieje, że śmierć zatrze urażoną ambicję i poczucie zdrady. A może dobrze wiedział, że nawet jej rzadko się to udaje.

Niedziela

Ile razy patrzę w niebo, widzę samolot. Naprawdę, wcale nie żartuję. Poniedziałek o świcie, podnoszę głowę, na niebie samolot. We wtorek obudziłam się później. Wychodzę, zerkam na niebo. Jest. Od razu, leci bez chwili wahania. Środa. Postanowiłam zrobić eksperyment. Przez wiele godzin nie patrzyłam w niebo. Gwizdałam dla niepoznaki. Nagle, już. Broda, oko, rozwieram powieki. Samolot. Znowu. W czwartek pomyślałam, że nie wyjdę. A co tam, najwyżej go nie zobaczę, ale szczekał pies sąsiada. Podeszłam do okna, żeby spojrzeć na balkon bloku naprzeciwko. I znowu to samo. Oko powędrowało wysoko i sylwetka biała, skrzydła ułożone posłusznie, dziób skoncentrowany, ogon zadarty. Przeleciał. W piątek było ładne słońce. Wracałam ze sklepu z pełnymi siatkami, coś jednak było w powietrzu takiego, że zatrzymałam się w pół drogi. Oparłam plecy o murek na podwórku i wystawiłam twarz do ogrzania. Od razu je zobaczyłam. Je, bo nie jeden, lecz dwa samoloty, każdy w inną stronę. Białe komary na niebie. W sobotę też były, bo stałam długo w kolejce i co kilka minut z nudów zadzierałam głowę. Do góry i samolot. Do góry i to samo. Ze cztery naliczyłam. W niedzielę to mi się w ogóle nie chciało wychodzić z domu. Siedziałam na kanapie i myślałam, że przez cały tydzień wystarczajaco się namęczyłam. Zasłużyłam na odpoczynek. Gdy raz nie poleci, nic się przecież nikomu nie stanie.

Był zbyt

Urósł. Stanął pod framugą i zaznaczył kreską wzrost. Był za wysoki, zbyt obszerny. Nie mieścił się sam w sobie z drugą połówką. Cisnęła go. Ona też urosła. Zawadzała, wpijała się w bok. Razem nie mieścili się w drzwiach. Przykucnął więc i poczekał aż połówka przeciśnie się i wypełni przestrzeń. Wśliznął się pomiędzy nią i ścianę a potem odwrócił. Dlaczego miałby na nią patrzeć? Dlaczego miałby patrzeć na siebie i być świadomym? Wolał nie być. Rozmiar i przestrzeń a w nich on, w połowie człowiek, w połowie jeż. Połówki wydarzały się bez jego udziału. Patrzyli na nie inni, a skoro tak, on mógł pozwolić sobie na nieobecność.

« Starsze wpisy

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial