Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Drobiazgi

W metrze nie było ścisku, ale pasażerowie i tak ustawiali się blisko drzwi. Podobnie ja, kierowana wspólnotą stada i podświadomym poczuciem zagrożenia, które każe zabezpieczać drogę ucieczki. Świat robi się coraz gorszy, pomyślałam. Chwyciłam poręcz i pogrążyłam się w rozmyślaniach nad otaczającym zewsząd złem.
Gdy tak sobie myślałam, kobieta stojąca blisko poręczy oparła się o nią ramieniem tak, że przygniotła moją dłoń. Początkowo byłam zła, chciałam wyrwać rękę i uciec, na tyle daleko, na ile ciasny wagon pozwala. Nagle jednak przypomniały mi się schody prowadzące do metra.
Zanim wsiadłam do pociągu, stałam przecież na stacji i przyglądałam się tłumowi zstępującemu na peron. Schody przemierza wielu pasażerów. Jedni idą szybciej, drudzy wolniej. Najwolniej schodził mężczyzna wzdłuż czerwonej barierki. W dłoniach trzymał dwie kule, którymi starał się podpierać. Jednocześnie usiłował złapać poręcz. Nie było mu łatwo. Pasażerów wokół wielu. Mijali się na schodach, potrącali, przeskakiwali po dwa stopnie, żeby zdążyć.
Mężczyzna schodził sam, krok po kroku, ostrożnie, więc i bardzo powoli. Nikt się przy nim nie zatrzymywał. Jeden tylko, wysoki nastolatek w okularach, przybliżył się do mężczyzny i szedł równo z nim. Nie podchodził, nie proponował pomocy, ale czuwał. Mężczyzna nie widział spojrzenia chłopaka, skupiony był na kulach, barierce i schodach, bardziej stromych na tej stacji, niż na innych. Radził sobie jednak, wreszcie więc stanął bezpiecznie na peronie. Chłopak odszedł. Nie był już potrzebny. Jego uczynek nie musiał zostać dostrzeżony.
Tymczasem pociąg jechał dalej. Moja ręka wciąż uwięziona tkwiła pod ramieniem kobiety w czarnym, wełnianym płaszczu. Chciałam coś jej powiedzieć, wyciągnąć palce, ale poczułam, że jej ramię mi nie przeszkadza. Ona też się nie odsuwała, chociaż czuła moją dłoń. Nikt nie mógł dostrzec jej ramienia ani moich palców pod nim, ani ciepła, które się pojawiło. Nie było w nim nic zdrożnego. Pociąg dojechał do stacji. Zabrałam rękę. Gdy wysiadałam kobieta nie patrzyła w moją stronę. Nie musiała.

Z pamiętnika pół człowieka pół jeża

Wczorajsza kluska zna mnie najlepiej. Widzę, jak pełznie po kuchennym blacie umoczona w kropli mleka z kawy, w bordowych okruszkach barszczu z torebki i kawałku mozzarelli, którego nie chciało mi się wyrzucić do kosza. Patrzę, jak ten podryguje na przypalonym grzbiecie kluski. Zatykam przed nimi uszy. Nie będę ich słuchać. Biegnę po kurtkę i buty a potem razem z nimi przez pozbawione trawy podwórko. Czekam na deszcz, żeby przy pierwszej jego kropli pochylić się nad dżdżownicą. Jeszcze pachnie ziemią, gdy wije się w palcach. Zjadam jej tylko pół.

Ale to już było!

Gdy byłam mała, mój rodzony brat zwykł powtarzać: gdy pała przegnie się w jedną stronę, prędzej czy później będzie musiała odgiąć się w drugą. I muszę przyznać, że opisanie świata i mądrość mojego brata wciąż mi towarzyszą. Bo my chyba, psia kitka, gdybym miała iść drogą nadinterpretacji, którą nadzwyczaj lubię, żyjemy w czasach kontrreformacji. Analogie są oczywiście naciągane, lecz w kilku punktach oczywiste. Pierwszym są obostrzenia obyczajowe, które po czasie rozluźnienia seksualnej rewolucji drugiej połowy XX wieku, kroczek po kroczku, za sprawą kościoła, od końca XX wieku, zdobywają serca tych konserwatywnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych oraz które promieniują na całą resztę zachodniego świata. Im bardziej prowincjonalne państwo, na przykład moje, tym intensywniejsze oddziaływanie.

Nie można nawet powiedzieć, że kościół katolicki jest w Polsce w natarciu, bo jest po prostu i zwyczajnie u władzy. Dzielny papież Franciszek to samotna piuska rozsądku w morzu kościelnej obłudy.

Oczywiście świat się zmienił. Kościół dziś ma wpływ pośredni, jednak ogromny a wierni dopomagają mu jak tylko mogą. Podobno do Met Museum w Nowym Jorku wpłynęła petycja, której treścią jest żądanie usunięcia z widoku publicznego obrazu Balthusa. Balthus jak to Balthus, na obrazie namalował młodą dziewczynę w pozie kuszącej. Stąd oburzenie autorki petycji, która dowodzi, że Balthus był pedofilem i do pedofilii zachęca swym dziełem.

Szkoda, że wciąż zapominamy o podstawowej funkcji sztuki, która ma pobudzać do myślenia. Jeśli jednak myślenie jest jednowymiarowe i zaprzęgnięte w służbę, na przykład kontrreformacji, wtedy nawet sztuka nie pomoże.

Obraz Balthusa przypomniał mi inny obraz. Kolorystycznie nawet zbliżony do płótna „Therese Dreaming”, które wisi w Nowym Jorku. „Śmierć Marii” Caravaggio namalował w Rzymie około tysiąc sześćset pierwszego roku, w chwili, w której kontrreformacja zaczynała nabierać rozpędu. Przed renesansem, otwartością, którą ze sobą przyniósł a przede wszystkim przed reformacją i rozpadem wspólnoty, kościół katolicki bronił się postanowieniami soboru trydenckiego i rozpoczęciem walki o umacnianie swej pozycji. W 1564, rok po zakończeniu soboru, Daniele de Volterra, zwany „majtkarzem”, zamalował części intymne przedstawione przez Michała Anioła na fresku „Sąd Ostateczny” w Kaplicy Sykstyńskiej.

Caravaggio urodził się siedem lat później. Jego „Zaśnięcie Marii” było dziełem bliskim człowiekowi, prostemu i biednemu, w dodatku śmiertelnemu. Kościół nie chciał czynić świętych śmiertelnymi i bliskimi ludziom. Maria Boska Caravaggia i jej śmierć były zbyt ludzkie i dlatego zostały odrzucone przez zleceniodawcę, czyli kościół katolicki. Szczęśliwie obraz nie został zniszczony. Przetrwał. Może i my przetrwamy, czego sobie i Wam życzę, szczególnie, że jak uczy historia i mój brat, pała musi się kiedyś odgiąć a po kontrreformacji musi wreszcie nadejść Oświecenie.

Wiem, że nadinterpretacja niedopuszczalna, ale cieszy.

Cierpliwość

Cierpliwość jest kobietą, która siedzi na ławce w parku. Mży deszcz. Ona ma szeroki, flauszowy płaszcz, buty wyłożone futerkiem w środku, szalik i czapkę. Ma spódnicę i wełniane rajstopy, które lekko opadają zwijając się przy łydkach. Jedną nogawkę założyła piętą naprzód, więc rajstopy okręcają się wokół prawego uda niepokojąco. Cierpliwości to nie przeszkadza. Ona wie, że ani rajstopy ani obcierające buty, które muszą obcierać, bo źle ułożył się w ich wnętrzu materiał, nie mają wpływu. Ona także go nie ma. Mogłaby iść do optyka i zamówić okulary, przez które lepiej widać i które lepiej trzymają się nosa. Te jej wciąż zjeżdżają z nasady. I mogłaby wytrzepać z buta okruszek, który wpadł do niego rano, gdy w pośpiechu, w przedpokoju jadła śniadanie. Tylko, że wtedy nie mogłaby już nazywać siebie Cierpliwością.

Nie ucinać

Świat oszalał. Nie. To znaczy tak, bo taka jest prawda, ale nie, bo zacznę inaczej. Lubię masturbować się, gdy ktoś na mnie patrzy. To jest zdecydowanie lepszy początek. Ma także związek z szaleństwem świata, które się właśnie dzieje. Kilka tygodni temu amerykański komik, reżyser i tak dalej, Louis C.K, został oskarżony o masturbowanie się w obecności dwóch kobiet. Wprawdzie najpierw zapytał, czy nie mają nic przeciwko temu a one nie tylko odpowiedziały, że nie mają, ale jeszcze doczekały końca, jednak po kilku latach okazało się, że ich trauma była tak ogromna, że należało podzielić się nią z prasą a tym samym zniszczyć człowieka. Bo Louis C.K. jest dziś skończony. Należy dodać, że on sam przepraszał obie panie jeszcze zanim akcja „#metoo” wybuchła.
Bo wybuchła i jej odłamki rażą na oślep. Inaczej nie można o niej mówić. Z jednej strony dobrze, bo my, kobiety, walczymy o swoją podmiotowość. Z drugiej źle, bo idziemy po trupach i chyba przekroczyłyśmy już granice szaleństwa.
Pewna dobra polska aktorka opowiedziała właśnie mediom historię producenta telewizyjnego, który w czasie jakiegoś tam festiwalu, mieszkał z nią w jednym hotelu. Wieczorem, gdy mijali się w holu, on pożegnał się z aktorką nie tylko słowem „dobranoc”, ale dodał do niego także numer swojego pokoju. Powyższy przykład opisany został jako dowód wstrętnego, męskiego zachowania, molestowania i nadużywania władzy.
A zatem ja się pytam, jak mężczyźni mają dać do zrozumienia, że im się kobieta podoba, skoro każdy, ale to każdy przejaw ich zainteresowania jest dziś oceniany negatywnie?
Mam dwóch synów i bardzo boję się ich zetknięcia z dzisiejszym światem kobiet. Jedyne, co mogę dla nich zrobić, to rozmawiać z nimi otwarcie o seksie, bo cała ta szaleńcza afera, według mnie, świadczy o tym, że seksem wciąż bawić się nie umiemy. Zarówno reakcje kobiet, jak i zachowania mężczyzn wydają się wynikać z tłamszonej seksualności, która wciąż jest tematem, do którego opisywania nie jesteśmy przyzwyczajeni. Nie mamy narzędzi, nawet odpowiednich słów nie znamy, poza tymi wulgarnymi, bo cielesność i seksualność wciąż najlepiej wypierać. A skoro jest to wciąż temat tabu, można go używać do szantażowania, niszczenia, oskarżania i dominowania. I pisząc ostatnie zdanie mam na myśli oba światy, zarówno żeński, jak i męski. Bo oba wykorzystują temat mając jednocześnie z seksualnością gigantyczny problem.
Zdaję sobie sprawę, że rewolucje są najczęściej krwawe. Ale może wcale nie muszą takie być? Doskonałym przykładem jest Poznań, który od 2018 roku wprowadza parytet ulic. Do tej pory tylko dziewięć procent ulic nazwanych zostało na cześć kobiet. Teraz ma się to zmienić. Czyli jednak można działać afirmatywnie i nie ucinać od razu wszystkim facetom kutasów. I to jest, moim skromnym zdaniem, najwłaściwsza droga.

Dziś

Schodzę na szary peron. Lampy jarzeniowe świecą nieprzyjemnie. Lepsze to niż mrok i ziąb na zewnątrz, choć i tak trudno o nich zapomnieć. Ciemna noc rozpościera się ponad miastem. Pasażerów nie ma wielu. Każdy stoi osobno. Twarze mają szare jak posadzka. Poza trzema. Trzy ożywiają się. Młody mężczyzna patrzy na czarne tory. Wychyla się niebezpiecznie, zagląda. Tuż przy nim stoi pracownica metra. Ubrana jest w szary uniform, lecz policzki ma zaróżowione. Ona także pochyla się nad torowiskiem. W dłoni trzyma długi, biały kij. Podbiega do nich zaaferowany pracownik. Jak najniżej opuszcza białą tyczkę ze szczypcami na końcu. Pasażerowie zbierają się wokół. Wszyscy już wiemy, że na dnie leży coś do złapania. Podchodzimy blisko, stajemy, okrążamy. Zaniepokojeni zaglądamy, pytamy. Jesteśmy tu razem. Wszyscy pochylamy się nad czernią. Każdy z nas chce wiedzieć, co w niej jest. Co nas dziś czeka. Dziewczyna obok mnie ma kruczoczarne włosy i szary płaszcz. Szepcze mi do ucha.
– Naprawdę? – pytam.
– Naprawdę – odpowiada – spadło mu tam pudełko z kremem nivea. Takie malutkie.
Gdy pracownicy metra wyciągają pudełko na peron, mam poczucie, że dziś świat został uratowany.

Pająk

Chciałam zacząć od słów: „hoduję pająka”, bo wydawały mi się prawdziwe. Teoretycznie wszystko się zgadza. Od kilku tygodni, od kiedy dostrzegłam go wiszącego ponad moim biurkiem, świadomie go nie zabijam. Pająk mieszka w rogu pokoju, tuż pod sufitem a ja mu na to pozwalam i nie kieruję w jego stronę rury odkurzacza. Codziennie go doglądam. Widzę, jak rośnie. Ma długie, coraz dłuższe czarne odnóża, które rozkłada na noc i składa na dzień oraz duży, coraz większy odwłok. Jest nieruchomy, ale nie bezczynny. Czujny jest. Widzę, że poluje i nie niszczę jego sieci. Prawdą jest więc, że hoduję pająka. Chciałam zacząć od tych słów, ale nie zacznę. Bo, co jeśli są dwie prawdy. Ja hoduję pająka a on hoduje mnie.

Zadanie

Iść ulicami, uśmiechać się do nieznajomych a potem opisać ich reakcje. Praca domowa starszego syna. Zadanie w sam raz dla mnie, pomyślałam dzisiejszego poranka. Bo od najwcześniejszej minuty był udany. Realizował się w najlepszym wariancie punkt po punkcie. Powietrze rześkie. Spotkania miłe i chęci do pracy wystarczające. Bywają takie dni. Trudno się wtedy nie uśmiechać.
Szłam więc niesiona radością. Tuż przede mną na chodniku stał mężczyzna. Nie znałam go. Przecież to nic, pomyślałam i uśmiechnęłam się. Początkowo nie zareagował. Dopiero po chwili, gdy znalazłam się za jego plecami, powiedział:
– A to kurwa jedna.

Zimno

Wciąż mnie to wzrusza prostym wzruszeniem, że w jednej chwili człowiek patrzy sobie w ekran, widzi zdjęcia kosmosu, żyje w świecie cyberpunktu i nanotechnologii. Ale w drugiej robi mu się trochę zimno, bo okno nieszczelne a on właśnie przy nim siedział. Wyciąga więc z szafy wełniane niteczki, kolorowe szmatki i okręca nimi stopy i szyję. Cały się chowa w nich, ramiona kuli, skrzydła do tułowia przyciska, żeby ciepło zatrzymać. A resztę kłaczków, która mu pozostaje, dziobem… to znaczy dłońmi wpycha pomiędzy szpary framug okiennych. I znowu siedzi, i patrzy w te cudownie błyskające wizje nowoczesności zdolne pokonywać wszelkie prawa natury.

Szyba

Była sobie kiedyś kawiarnia, w której mieszkał czarny kot. Kot był czarny, ale jego oczy były zielone. Zielone oczy świeciły w ciemności, gdy kawiarnię opuszczał ostatni klient. Kot stawał się wtedy władcą kawiarnianej przestrzeni. Wchodził na stoły, ocierał się o krzesła, wylizywał krople śmietanki, które zaschły na podłodze.
Pewnego dnia, a była to słoneczna sobota, kot wylegiwał się w smudze światła. Słońce grzało. Szyba chroniła przed zimnem. Zielone oczy kota były zmrużone, aż do chwili, w której przed kawiarnią pojawił się nieznajomy mężczyzna. Stał i przyglądał się czarnemu kotu. W dłoni trzymał smycz, na której końcu stał beżowy, jak kawa ze śmietanką, pies. Pies kota nie tylko nie widział, ale nawet nie chciał go zobaczyć. Ciągnął smycz w stronę nieodległego trawnika. Ileż tam było zapachów! Pies może nie chciał widzieć, jednak jego właściciel bardzo chciał go do tego zmusić. Złapał obrożę, postawił psa na tylnych łapach i przytknął do szyby jego mokry nos.
– Bierz, kota, bierz! – krzyczał.
Zwierzęta nie rozumiały, że rozdzielone szybą nie zagrażają sobie nawzajem. Pies więc szczekał. Kot syczał. Mężczyzna zachęcał do kłótni.
Minął jakiś czas i kawiarnię zamknięto. Nie ma już kota o zielonych oczach i znikł szczekający pies. Śmietankę wytarto z podłogi i w okna wstawiono całkiem nowe szyby. Znikł nawet uśmiech mężczyzny, który szczuł zwierzęta. Ale pies z kotem już się nie polubią.

« Starsze wpisy

© 2017 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial