Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Poczta

Z nieszczelnym rozporkiem
i złamaną nogawką
rękaw nie sięga listonosza.
Palce dopięły drzwi na guzik.
Okno zawiązało ostatnią dziurkę.
Pukanie ustaje.
Wyjmij skarpetkę z koperty.
To dziś jedyna wiadomość.

Dzień kota

Ludzi sporo. Jedni stoją drudzy siedzą. Drzwi uchylają się na stacji. Do wagonu wchodzi kobieta w siwym kapeluszu i płaszczu. Otwiera torebkę i grzebie w niej palcami. Ponad tłum wnosi się szare ramię.
– Kłębek? – pyta pierwszy pasażer.
– Kłębek! – odpowiada drugi.
Trzeci łapie czwartego za stopę. Ten na czworakach popycha kłębek łapą i przewraca piątego. Szósty ugniata brzuch siódmemu. Dziesiąty chwyta włóczkę pazurem i biega dookoła piętnastego. Dwudziesty przerzuca sznurek od nosa do stopy. Związał się z drugim supłem nierozerwalnym. Kobieta zamyka torebkę i siada, bo miejsca w wagonie są już wolne.

Fatalne zauroczenie

Jakby tu obejść Walentynki? Nie ma lepszego tematu niż „Fatalne zauroczenie”, a zatem obejrzeliśmy je wczoraj. „Ciekawe, że dużo jest w tym filmie psa” zwrócił uwagę mąż i miał rację, ponieważ w pierwszej godzinie kinowego przeboju z roku 1987 pies pojawia się na planie wiele razy. Zbliżenie pyska, pies wyglądający przez okno, merdający ogonem, drapany za uchem, śpiący na dywanie, biegający po parku, tarzający się w trawie a nawet jedzący spaghetti. Beztroski, rozkoszny, czysty i wierny. Zatrzymajmy się na chwilę przy talerzu pełnym makaronu. Stoi na podłodze przy lodówce. Żona przygotowała go dla męża a mąż nie zdążył go zjeść, bo spędził noc u kochanki. Dla niepoznaki oddaje spaghetti psu. Jest to więc talerz symboliczny, podobnie zresztą jak pies. A zarazem moment filmu zwrotny, w którym romans głównego bohatera zaczyna przybierać fatalny obrót.
Niesamowicie ogląda się filmy z przeszłości. Ich wypracowana przez wybiórczą pamięć wizja, także przez poświecone filmowi teksty popkultury, często rozmija się z rzeczywistym obrazem. Tylko, co jest rzeczywiste? Czy cokolwiek w ogóle jest obiektywne?
Właśnie, bo czasem jest jeszcze inaczej. Nie tylko wyobrażenie o filmie rozmija się z jego treścią, ale także zmieniają się czasy. Tym samym zmienia się odbiór treści. To była moja pierwsza myśl po napisach końcowych; jak to się stało, że „Fatalne zauroczenie” utkwiło w mojej głowie jako film o kobiecie – wariatce? Przecież ona, Alex, grana przez Glen Close, wcale wariatką nie jest. Dla tych, którzy nie pamiętają fabuły, krótkie przypomnienie. Szczęśliwy małżonek, w tej roli Michael Douglas, nawiązuje przypadkowy acz krótki romans z Alex. Dla niego jedna wspólna noc znaczy tyle, co nic. Ona chce od niego więcej i nie przyjmuje odmowy. Głuche telefony od niej rozbrzmiewają nawet w nocy. Nachodzi Douglasa w pracy a potem w domu. Jednak nie bez powodu. Wszystko dlatego, że w czasie tej jednej, jedynej wspólnej nocy (co prawda noc była jedna, ale seksu w niej, ho ho! znacznie więcej) Alex zaszła w ciążę. On nie chce tego dziecka i nie chce kobiety w swoim życiu. Ona przeciwnie. Chce, żeby uczestniczył w przyszłym życiu ich dziecka. Porozumienia nie ma, emocje narastają. Ona niszczy mu samochód, on idzie na policję, ona zabija jego córce królika, on mówi wszystko swojej żonie, ona porywa jego dziecko, on jej grozi i ją bije, ale na koniec ją oszczędza, czego bardzo żałuje, bo niebawem ona pojawia się u niego w domu z dużym nożem, więc zostaje zabita przez niego i jego żonę, bo małżeństwo działa wspólnie i jest siłą nie do pokonania. Przecież ona była złem.
Obejrzałam „Fatalne zauroczenie” do końca i zamilkłam z wrażenia a zdarza mi się to nie często. To nie jest film, który pamiętam. To nie jest film, który znam z jego popularnego odbioru. I nie jest to film, jeśli patrzeć na niego dosłownie, jest do obrony. Bo oceniając go dosłownie nie można uczynić z postaci granej przez Glen Close wariatki. A to dlatego, że ona wariatką nie jest. Jej racje, choć przerysowane, ale jednak są słuszne. Zaszła w ciążę a facet uchyla się od odpowiedzialności. Nie dość tego, kwestie wypowiadane przez tę rzekomą wariatkę mają niestety sens: zabawiłeś się mną i porzuciłeś jak śmiecia.
Dziwne, myślałam, przecież sympatia widza pozostaje z męskim bohaterem, także moja sympatia. Od początku kibicuję jemu, trzymam za niego kciuki, żeby się nie wydało, żeby go zostawiła w spokoju, a w ogóle, co ona sobie myśli? A mimo to nie potrafię postaci kobiecej napiętnować.
Nie mogłam sobie z tym filmem poradzić aż do chwili, w której zdałam sobie sprawę, że są tylko dwie możliwości, albo to jest zły film albo ja go do tej pory oglądałam niewłaściwie i go wcale nie rozumiem. I wtedy pojęłam, że wina jest oczywiście moja, ponieważ jest to opowieść głęboko symboliczna i tylko w tym wariancie, jeśli przyjąć tę symbolikę, składa się wreszcie i do końca. „Fatalne zauroczenie” staje się filmem nareszcie logicznym.
A symbolika zaczyna się od psa, na którego zwrócił uwagę mąż, tym razem już mój. Pies jest ważnym elementem, ponieważ jest znanym i stosowanym w malarstwie symbolem wierności małżeńskiej. W dodatku znika z filmu, gdy romans się dokonuje. Symboliczny pies odsłania następne symbole, zmienia znaczenie niesłusznie odbieranych jednoznacznie scen a zaraz potem odmienia samo odczytanie filmu. Ten staje się opowieścią o ranach poniesionych przez wszystkich jej bohaterów w sytuacji pozamałżeńskiego romansu.
Królik należący do córki Michaela Douglasa przestaje być zabitym królikiem. Staje się symbolem krzywdy, jaką ponosi dziecko. Rany żony pochodzące z wypadku samochodowego przestają być złamaniami i siniakami powypadkowymi a stają się ranami emocjonalnymi zadanymi żonie w sytuacji niepewności i zagrożenia, w czasie małżeństwa rozbijanego przez drugą kobietę.
Jeśli wreszcie symbolicznie patrzeć na „Fatalne zauroczenie”, przestaje ono być filmem o kobiecie, która maniakalnie próbuje przyciągnąć do siebie kochanka, ale staje się opowieścią o różnicach pomiędzy mężczyznami i kobietami i ich emocjami związanymi z seksualnością. Przy takim spojrzeniu na film zmienia się też postać ofiary. Ofiarą do pewnego stopnia stają się wszyscy: mąż, żona, dziecko. Ale największą ofiarę ponosi ta druga kobieta, ta, która powszechnie została uznana za wariatkę, maniakalną psychopatkę. Nie jest nią, nie prześladuje, lecz chce miłości. Jednak z punktu widzenia małżeństwa miłość jej się nie należy. Druga kobieta jest intruzem i dlatego musi zginąć.
Z czym mi się „Fatalne zauroczenie” kojarzy? Tylko z jednym. To jakby kinowa wersja piętnastowiecznego obrazu Jana van Eycka „Małżeństwo Arnolfinich” – symbol siły instytucji małżeństwa.

Fatalne zauroczenie, 1987, reż. Adrian Lyne.

Proste

Ja naprawdę lubię ten moment. Choć, a może właśnie dlatego, że zdarza się tak nieoczekiwanie. Na wysokości skrzyżowania, przy śmietniku tracę wysokość. Zapadam się nagle, gdy szara powierzchnia chodnika ciemnieje. Otwiera się morze, które było tu kiedyś. Jest słone i zimne. Zachłystuję się wodą poprzez przeźroczystą tkankę. Równie nieobecna bywam tylko w środku tubki z czarną farbą. Światło odbija się wtedy od nakrętki pilnującej cienia. Dopóki farba jest w środku nie mam gdzie się schować. Żadna kieszeń nie jest dość głęboka, zaułek dość ciemny a okna dość niezamieszkane. Nie mogę być psem uwiązanym przez właściciela w cieniu sklepu, mrówką faraona w szczelinie, szczurem niewychodzącym z rury albo meduzą w morzu, którego już nie ma. Otwieram tubkę i już jestem. Gdybym teraz, na zakończenie napisała, że na wysokości skrzyżowania, przy śmietniku znalazłam tubkę z czarną farbą, nagle wszystko stałoby się proste. Dlatego nie napiszę.

Minuty

Różnica między nami mierzona jest w blisko i w daleko. Twoje oko oparte rzęsą. Moje oko oddalone do wtedy. Między nami jest kilka przeźroczystych liter. Ty spoza nich widzisz mnie inaczej niż ja widzę siebie a ja ciebie widzę inaczej, niż tobie się zdaje, że cię dostrzegam. Jestem dla ciebie niewyraźny, ale uchwytny. Trzymasz mnie poprzez minuty i nie rozumiesz, że minuty istnieją tylko dla ciebie. Mnie w bursztynie już nie ma, a ty jeszcze się drapiesz.

Ilustracja: Paul Klee.

Syn

Nie chciałam mieć córki. Nie pamiętam takiej myśli, nawet z najwcześniejszego dziewczęcego dzieciństwa. Nie pamiętam, żeby moje dzieciństwo było dziewczęce. Granie w piłkę, łażenie po strychach, palenie niby-skrętów, wykradanie tacie papierosów, gencjana, góry, obozy, lasy.
Dość szybko wiedziałam, jak moi synowie będą mieli na imię. Pierwszy po wujku Michale, który mówił do mnie:
– I jak tam Kajtek Srajtek się dziś miewasz?
Śmiał się przy tym dudniąco i ściskał mnie z taką serdecznością, że jego nazwisko łączone z najpoważniejszą komunistyczną cenzurą, jak to w polskim suple dziejowym, musi dla mnie oznaczać także ciepło dzieciństwa.
Drugi syn po dwóch Jędrkach, pierwszym o witalności i energii muzycznej tak wielkiej, że do dziś widzę go, jak w wieku lat ośmiu podskakuje przy pianinie. Drugi Jędrek o nie mniejszej energii muzyczno – literacko – słownej. Każda minuta spędzona z nim pozostaje.
– Ma pani synów? – słyszałam nie jeden już raz. – Dwóch synów? Nie, no to trzeba teraz córkę. Syn to nie to samo. Wiadomo. Córka wrażliwa, syn tego, co córka nie da.
Albo:
– A, to współczuję. Taki to nic w domu nie zrobi i na starość o pani zapomni. Córka, to co innego, zatroszczy się, ugotuje, a syn jest do niczego. Wie pani, co mam na myśli?
Stoję, patrzę na chłopaków i nie wiem. Robią właśnie sok w kuchni. Starszy trze jabłka na tarce a młodszy je obiera. O, a teraz się zamieniają. Starszy podaje tarkę młodszemu i mówi:
– Tylko uważaj na opuszki.

Ołówek

Każdego dnia zostawiam się za sobą. Oddzielam się po kawałku. Jest mnie coraz mniej, więc poza mną jest mnie coraz więcej. Zostawiam ślad bliski i obcy, jestem nim i go nie rozumiem. Nie czytam znaków, nie jest skojarzeniem. Zanikając przemieniam się w co tylko mnie zetrzesz. Naprawdę jestem tylko pomiędzy tobą, mną i kartką.

Smutek mamuta w Nowych Książkach!

Hip hip hurra! Cieszę się podskakując, bo w styczniowym numerze miesięcznika Nowe Książki jest! Jolanta Kossakowska napisała recenzję „Smutku mamuta” Wydawnictwa Nisza. Co tu dużo gadać, radość i wdzięczność. Dziękuję!

Jeśli jeśli

Drzewo brzoskwini nie jest proste. Nie mogłoby iść do wojska. Nie nadaje się na żołnierza określonego mundurem stąd dotąd. Jest niewielkie. Konary ma jak fale. Rozchodzą się od grubszych, po cieńsze, jak kręgi na wodzie. Trochę, jakby tańczyły. To dlatego drzewa brzoskwini nie da się ująć w pudełko. Tak jak emocji. Emocje są jak drzewo brzoskwini. Rosną na nim liście, gałęzie, a czasem wyrastają z niego owoce, które można rozgniatać i zlizywać z dłoni sok.
Chciałabym żyć w kulturze, w której na uczucia patrzy się jak na drzewo brzoskwini. Są złożone z wielu gałęzi, liści, korzeni i owoców. Wiele różnych uczuć, które sobie nie przeczą, lecz stanowią jedność. Ale w mojej kulturze uczucia pakuje się do osobnych pudełek, więc każde przybiera kształt określonego opakowania. Kultura jeśli – jeśli. Tak ją sobie nazwałam. Jeśli mnie kochasz, nie kochasz nikogo innego. Jeśli mnie kochasz, nie pójdziesz z nim na kawę, nie spojrzysz na nią z czułością, nie popłynie ci po udzie sok brzoskwini, gdy pomyślisz o kimś innym niż ja. Kultura jeśli – jeśli jest sekatorem, który obcina gałęzie, jest pudełkiem, które nadaje kształt czemuś, czemu kształtu nadać się nie da, bo gdy kształt uczucia określa się z góry, nie pozwala mu się przybrać kształtu takiego, do jakiego zdolne byłoby dorosnąć samodzielnie. Samodzielność jest słowem, które w kulturze jeśli – jeśli nie powinno występować. Nie jest lubiane. Podobnie jak: dojrzeć, poczekać, nie spieszyć się, mijać, patrzeć, pozwolić sobie, nie karać się, akceptować. W mojej kulturze jeśli – jeśli karanie jest częścią tradycji. Karzemy się sami. Najpierw nazywając masturbację samogwałem. Potem karze nas współpartner lub współpartnerka, za nielojalność, za czułość dla innych, za liść, za brzoskwinię, za gałąź. Nie można mieć do nich pretensji, kontynuują tylko dzieło zaczęte przez ojca i matkę, bo przycinanie i manipulowanie emocjami zaczyna się jeszcze w dziecięcym pokoju, od określania, kto będzie dobrym partnerem, jak powinna wyglądać relacja, co powinno się czuć. Od zgody bądź niezgody, kpiny i ironii, ośmieszania emocji. W mojej kulturze jeśli-jeśli wcześnie zaczyna się obrywać liście i łamać gałęzie. W tej kulturze powstają związki bonsai oparte na strachu i nieznajomości siebie. Wystarczy przecież znać oczekiwania narzucone przez kulturę. W kulturze jeśli – jeśli hodowanie spojrzeń, półspojrzeń i westchnień jest złem. Są też słowa nieme, otoczone milczeniem albo zamienione w przekleństwa. Im bardziej soczyste słowo, im cieplejsze i umiejscowione głębiej w ciele, tym bardziej jest przez moją kulturę ośmieszone i wykpione. Pragnienie tych słów jest złem. Ich potrzeba jest dewiacją. W mojej kulturze dobrem jest ostra krawędź nie do przekroczenia, opakowanie, kłódka, zamknięcie, samokontrola, wstyd. Jeśli mnie kochasz, nie powinieneś, nie wolno ci, nie należy, nie jest wskazane, musisz, bo jeśli nie.
Ukształtowała mnie kultura szantażu. Ułożyłam się do pudełka, ale ciasno mi i duszę się. Drzewo brzoskwini rośnie w ogrodzie. Czuję je nawet teraz.

Ilustracja: Vincent van Gogh, Kwitnące różowe drzewo brzoskwiniowe, 1888, Kröller-Müller Museum. Źródło: wikipedia.

Janek Kolejarz

Poranek. Śniadanie już zjedzone, ale my jeszcze siedzimy przy stole. Niewyschnięta kropla kawy, gazety, radio informacyjne brzęczy w tle.
– A myśmy mieli w Lublinie takie lodowisko – mówi mąż – na które chodziło się, nie żeby pojeździć, bo nikt nie miał na to pieniędzy, ale żeby porozmawiać. Zbierały się tam dzieciaki z okolicznych osiedli a wśród nich Janek Kolejarz.
Mąż patrzy na mnie pytająco.
– Słyszałaś o Janku Kolejarzu?
Kręcę głową na znak, że nie, do tej pory nigdy.
– Taki niesamowity chłopak – mąż zapala się – znał cały rozkład jazdy, wszystkich pociągów, w całej Polsce.
– Serio?
– Naprawdę! – mąż aż pochyla się nad stołem – można go było zapytać o każde miejsce. Od razu podawał godzinę odjazdu i przyjazdu. Wszystkie trasy znał na pamięć.
– I wyście mu wierzyli?
– No pewnie! – mąż odpowiada bezzwłocznie. – Przecież to był Janek Kolejarz! Człowiek legenda!
– Ale mógł was oszukiwać?
Mąż opiera się z powrotem o fotel i pochyla głowę. Przez dłuższą chwilę trwa w milczeniu. Wreszcie odzywa się, ale mówi znacznie ciszej i nie patrzy na mnie:
– Myśmy tam, na Wschodzie sobie ufali. Proszę, nie niszcz mojego dzieciństwa.

« Starsze wpisy

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial